24157817

Pedagogika

 

Trzeba powiedzieć dziecku jak najwcześniej:
będziesz tylko kolekcjonerem wrażeń, niczym więcej.
Żadnych zdrobnień. Trzeba powiedzieć o próbach
nieudanych i tych zakończonych sukcesem.
Trzeba powiedzieć, że On cierpiał krócej, niż Ty
dziecko będziesz w życiu cierpieć.
Trzeba opowiedzieć o ludziach.

5702887

Usłyszałem

.
Zastanawiam się, dlaczego ci ludzie przy władzy mają takie zgorzkniałe, odpychające głosy; ta premier, tamci panowie dwaj (ten z przodu, tamten z tyłu)? Słysząc ich wypowiedzi, jakiekolwiek wypowiedzi, natychmiast przenika mnie zło, ogarnia smutek; przed oczami staje mi zaraz sfrustrowana brakiem własnej miłości katechetka z podstawówki, która samym sposobem swojej wypowiedzi potrafiła wprawić mnie na resztę dnia w podły nastrój. Skąd w głosach tych ludzi przy władzy tyle infekującego otoczenie przygnębienia, jadu, złośliwości? Czy jest to zamierzone? A jeśli niezamierzone; może ta premier, tamci panowie dwaj (ten z przodu, tamten z tyłu) powinni poddać się egzorcyzmom?

3524578

Okres
.

Przygotowania ruszyły pełną parą,
ustawiono rusztowania, po których pięły się
dymy z kanałów. Po tygodniu wymyślono księżyc
i cierpienie. Aby nie zabrakło, w workach
ułożonych na rogatkach życia, zgromadzono
artykuły higieniczne pierwszej potrzeby:
chipsy, karty bankomatowe, kosmetyki i lęki.

Trochę to jeszcze trwało,
zanim wpojono obecnym reguły.
Tych najbardziej opornych wysyłano z powrotem
do szkoły; krnąbrnym wbijano do głowy, płaczącym
puszczano kolędy. Dopiero wtedy,
gdy rozplątano nitki metra i wymieniono billboardy,
można było zacząć naprawdę.

2178309

Pierwszy zapis

 

Pierwszy zapis samotności to liczenie godzin,
beznadziejne odliczanie od końca,
zabawy językiem, biczowanie czasu.

Dzisiaj znów nie jestem miły dla siebie,
wczoraj też nie byłem miły dla siebie,
nie byłem, nie jestem, i nie będę miły.

Pierwszy zapis samotności to ranki i strupki,
zgrubienia, wyrzuty, pypcie i czyraki,
wymacane w pościeli, niepokojące.

832040

„Nieustanie korygujemy, a z największą bezwzględnością korygujemy siebie samych, ponieważ w każdej chwili musimy konstatować, że wszystko zrobiliśmy błędnie (napisaliśmy, pomyśleliśmy, postąpiliśmy), że błędem było działać w błędzie, że do tego momentu wszystko jest fałszywe, dlatego korygujemy ten błąd, a potem znowu korygujemy korektę tego błędu, i korygujemy wynik tej korekty korekty i tak dalej, słowa Roithamera. Z właściwą korektą wszakże się ociągamy, tymczasem inni już jej dokonali, zwyczajnie, z chwili na chwilę, jak sądzę, słowa Roithamera (…)”
.
Thomas Bernhard, Korekta, przeł. Marek Kędzierski, Czytelnik, Warszawa 2013, str. 292, 293.

514229

Traktat o emotikonach IV

.

Dopiero dzisiaj zauważyłem, że paląc papierosa nie siedzę na stołku, lecz na nim klęczę. W trakcie palenia obie nogi umieszczone mam na stołku (stopy nie dotykają ziemi). Ciężar ciała rozmieszczony nierównomiernie. Lewy pośladek spoczywa na ugiętej lewej stopie (spód stopy poza obrębem stołka), prawa noga, zgięta w kolanie, ustawiona na stołku, stanowi oparcie dla łokcia prawej ręki, której dłoń przytrzymuje papierosa. Klęcząc na stołku, zapieram się przedramieniem lewej ręki o deskę do prasowania, pozostawiając dłoń lewej ręki swobodną, co umożliwia mi kartkowanie książki.

Opis ten, jakkolwiek prawdziwy, jest zarazem podstępny, z jednej strony liczę na to, że wywoła uśmiech zażenowania i litości na twarzach czytelniczek tudzież czytelników, z drugiej – jest przez to ironiczny i podły. Umieściłem go jako żałosną przedmowę do skargi skierowanej przeciwko osobom, które od dłuższego czasu podlegają mojej obserwacji w internecie. Chciałbym im w tym miejscu zasłużenie przypierdolić, ale nie mogę tego zrobić wprost, muszę się wpierw z lekka pogrążyć (stać się taki jak one). Otóż osoby te nadużywają ironii w stosunku do innego.

Wydawać by się mogło, że zarówno tak zwana kultura osobista, jak i zdrowy światopogląd powinny zabronić im ironizowania z osób, które nie pasują do ich świata, którym nie udało się rozwinąć takich samych, jakie są ich udziałem, kompetencji kulturowych; chodzi tu m.in. o osoby niewykształcone, osoby starsze, o te dwie, tamtych troje, o tych i tamtych wyglądających na tak zwanych dresów, słoiki i gimbazę. Chodzi również o ironizowanie na podstawie fotografii sylwetki, czy twarzy (pomijam zdjęcia polityków), o ironizowanie z ludzi sfotografowanych wbrew ich woli, załamanych, a nawet (z tym też się zetknąłem) zakrwawionych. Chodzi o wszystkich innych wrzucanych przez tych ironistów tudzież przez te ironistki, dla tak zwanej beki, do posegregowanych worków. Łudzę się, że postępowanie takie wynika z ich bezmyślności, ale – z drugiej strony – czy im można wybaczyć tego rodzaju bezmyślność?

Nie, nie czuję się lepszy. Chciałbym raz na zawsze uwolnić się od ironii. Niemal wszyscy jesteśmy zainfekowani ironią (są chlubne wyjątki). Wisimy już tylko na ironii. Ja sam zawieszony jestem na cienkiej ironicznej lince naprężonej do granic wytrzymałości. Oczywiście natychmiast znajduję usprawiedliwienie, jest to usprawiedliwienie pokrętne; tłumaczę się, że przecież siedzę na stołku w kącie, że ostrze wymierzam w siebie, nie w innych, ale tak naprawdę jest to usprawiedliwienie efekciarskie, kłamliwe, i niestety ironiczne.

317811

Opierzony człowiek

 

Opierzony człowiek po raz pierwszy pojawił się w jego śnie przed kilkoma laty. Na zawsze zapamiętał tamto przebudzenie, tamten moment, jeden z tych momentów, w których oblewa nas zimny pot, a w głowie tlą się jeszcze zgliszcza koszmarów. Opierzony człowiek wyłonił się wtedy ze zgliszczy koszmarów. Z tego pierwszego snu zapamiętał niewiele; pozbawioną rąk, niewyraźną i opierzoną, trzęsącą się w kącie kurnika postać tudzież piski, gwizdy, skrzeki, oklaski – w ten właśnie sposób, przed kilkoma laty, w jego śnie po raz pierwszy pojawił się opierzony człowiek.

Upłynęło kilka lat, i nagle – jeden po drugim – zaczęły nawiedzać go sny kolejne, z których stopniowo zaczął dowiadywać się coraz więcej o opierzonym człowieku. Sny nadchodziły falami. Co dwa, trzy dni, dopadała go fala kilku następujących po sobie koszmarów, w których pojawiał się opierzony człowiek.

W tych snach opierzony człowiek wyposażony był w bocianie skrzydła – w pierwszych snach opierzony człowiek nie miał jeszcze bocianich skrzydeł, jednak ze snu na sen z jego barków zaczęły wyrastać maleńkie wypustki, które stopniowo przeobrażały się w niesforne skrzydełka kurczaka – z czasem opierzony człowiek miał już olbrzymie, wróble skrzydła, które obejmowały cały kraj.

Pewnego dnia – nie pamięta czy działo się to we śnie, czy w rzeczywistości – przechodząc przez rynek, natknął się na manifestację. I kiedy przechodził mimo tłumu, kiedy przeciskał się pomiędzy podfruwającymi ciałami a wybieloną ścianą urzędu (utytłane ramię), kiedy zmierzał pewnym krokiem w swoim kierunku, rozpychając się, nie mówiąc przepraszam, bowiem mówienie przepraszam pozwoliłoby tłumowi uzyskać nad nim przewagę, zadziobać go, zahuczeć, zakwakać, kiedy dostrzegł przed sobą fragment wolnej przestrzeni – wtedy usłyszał kruczy głos.

Właścicielem kruczego głosu był opierzony człowiek.

Właściciel kruczego głosu, opierzony człowiek, stojąc na podwyższeniu, tak, aby być dobrze widocznym dla tłumu, roztaczał przed tłumem swą fałszywą orłowatość. Opierzony człowiek gęgał sowim głosem, tak, aby wydawać się wielkim, a jednocześnie wywierać zły wpływ. Opierzony człowiek swym donośnym kurzym głosem kwilił o Władzy. Szpakowaty opierzony człowiek machając rozpostartymi jaskółczymi skrzydłami wykrakiwał Zdania przeznaczone do zagnieżdżenia się w pamięci słuchaczy, Zdania chore, Zdania zaraźliwe, Zdania zaczynające się od tego samego słowa, którym najczęściej była Polska, potem Zbrodnia, za Zbrodnią Wina i zaraz potem Kara.

Przeciskając się pomiędzy podfruwającymi ciałami a wybieloną ścianą urzędu (zafajdane ramię) patrzył na opierzonego człowieka nie mogąc zrozumieć czy znajduje się we śnie, czy w rzeczywistości. A jeśli w rzeczywistości? Jak to możliwe, że opierzony człowiek ze snów zmaterializował się nagle na jego oczach? W jaki sposób opierzony człowiek wykluł się nagle w rzeczywistości? Co oznaczało ponowne pojawienie się opierzonego człowieka?

Wyswobodziwszy się z objęć tłumu wypluł piórko. Nie potrafił odpowiedzieć sobie na żadne z tych pytań.

196418

–  A może wystarczy tylko poddawać się bez oporu rytmowi dni i świąt, nawet tych katolickich, wszystkich świąt obchodzonych przez ludzi. Może to wystarczy? Burzę przyjmować ze spokojem (niedługo minie), tak samo jak wątpliwe piękno zimowego słońca na korze topoli. Może nie warto próbować iść po omacku, tylko dlatego, że tak nam się wydaje, że czujemy taką potrzebę? Może nie trzeba myśleć, aby było łatwiej?

–  A może przestałbyś pieprzyć, rzucił palenie, zaczął biegać?

– Teraz? Przez całe życie funkcjonowałem wadliwie, dlaczegóż teraz miałbym to zmieniać? Chcesz, żebym któregoś dnia poczuł się naprawdę dobrze z tym bieganiem i niepaleniem, po czym stwierdził, że niemal całe życie przeżyłem w błędzie?

– Czasami, jak tak ciebie słucham, to mam ochotę powiedzieć chuj przez samo ha.

 

121393

Przyglądam się spod spodu mojej niskiej samoocenie. Nic jej nie brakuje. Wyżłobienia, podobne do tych, jakie czas pozostawił na mojej twarzy, przydają jej tylko powagi. Wydaje się solidna. Na wszelki wypadek opukuję ją z każdej strony. Wyobrażam sobie przy tym, jaki jestem śmieszny w oczach postronnych obserwatorów. Nieuniknione konsekwencje opukiwania.

Hałasujesz, nie widzisz tego? I te ślady po palcach! Nie umyłeś rąk, słyszysz!

Położyłem dłonie jedną na drugiej, tak że dłoń prawa spoczęła na dłoni lewej. Przez chwilę chciałem to zmienić, ale tylko przez chwilę, po chwili zrozumiałem, że to nie ma znaczenia. Dobrze. Tak jest dobrze. A teraz spróbuj usnąć.

75025

„Wierzyłam, że wiele się dla mnie zmieni, jeśli nauczę się mówić nie za głośno, nie za cicho, dokładnie tak jak trzeba. Nie miałam pojęcia jak wiele zależy od treści, bo do treści nikt nie próbował się odnieść. Moje tematy, te, od których nie mogłam się odłączyć, po drugiej stronie uruchamiały milczący sprzeciw i nakręcały zębate kółko ironii, a ono przez specjalną przekładnię otwierało we mnie zapadkę żalu”.

Magdalena Tulli, Szum, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

46368

Minęły dwa tygodnie, w trakcie których moją stronę na facebooku polubiło sześć osób (w tym dwie z nich to ja). Milczymy, przyglądamy się sobie nieufnie; one – bo nie wiedzą czego się po mnie spodziewać, ja – bo sam już nie wiem.

Wrzucam tam bez słowa wszystko to, co przelatuje codziennie przez mój mózg, co go z jednej strony obciąża, a jednocześnie – z drugiej, odciąża od tego chorego, prawoślazowego kraju, wszystko to, co mnie danego dnia, jak to się mówi nieładnie zaintryguje ze świata tak zwanej kultury i sztuki; jakieś obrazki (brzydzę się obrazkami), jakieś filmiki (nienawidzę filmików), mnóstwo nieświeżych linków, jak również nie dające mi do dziś dnia spokoju cytaty z lektur, których mrowie zdążyłem już spisać przez lata (był spisywaczem aforyzmów) – jednym słowem, nie oszukujmy się, emocje.

Do końca życia już chyba nie pozbędę się tych emocji i właśnie dlatego dwa tygodnie temu postanowiłem utworzyć sobie stronę. Dwa tygodnie temu pomyślałem sobie nagle; skoro masz tu tak siedzieć w emocjach (tak sobie nagle pomyślałem) to siedźże chociaż na stronie, skoro oprócz emocji masz tylko emocje, to idźże chociaż na stronę. Idź na stronę! Idź na stronę! Ćwicz się w obcowaniu z ludźmi! Więc dwa tygodnie temu poszedłem w końcu na stronę. Od dwóch tygodni ćwiczę się w obcowaniu z ludźmi.

28657

Traktat o emotikonach (III)

.
Mojemu komputerowi zazdroszczę jednego. Gdybym – jak on – miał możliwość powrotu do ostatniej znanej dobrej konfiguracji – i nie mówię teraz o jakimś dłuższym okresie czasu – gdybym tylko mógł wyczyścić swój umysł z tego, co zdążyłem w nim nagromadzić w przeciągu tych kilku porannych godzin, i przywrócić go do stanu tuż po przebudzeniu (stanu sprzed awarii).

Ostatnia znana dobra konfiguracja wykorzystywana byłaby przeze mnie nagminnie. Każdego dnia wielokrotnie korzystałbym z ostatniej znanej dobrej konfiguracji.