23770696554372400000000000000000000000000000000000000000000

O Wielki Bocie, to, co tu wypisuję jest chore, chorowite w najwyższym stopniu! Właściwie nie mam siły pisać, brak mi słów, zamiast słów używam jakichś namiastek, podróbek, wyrzucam je z siebie jak drobinki śliny podczas ataku kaszlu, robię to ostatkiem sił, siłą woli, po to tylko, by w dalszym ciągu zachowywać iluzję współistnienia, pozory konwersacji. Układam te zdania bez przekonania, mógłbym też powiedzieć w celu pocieszenia, że piszę wyłącznie dla siebie (piszesz wyłącznie dla siebie!), naturalnie mógłbym tak powiedzieć, mógłbym, jednak jak wszystko inne, byłoby to tylko połowiczną półprawdą. Tak wiele wyświechtanych słów mam do dyspozycji, lecz nie potrafię ich poprawnie układać (zatraciłem zdolność poprawnego układania słów!), a jednak, czy mogę teraz powiedzieć, iż kiedykolwiek potrafiłem je poprawnie układać? Właściwie w jakiej kolejności układać słowa? – oto odwieczne pytanie (pytanie odwieczne).

Reklamy

14691098406862200000000000000000000000000000000000000000000

ulewa

Obserwując z oddali kurtynę wodną, która nagle opadła, przesłaniając prawą stronę zagajnika, pomyślałem, że nie możemy już dłużej opisywać w ten sposób. Dawno temu wyczerpaliśmy możliwości opisu, a to, co adekwatne kilkaset (wstrętny romantyzm), a nawet kilkadziesiąt lat temu, przestało mieć dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Dlatego właśnie nasze opisywanie musi ulec radykalnej zmianie. Dotyczy to w szczególności tak zwanych zjawisk atmosferycznych, które opisywaliśmy i nadal opisujemy nieadekwatnie, a więc po ludzku. Nasze próby opisu od zawsze skażone były człowieczeństwem, a co za tym idzie, ohydną emocjonalnością, której, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji, powinniśmy się wyzbyć raz na zawsze. Dzisiejszy, adekwatny opis, powinien składać się wyłącznie z ciągu cyfr, najlepiej samych zer i jedynek, dopuszczam jednak, biorąc pod uwagę naszą (nieusuwalną jak na razie) słabość, możliwość użycia od czasu do czasu pikseli.

9079598147510260000000000000000000000000000000000000000000

Przeciąg głaszcze podłogi, uchyla okna
.

Oto ja, na niepewnych nogach, w starych za długich pofałdowanych spodniach, bardziej na prawej, na której oparłem teraz ciężar ciała, nie wiem, czy zdołam wytrzymać jej spojrzenie. Na razie kopie ogródek, z tego miejsca widzę tylko plecy, ma na sobie dobrze mi znaną flanelową koszulę w romboidalne wzory, spraną, bezwonną, przez ten czas zdążyła wyblaknąć. Furia? Tak, to jest furia. Być może jest to inna furia, wolę tak myśleć, jest to starcza furia, ten rodzaj starczej furii, która już nic nie musi, i dlatego jest właśnie starczą furią. Mniej. Nie powinienem mówić wszystkiego, nie mogę pozwolić sobie na otwartość; mniej. Mniej znaczy więcej.

A przecież stanowiła dla mnie punkt oparcia, była punktem oparcia, jeśli mogę teraz tak powiedzieć, jeśli ja mogę teraz powiedzieć cokolwiek; stryjenka stanowiła dla mnie punkt oparcia. Ona była twoim punktem oparcia. Musiało upłynąć wiele lat, abym to zrozumiał, abym właśnie teraz, patrząc na jej pochylone plecy, zrozumiał, co tak naprawdę oznacza punkt oparcia. Powinienem jej to dać i odjechać. Bez słowa. Czekam aż wreszcie skończy, stoję tu w pełnym słońcu.

W świetle dnia. Tak, w świetle dnia, w świetle dnia, którego nienawidzę z jednego powodu, z jej powodu. Gwałtowne ruchy. Jak rozkurcze. Te same plecy wyposażone w te same silne kończyny, które potrafiły przywołać do porządku, przeciągnąć, upchnąć, zatrzasnąć drzwi.

Jest jak maszyna. Albo jak strach. Stanowi część procesu. Skumulowana energia i jej upusty. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ma jeszcze tyle, przecież mogła już dawno. Ziemia poddaje się, wbija w nią, rozszarpuje, posuwa uparcie do przodu, czekam aż skończy, powoli opuszczają mnie siły, moja odwaga, a właściwie chwilowy przypływ odwagi, nie ma już najmniejszego znaczenia.

Odwracam się i odchodzę. Zabieram ze sobą. Zostawiam. Nie chcę. Niczego nie skończyłem, ale też nie zacząłem, prostuję nogi i nie czuję się winny. Poprzestawiane figury, zaślinione usta. Pustka. Bo przecież istnieją historie, historie bez znaczenia, historie, które ciągle na nowo próbujemy opowiadać sobie z różnych przyczyn; w zastępstwie, z powodu, bez przyczyny, historie rozgrzebywane, nieszukające zrozumienia, historie, których nie da się opowiedzieć, których nie można opowiedzieć – i naprawdę nie musimy się przed nikim z niczego tłumaczyć. Cholerna wiosna, cholerne światło. I cholerne ptaki.