971183874599339000000000000000000000000000000000000000

naczynia

Obudzony nocą, trzyma się pościeli (przed chwilą wydawało mu się, że spoczywa bezpiecznie w foteliku dziecięcym), w garściach poręcze, nylonowe siatki z ziemniakami, perz samodzielności, który kazała mu wyrywać do późnego popołudnia (żadnego podziękowania, tylko ten jej kaszel), wilgotne rozmazujące się w palcach grudy ziemi – to z nich wylezą dżdżownice (pozbiera robale w doniczkę i zostawi na słońcu, potem przyjdą goście). Dlaczego jesteś okrutny? Dlaczego nie jesteś jak inni? Wszystko, co robimy, robimy dla ciebie. Przecież wiesz.

Reklamy

370959230771132000000000000000000000000000000000000000

Nosi w sobie chłopca, którego stara się chronić przed światem; tak mógłby powiedzieć o sobie, ale nie mówi. Gdyby wypowiedział głośno: noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem, zostałby wyśmiany. Wystarczyłoby tylko, żeby usłyszeli trzy pierwsze słowa, a już, wiedzeni tym nieomylnym instynktem wspólnej prześmiewczej interpretacji, parskaliby, chichotali. Dlatego mówi coś innego, coś śmiesznego, coś co innym może wydać się śmieszne. Dlatego powiem tu teraz za niego: noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem. Wypowiem tu teraz za niego powoli, głośno i wyraźnie; noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem, kładąc akcent na każdym słowie, wystawiając się tym samym na pośmiewisko, stając po stronie jego i chłopca.

54122222371037600000000000000000000000000000000000000

Jeść się powinno w samotności, w ukryciu. Nie ma nic wstrętniejszego niż wspólne spożywanie posiłków. Jedzenie jest czynnością fizjologiczną, podobnie jak kopulacja i wypróżnianie, a więc również zasługuje na prywatność, intymność. Otwór gębowy nie różni się właściwie niczym od odbytu, pełni tylko inną funkcję.

33449372971981200000000000000000000000000000000000000

Uuuooh – takie westchnienie wydobyło się ze mnie niespodziewanie, gdy znów usłyszałem, co oglądają na swoim telewizorze. Właściwie jest to ta sama historia wypełniona najdzikszym chamstwem, pogróżkami i przekrzykiwaniem, mroczne postaci z koszmarów, które miały nie wyjść, a wyszły, twarze z upudrowanymi nosami, i te ich smutne głosy. W moim uuuooh nie było tonu wyższości, mówię to z ulgą – raczej konstatacja, znużenie tematem.

Nadciąga odwilż. Fatalna rozdzielczość.

20672849399056500000000000000000000000000000000000000

bez komentarza

Od dawna nie komentuję niczego. Pewnego dnia stwierdziłem po prostu, że każdy komentarz jest zbyteczny i świadczy nie najlepiej o komentującym. Jest mi wstyd, kiedy popatrzę na moje dawne komentarze, gdyby istniała taka możliwość, pokasowałbym je wszystkie. Nie oszukujmy się, z natury jestem prosty i głupi, a komentowanie pozwalało jedynie zaciemniać ten obraz. Komentowanie zawsze przychodziło mi łatwo, odbywało się gwałtownie, pod wpływem impulsu, a tym samym było gwałtowne i impulsywne, a więc najprostsze i najgłupsze. Bo czymże jest komentarz, jeśli nie zakamuflowanym wołaniem o akceptację, ohydnym nawoływaniem, by wszyscy myśleli tak jak ja (głupio, najprościej)? Niedobrze mi się robi na samą myśl, iż znów mógłbym dołączyć do grona komentatorów. Powiem więcej: powinniśmy się zamknąć, powinniśmy raz na zawsze zamknąć mordy! Naturalnie zdaję sobie sprawę, że to nierealne, ale skoro tego nie potrafimy, powinniśmy umieć chwilowo milczeć, powinniśmy nauczyć się powstrzymywać od komentowania, choćby tylko przez chwilę. Stać nas chyba na to, by nie komentować przez jeden dzień w roku? Skoro istnieje ogólnoświatowy dzień dużego członka tudzież ogólnoświatowy dzień bez opakowań foliowych, dlaczego nie mógłby istnieć ogólnoświatowy dzień bez komentarza?

12776523572924700000000000000000000000000000000000000

„Podobnie jak większość chłopców mieszkających na wsi, Pollockowie unikali chodzenia za potrzebą do wygódki, zamiast tego opróżniając pęcherze gdzie tylko się dało, z upodobaniem wykonując strumieniem moczu skomplikowane wzory na suchej piaszczystej glebie [zimą zaś na białym śniegu]. Mały Jackson często przyglądał się swoim braciom, którzy oddając w ten sposób mocz, rywalizowali ze sobą w tym, któremu z nich uda się trafić najdalej. Za mały, żeby z nimi wspózawodniczyć, Jackson zawsze chadzał do wygódki, nawet, żeby się wysikać – zwyczajowi temu pozostał wierny przez resztę swojego życia, także wówczas, kiedy był już na tyle duży, że strumień jego moczu leciał takim samym szerokim łukiem i równie daleko, co jego braci”.

Steven Neifeh, Gregory W. Smith, „Jackson Pollock: An America Saga” [w:] James Hillman, „Kod duszy”, przeł. Jerzy Korpanty

4880197746793000000000000000000000000000000000000000

Festiwal kolorów

 

Po drugiej stronie ulicy, pomiędzy twarzami oczekującymi na zmianę świateł, dostrzega dziwną, odmienną twarz, przypominającą ni mniej, ni więcej, tylko pobielone oblicze hinduskiego ascety. Przypomina sobie naraz nagiego starca o śniadym ciele siedzącego w kucki wśród błota i śmieci, którego jestestwa nie rozumie i nigdy nie próbował zrozumieć (różnorodność istnienia napawająca go nieufnością i lękiem), a którego samotna postać pojawiała się czasem wraz z nieodłącznym siwym kołtunem, i właśnie taką jak ta, pobieloną twarzą, w oglądanych wraz z siostrą programach edukacyjnych i podróżniczych.

Po zmianie świateł twarze ruszają przed siebie. Zauważa teraz ze zdziwieniem, że reszta ciała Hindusa ubrana jest w sposób jak najbardziej europejski, niemający nic wspólnego z Azją i niewątpliwie, musi to w końcu przyznać, reszta ciała należy do współczesnego Europejczyka.

Mijając go, przygląda się twarzy uważniej. Po chwili dziwi się jeszcze bardziej; pod warstwą zszarzałej bieli (z bliska przypominającej żółć) kryje się zwyczajna polska twarz typowego polskiego Polaka.

Przechodzi wzdłuż krótkiej uliczki i wkracza na główny plac miasta.

Główny plac miasta wypełniony jest po brzegi kolorowymi ciałami. Kolorowe ciała stanowią jeden wielobarwny kołtun podrygujący w rytm wystrzałów, megafonowych okrzyków, bębnienia, kakofonii basów. Niemal czuje te basy w żołądku. Obejmuje spojrzeniem podrygiwanie wielobarwnego kołtuna, nad którym wybuchają teraz różnokolorowe chmury; różowe, żółte, niebieskie, fioletowe, pomarańczowe, zielone… Przypomina sobie inny kołtun, zaobserwowany podczas pielgrzymki, na którą uprowadziła go babka, kiedy kilka lat temu, w wakacje, rodzice oddali go pod jej opiekę, jednak tamten kołtun nie był tak kolorowy. Wpatruje się z zaciekawieniem w różnokolorowy pył opadający na wielobarwny kołtun, mimowolnie kibicuje podrygiwaniu kołtuna. Kołtun faluje. Z kołtuna wyrastają tyczki zakończone smartfonami – to kołtun fotografuje swoje kolorowe kołtuństwo. Spogląda w górę, i dostrzega nad kołtunem drony filmujące fotografowanie się falującego kołtuna.

Nagromadzenie wszystkich tych ciał stłoczonych na niewielkiej przestrzeni przywodzi mu na myśl pojemnik wypełniony gazem, którego rysunki przeglądał wczoraj w swoim podręczniku do fizyki. Cząsteczki gazu reprezentowane były na pierwszym rysunku przez chaotycznie rozmieszczone kropki, był to właściwie niemal pusty prostokąt wypełniony z rzadka chaotycznie rozmieszczonymi kropkami. Następny rysunek przedstawiał ten sam pojemnik, w którym upchnięto wielokrotnie więcej kropek. Wydaje mu się, że wreszcie rozumie znaczenie podpisów zamieszczonych pod rysunkami: niskie ciśnienie, wysokie ciśnienie.

 

3016128079338730000000000000000000000000000000000000

przedświąteczne wyznanie

Przeklejanie cudzych fotografii w tumblrze (nie wiem jak się to wymawia, odmienia, ani tym bardziej pisze) działa na mnie kojąco, tonizująco, a mówiąc językiem „kołczów” (językiem stojącym kołkiem w gardle) – odstresowująco, jest jak układanie nigdy niekończącego się puzzle. Mówię o tym ironicznie (bronię się i kryguję), ale bez ironii. Obserwuję 184 blogi. Dałem 1066 serduszek.

1864069667454270000000000000000000000000000000000000

słodkości

Okres dzieciństwa i tak zwanej młodości musimy w każdym razie uznać za osobistą porażkę. Jesteśmy wtedy wstrętnie podatni na wszystko, co podsuwa nam się pod nos, we wszystkim doszukujemy się kolorów i iluzorycznego sensu, a tak naprawdę szukamy lizaków (ohydna łatwość z jaką przyjmujemy wówczas każdą ideologię, uznając ją automatycznie za swoją, wykorzystywana przez tak zwanych dorosłych reprezentowanych przez nauczycieli, idoli i duchownych). Więc można mówić o szczęściu, jeśli uda nam się wyjść z tego cało, jeśli (a mam taką nadzieję) te pierwotne i lepkie pozy nie wykrystalizują się w naszą dorosłość.

1152058411884450000000000000000000000000000000000000

A może tak wygląda starość – powyłączane poszczególne moduły, od czasu do czasu, okazjonalnie, w zależności od bodźców, uruchamia się kilka ciągle funkcjonujących. Jest określona pora dnia, gdy działa nawet ten jeden napędzany resentymentami, dający złudzenie integralności – jego działanie odbierane jest przez otoczenie jako odstręczające.
Więc może tak wygląda starość.

712011255569819000000000000000000000000000000000000

„Świnie w naszej Targowej Świniarni to pokazowe wieprze, rasa zwana poland china; mają różową skórę porośniętą rzadką białą sierścią, jakby przystrzyżoną na jeża. Wiele świń wyleguje się na jednym boku: sapią, otępiałe od panującego w pomieszczeniu gorąca. Te, które nie śpią, chrumkają. Stoją albo leżą na bardzo czystych grubych trocinach w nisko ogrodzonych boksach. Para wieprzy zżera trociny razem z własnymi ekskrementami. (…) Ale oto jedna płowa świnia zaczyna się drzeć. Zestresowane świnie wrzeszczą. Odgłos ten jest zarazem ludzki i nieludzki; włosy stają od niego dęba”.

David Foster Wallace „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”, przeł. Jolanta Kozak

„Częstokroć gospodarzowi wystarczy, że otworzy wrota swojej zagrody i, by tak rzec, puści jak z radia trochę chrząkania świń, wypuszczając je przez te otwarte wrota ze świata nieczystego sumienia, a już uchodzi za rzetelnego i pracowitego”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka