1

Przechył dostrzegłem o szóstej rano z minutami. Zaledwie wyczuwalne zachwianie równowagi, nieznaczne pochylenie podłogi, rodzaj nieokreślonego lęku wywołanego zaburzeniem błędnika.

Wiedziałem, że mam jeszcze czas; z filmów katastroficznych zapamiętałem bowiem, że proces przechylania, a co za tym idzie tonięcia, postępuje zazwyczaj łagodnie; bulaj z niebem i wodą – pół na pół.

Dopiero przed dziesiątą, kiedy nieomal udało mi się zaakceptować moje położenie, kiedy przywykłem do nieuchronnego, kiedy podświadomie wyraziłem zgodę na przechył, dopiero wtedy poczułem mdłości (od dziecka bałem się mdłości, a jeszcze bardziej od mdłości bałem się matki, która podtrzymywała mi czoło). Pojąłem, że nie mam szans.

Od teraz przechył postępował wśród torsji. Nie potrafiłem płakać i byłem zmęczony. Opuszczały mnie resztki nadziei. Widziałem szczury albo pasożyty. Z godziny na godzinę mieszkanie wypełniało się bezsensem.

1

Od dziecka unikałem fotografowania. Robiłem to intuicyjnie. Podskórnie wyczuwałem fałsz preparowania fotografii. Całe to ustawianie się grupy pierwszoklasistów do zdjęcia, uczniactwo, uczestnictwo. Pokora pozowania. W momencie, kiedy stado, reagując na prośbę fotografa, bezmyślnie wypowiadało słowo „ser”, chowałem głowę za plecami stojącego przede mną współucznia, współuczennicy.