10770594215935700000000000000000000000000000000000000000

Metody

 

To, że mnie spłodzono z bezwzględnym wyrachowaniem, niczego nie tłumaczy. Dzień również nie ma najmniejszego znaczenia (urodziłem się w dniu, w którym NASA ogłosiła wykrycie siedmiu nowych planet krążących wokół gwiazdy TRAPPIST-1). Żadne okoliczności mojego przyjścia na świat nie są w stanie wyjaśnić tego smutnego faktu, że nie urodziłem się sam. W czasie, kiedy operujący w podczerwieni teleskop Spitzera zbierał zasłużone wyrazy uznania, a zaniedbany teleskop Hubble’a patrzył tępo w kosmiczną przestrzeń, mój brat kopał mnie po głowie.

Ten czerwony karzeł już od pierwszych dni naszego wspólnego życia obrał sobie za cel moją osobę. Byłem słabszy i cierpliwie znosiłem razy zadawane z jakąś perfidną złośliwością. Nie wiem, czym zasłużyłem sobie w jego oczach na takie traktowanie. Być może do prawidłowego rozwoju wybitnej jednostki nieodzowna jest ofiara, ktoś uległy i cichy, ktoś, kto nigdy się nie poskarży. Dlatego z ulgą przyjąłem ten dzień, kiedy moi rodzice się rozstali, uwalniając mnie raz na zawsze od towarzystwa tego bękarta. Pamiętam jak dziś mroźny marcowy poranek i jego zimne, cyniczne oczy.

Tego dnia, dnia w którym po raz pierwszy w życiu naprawdę odetchnąłem, wyleciał do Stanów z tym pajacem (cóż, mój brat był bystrzejszy ode mnie, i co tu dużo mówić, był po prostu geniuszem), znikając raz na zawsze z zasięgu mego wzroku.

Zawsze nienawidziłem ojców szczycących się swoim ojcostwem, mianujących się nowoczesnymi tatami i ogłaszającym całemu światu swoje niezwykłe dokonania w dziedzinie ojcostwa. Wszelkie tego typu działania, okraszone zazwyczaj garścią życiowych mądrości, z nieodłączną gromadą szkoleniowych fotek (gokarty, Centrum Kopernika, na barana), niezmiennie napawały mnie wstrętem. Przywodziły mi na myśl wyposażonych we wszystkie współczesne gadżety, nieprzytomnych z dumy, uśmiechających się od ucha do ucha jurnych, witalnych półbogów, bezwzględnie pnących się w górę (na wzór okutanych w membranowe kurtki egotycznych himalaistów) po głowach swoich pociech.

 

Advertisements