1806885656323800000000000000000000000000000000000000000000000

„Całe życie byłem oszustem. Nie przesadzam. Właściwie wszystko robię po to, żeby wykreować pewne wrażenie w oczach innych ludzi. Głównie po to, żeby mnie lubili lub podziwiali. No, może jest to nieco bardziej skomplikowane. Ale jak się doskrobać do sedna, to chodzi mi o to, żeby mnie lubili, kochali. Podziwiali, akceptowali, oklaskiwali, co kto chce. Kapujesz. W szkole szło mi dobrze, ale w głębi serca motywowała mnie nie chęć uczenia się czy doskonalenia, tylko osiągania dobrych wyników, dobrych stopni i sukcesów sportowych. Zależało mi na dobrym świadectwie czy indeksie, żeby pokazywać je ludziom. Nie bardzo mnie to cieszyło, bo stale się bałem, że nie pójdzie mi dostatecznie dobrze. Z tego strachu pracowałem naprawdę ciężko, więc zawsze szło mi dobrze i osiągałem to, co chciałem. Tylko że jak już dostałem ten najlepszy stopień, zwyciężyłem na szczeblu miasta albo namówiłem Angelę Mead, żeby mi pozwoliła dotknąć cycka, nie czułem nic specjalnego, najwyżej lęk, że drugi raz mi się to nie uda. To znaczy przy następnej okazji. Pamiętam, jak siedzieliśmy z Angelą Mead w kanciapie u niej w basemencie i wsadziłem jej rękę pod bluzkę, nie czując nawet miękkiej żywotności czy czego tam jej piersi, ponieważ cały czas myślałem sobie: »Teraz jestem facetem, któremu Mead pozwala się obmacywać«. Później wydawało mi się to bardzo smutne. To było w szkole średniej. Angela Mead była serdeczną, cichą, powściągliwą, myślącą dziewczyną – teraz jest weterynarzem z prywatną praktyką – ale ja jej nigdy naprawdę nie widziałem, nie widziałem nic poza tym, kim mogę być w jej oczach, w oczach tej cheerleaderki, jednej z dwóch czy trzech najatrakcyjniejszych w szkole dziewczyn z tamtego rocznika. Była zresztą kimś znacznie więcej, kimś ponad gównianym rankingiem popularności, ale ja w niej tego nie dostrzegałem, chociaż bardzo udatnie udawałem, że jestem kimś, kto umie prowadzić głębokie rozmowy i naprawdę chce się dowiedzieć, zrozumieć, kim ona jest w środku.

(…)

Odkrycie pierwszego paradoksu w wieku lat dziewiętnastu uświadomiło mi tylko, jakim płytkim oszustem jestem od mniej więcej czwartego roku życia, kiedy to okłamałem swojego przybranego ojca, bo zrozumiałem jakoś tak w połowie jego pytania, czy to ja stłukłem misę, że jeśli odpowiem, że tak, ale »wyznam« to w sposób niezdarny i mało wiarygodny, ojciec mi nie uwierzy i będzie pewien, że to moja siostra Fern, biologiczna córka moich przybranych rodziców, jest winna rozbicia zabytkowej szklanej misy Mosera, którą moja przybrana matka odziedziczyła po swojej biologicznej babce i kochała nade wszystko, a w dodatku skłoniłoby to ojca do widzenia we mnie dobrego przyrodniego braciszka, który osłania Fern (naprawdę ją lubiłem) przed kłopotami i gotów skłamać, by przyjąć na siebie karę”.

David Foster Wallace, Stary, dobry neon, [W:] Niepamięć, przeł. Jolanta Kozak, ss. 192-193, 201.

Reklamy