135301852344707000000

Zanim się obudzę, pragnę zabić we śnie jak najwięcej wypełnionego światłem czasu, chciałbym spać jak najdłużej, najlepiej do południa, jednak budzę się już o siódmej, a czasem nawet wcześniej (sezonowa zmiana naświetlania tej części ziemi przez słońce, na którą nie mam wpływu). Nie pomaga przesiadywanie do drugiej, trzeciej w nocy, dzień bardzo szybko (brutalnie?) wykopuje mnie z łóżka, zmusza do egzystencji, nakazując odliczanie godzin. Nie mam pojęcia, czy to tylko kwestia światła, być może swój udział ma także rozhisteryzowane ptactwo, przed którego niezrozumiałym dla mnie ożywieniem nie bronią nawet zamknięte okna. Niegdyś sądziłem że: grudzień, styczeń, luty; teraz jestem pewien że: maj, czerwiec, lipiec, sierpień to najokrutniejsze miesiące roku.

Zanotowawszy powyższe, pomyślałem sobie nagle, że powodem irytujących rozbudzeń mogą być równie dobrze zamknięte okna! (duchota)

83621143489848400000

Recepta
.

Świat, który stwarzam codziennie o tej samej porze
opiera się na łokciach (czcionka MV Boli).

Nie istnieje w nim wiele: ma jedną czarną dziurę
zaczyna się powstaniem a kończy Wielkim Wybuchem.

W tym stanie nie jest w stanie trwać dłużej niż kilka godzin
(na skraju załamania wziąć przejście pomiędzy listkami).

51680708854858300000

Agonia godzin. Nie powinienem nadużywać takich słów, jednak czas. Odwaga w zaznaczaniu obecności nie jest niczym innym niż obsikiwaniem terenu. Kopiowanie, wklejanie, cytowanie, po wielokroć cytowanie, w końcu umieszczanie na stronie: to wszystko sprawia, że przetrzymuję (znów czas). Papieros pełni rolę smoczka.

Rano myślę jeszcze zdaniami. Kiedy jestem sam, myślę zdaniami. Kiedy nie spotykam nikogo, myślę zdaniami. Wokół przewraca się i kotłuje, a ja myślę zdaniami. Powinienem częściej myśleć zdaniami. Myślenie zdaniami ułatwia mi trwanie. Proces myślenia zdaniami to proces uspokajający.

31940434634990100000

Obudziłem się bez pragnień. Co dziś masz do zaoferowania? – takie pytanie powinienem zadawać światu po przebudzeniu. Jakie przygotowałeś dla mnie atrakcje? Dopiero przy sprzyjającej odpowiedzi budziłbym się na dobre, inaczej nie wychodziłbym z łóżka.

19740274219868200000

„Na dobrą sprawę przed pojawieniem się tu Szwajcarów egzystowałem całymi miesiącami w swoim domu w stanie apatii, w którym od dłuższego czasu możliwa była tylko obserwacja samego siebie, a o pracy, nie mówiąc już o pracy naukowej, w ogóle nie było co myśleć, całymi miesiącami, przyznaję, budziłem się tylko do najpotworniejszej obserwacji samego siebie, aż do całkowitego wyczerpania tą najpotworniejszą obserwacją samego siebie”.

Thomas Bernhard, Tak, tłum. Monika Muskała

12200160415121900000

Widziany tego ranka oślepiony wąż ogrodowy być może miał do opowiedzenia swoją historię. Na przykład mógł był ułożyć się w wiersz. Tak po ludzku. Teraz jest tylko plamą, udarem, kolejnym zbędnym rekwizytem.

4660046610375530000

A tak naprawdę wszystko uzależnione jest od zmienności mojego nastroju, który jest zmienny jak prąd. Zamiast Edisona – Tesla. Zamiast utrzymywania w ciągu dnia stałego napięcia myśli, napięcie moich myśli, a co za tym idzie, napięcie mojego samopoczucia, nieustannie żłobi sinusoidalne plateau w mojej pamięci – ryje w niej. Od brzegu do brzegu.

Zaraz po urodzeniu powinniśmy otrzymywać od rodziców świstek papieru, glejt – „Gwarancję na godne życie”.

2880067194370820000

Nie jestem ani za wysoki, ani za niski, nie mam też żadnych znaków szczególnych, może poza jednym, w ciągu dnia przechodzę kilkadziesiąt kryzysów wieku. Na pulpicie komputera przetrzymuję wielki księżyc, z którego ciemnej strony wyławiam codziennie czarny plik (zdradza go tylko nazwa), gdzie od czasu do czasu, powodowany nie wiedzieć jaką śmiałością, zapisuję nawiedzające mnie kryzysy wieku.

Przykład?

Oto wczoraj wieczorem opisałem na własny użytek jeden z moich najnowszych kryzysów wieku. Nazwałbym go dla uproszczenia (wszelkie uproszczenia stają się z czasem niczym więcej, tylko nawarstwiającymi się komplikacjami) kryzysem wieku wynikającym z nagłej, niezapowiedzianej, przygnębiającej tęsknoty za utraconym krajobrazem.

Kryzys ów objawił mi się właśnie tak: nagle i niespodziewanie. Nagle i niespodziewanie, w trakcie oglądania filmu dokumentalnego, z którego kadrów mój wzrok wyłowił fragment wieczornego krajobrazu miejskiego (mógł to być Kraków) w scenerii wczesnowiosennej, nad brzegiem Wisły, uświadomiłem sobie, że kojarzę ten fragment rzeczywistości, że jest on synchroniczny z przechowywanym głęboko w pamięci wspomnieniem właśnie takiego wieczornego krajobrazu, którego doświadczyłem w obecności kochanej przeze mnie osoby, z którą to osobą nic mnie już nie łączy. Kryzys ów spowodował, że nieomal załkałem, uświadamiając sobie nagle, że pewne miejsca, pewne, by tak rzec, fragmenty krajobrazowe, mam już na zawsze za sobą.

Jednak zaraz potem, zupełnie niespodziewane dla samego siebie, wyciągnąłem z tego nagłego krajobrazowego kryzysu wieku, jak to się mówi, daleko idące wnioski. Uświadomiłem sobie skończoność przyswajalności tego typu wrażeń krajobrazowych wynikającą ze skończoności ludzkiego życia, uświadomiłem sobie, że miałem to szczęście (miałeś to szczęście) – w przeciwieństwie do wszystkich tych, którzy tego szczęścia nie mieli – doświadczyć owego krajobrazu w połączeniu z ukochaną osobą, i uświadomiłem sobie na koniec, że nawet jeśli nie uda mi się nigdy więcej doświadczyć podobnego wrażenia krajobrazowo-osobowego, to i tak miałem szczęście. Miałeś szczęście, powiedziałem po cichu do siebie, i od razu zrobiło się lepiej.

1779979416004710000

Poniedziałek
      Aj.

Wtorek
      Aj.

Środa
      Aj.

Czwartek
      Aj.

 

Piątek

Ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami, i nie ma co na siłę doszukiwać się w nich indywidualności, do niedawna sądziłem, że jest odwrotnie, że każdy człowiek jest inny, ale to był błąd, w tym błędzie i z tym błędem żyłem przez długie lata, przez długie lata wmawiałem sobie, że każdy człowiek jest inny, kiedy tak naprawdę, każdy jest taki sam.

Wystarczy spojrzeć na twarze, które w gruncie rzeczy różnią się od siebie tylko nieznacznymi szczegółami, tu trochę dłuższy nos, tam większe uszy i oczy, jeśli przypatrzymy się uważniej zauważymy z pewnością, że twarz, która wydaje nam się nowa, zupełnie oryginalna, jest twarzą osoby, którą na pewno spotkaliśmy już w swoim życiu i, tak naprawdę, należy do kategorii osób zachowujących się w ten sam sposób. Osoba taka prędzej czy później zachowa się w ten sam sposób (wywinie nam numer!) w jaki zachowała się, z pozoru inna, należąca do tej samej kategorii, osoba spotkana w przeszłości.

 

679891637638612000

W jakiej części mam jeszcze być, a w jakiej nie. To nie jest pytanie, to istotne stwierdzenie, które musi padać. Bo czy wypada w ogóle.

Prawdopodobnie wypada, chociaż coraz rzadziej, przesuwam się raczej w stronę rozpaczliwości, wiem jednak, że nawet rozpaczliwość, odrażająca dla większości, bywa dla nielicznych pomocna. Dla mnie. Dla mnie pomocna była wielokrotnie. Wielokrotnie obserwowałem rozpaczliwość innych, karmiłem się bezwstydnie cudzą rozpaczliwością, wyciągając z niej wnioski. Dla siebie.

160500643816367000

Długi i młody pies sąsiadów niepostrzeżenie przeistoczył się w starego zrzędę. Niecały rok temu podziwiałem jego młodość, długość, bezkompromisowość – teraz nienawidzę jego szczekania. Nienawidzę tych idiotycznych uniesień związanych z wydarzeniami zza płotu, nienawidzę w nim upodobnienia, podporządkowania się sąsiedzkiemu stadłu, nienawidzę psiego konformizmu. Zrobił z siebie jeszcze jedną sąsiedzką szczekaczkę; głupią, polską, histeryczną.

Brzydnie wszystko. Ohyda powtórzeń napierająca na mnie z każdej strony (pies nie jest wyjątkiem). Czas, kiedy wyskakująca niechciana reklama staje się sprawą życia lub śmierci.

99194853094755500

Zasada nietłumaczenia się  z egzystencji

 

Doświadczenie facebookowe mam już za sobą. Trochę to trwało nim zrozumiałem (tak mi się wydaje) mechanizm. Kręgi. Zamknięte kręgi osób o identycznych poglądach wzajemnie się okrążające. Obcość.

Prowadzenie strony na facebooku pozwoliło mi potwierdzić mechanizmy roznoszenia się idei (statystyki), a tym samym zrozumieć fałszywość popularności. Popularne nie jest to, co długie, trudne, skłaniające do myślenia, ale to, co gwałtowne i emocjonalne (obraz), a więc obce i bliskie mi zarazem, wstrętne. Samotność.

Tak naprawdę facebookowe strony pełnią przede wszystkim funkcję przekazywania emocji, zaprzątania uwagi innych naszymi stanami emocjonalnymi wywołanymi czymkolwiek (będziesz tylko kolekcjonerem wrażeń). Ja?

Odsłanianie się, nawet nieznaczne, bezsłowne, manifestujące się tylko przez załączenie cytatu czy odnośnika do wiadomości, było dla mnie nie do udźwignięcia, zaprzątało moje myśli przez cały dzień. Wieloznaczność cudzych interpretacji napawała mnie lękiem, mogli mnie wziąć za głupca, za dziobaka, za innego, za wariata. Tej ostatniej możliwości bałem się najbardziej. Różnorodność osobowości osób obserwujących moją stronę, również wpływała na moje wybory, starałem się nikogo nie urazić (dlaczego?), a i tak nieustannie miałem poczucie winy. Nadal istnieje kilka osób, które ze względu na sentyment i resentyment jakie do nich czuję, mają pośrednio wpływ na treści jakie publikuję na blogu. Powinienem uwolnić się od tych osób. Powinienem uwolnić się od wszystkich osób. Tak naprawdę powinienem uwolnić się od świata, to znaczy od możliwości interpretacji i nadinterpretacji*.

*W rzeczywistości usunąłem stronę kilka miesięcy później. Kłamstwo, do którego posunąłem się, pisząc kilka akapitów wcześniej, że zlikwidowałem swoją stronę na facebooku, nie było zamierzone. Okazało się, że usunięcie strony na facebooku nie jest takie łatwe jak na wordpressie. Naturalnie zrobiłem to (zaznaczyłem kwadracik przy słowach „Usuń stronę” i napisałem o likwidacji), nie zdając sobie jednak sprawy z perwersyjności facebooka. Facebookowa perwersyjność polegała na tym, że aby usunąć stronę, należało pokornie odczekać czternaście dni. Sądziłem, że po zaznaczeniu kwadracika nigdy już do swojej strony nie powrócę – i to był mój błąd. Nie potrafiłem odczekać czternastu dni; pewnego dnia coś tam wrzuciłem, a jak wrzuciłem, to wrzuciłem coś jeszcze i jeszcze, i znowu i znów, aż w końcu kliknąłem „Anuluj usuwanie” i wyszedłem na idiotę.

Potem, próbując usunąć swoją stronę ponownie, i ponownie, i ponownie, wielokrotnie wychodziłem na idiotę. Za każdym razem, a działo się to zazwyczaj w momencie przygniatającej mnie samotności, i co za tym idzie w chwili najżałośniejszej słabości, musiałem wyskoczyć z głupia frant, co gorsza cofnąć zawieszone usuwanie, i opublikować jakąś fotografię, cytat lub link, coś czym nachalnie chciałem się podzielić, licząc na to, że istnieje chociaż jedna osoba, która w tym samym czasie czuje i rozumuje (dwa ohydne słowa) tak jak ja.

Oto facebookowa perwersyjność, oparta na znajomości ludzkiej psychiki efektowna marketingowa sztuczka żerująca na dostępnej dwadzieścia cztery godziny na dobę, czyhającej na takich słabych ludzi jak ja bezpośredniości! Ta nieustannie czyhająca bezpośredniość, bezpośredniość na wyciągnięcie ręki była zarazem pociągająca i odpychająca, tak jak pociągający i odpychający są ludzie (ku mojemu zaskoczeniu natrafiłem na bardzo ciekawych, myślących i – jak to się ciągle mówi –  interesujących ludzi, natomiast niemalże nie natrafiłem na nikogo nieciekawego i bezmyślnego).

Nie dałem się jednak uwieść.

Nie możesz dać się uwieść, facebook nie jest i nie będzie twoim medium – mówiłem sobie codziennie. Facebook służy przede wszystkim do parskania, do natychmiastowego bezmyślnego reagowania, do grzęźnięcia w kręgach wzajemnej adoracji, zamykania się w ciasnych gorsetach idei i ideologii, a ty cenisz sobie długie narracje, nienawidzisz parskania i natychmiastowego, bezmyślnego reagowania – mówiłem sobie codziennie. Musimy narzucić sobie dyscyplinę, musimy się zdyscyplinować – powtarzałem sobie dzień w dzień, aż w końcu od tego nieustannego powtarzania, udało mi się wytrzymać czternaście dni, nie klikając na „Anuluj usuwanie”, a tym samym anihilując nienawistną mi stronę, ku mojemu przyszłemu smutkowi jak i teraźniejszej radości.

Teraz jednak, a więc po anihilacji, na koniec tej ambiwalentnej facebookowej przygody, muszę wyznać jedno: ten okres, okres wśród ludzi – te jedenaście miesięcy, a więc mniej więcej tyle, ile trwa kobyla ciąża – stanowił dla mnie terapię. Choćbym nawet nie wiem jak bardzo nie chciał, choćbym się bronił, muszę to teraz przed sobą wyznać: prowadzenie strony na facebooku, pozwoliło mi przetrwać najgorszy okres.

„Miewałem chwile bezgranicznej pewności siebie, po których następowały okresy przygnębienia tak głębokiego, że nie wierzyłem, abym się zdołał z nich kiedykolwiek podźwignąć”.

Lawrence Durrell, „Kwartet aleksandryjski”,  tłum. Maria Skibniewska