97605290770725900000000000000000000000000000000000000000000000000000

list

Kiedy wgramoliłem się wreszcie do klatki schodowej, objuczony, przemoknięty do tego stopnia, że strąki zlepionych włosów sięgały swoimi mackami aż do policzków, po których, czułem to, i było to nieprzyjemne odczucie, ciekły nie krople a strugi wody, obrysowujące profil mojej twarzy, przetaczające się bezceremonialnie po brodzie i szyi, zataczające irytujące łuki, uciekające za kołnierz, i, co najgorsza, spływające bezczelnie po plecach (nawiasem mówiąc nieprzyjemne, a jednocześnie ożywcze doświadczenie, którego opis, nawet najdokładniejszy, nie jest w stanie oddać, nawet po części, towarzyszącego mu odczucia) za rzędem łzawych otworków skrzynki dostrzegłem pulchną biel koperty.

List (a więc pisze się jeszcze listy!), który wyjąłem powróciwszy z porannego spaceru (na spacery wychodzę tylko wtedy, gdy pojawia się deszcz), położyłem na łóżku, a sam, po gruntownym wtarciu w siebie błękitu ulubionego ręcznika frotte, zabrałem się za przyrządzanie śniadania.

Od kilku tygodni jadam śniadania.

Są to najczęściej resztki z dnia poprzedniego; kawałek sera pleśniowego, warzywa, najczęściej rzodkiewki, kromki, półbułki, napoczęty jogurt, jednak, od czasu do czasu, tak jak dzisiaj, korzystając z dobrodziejstw natury, z tych naturalnych cyklów i opadów, ulew, kurtyn wodnych, krótko mówiąc, z tak zwanych zjawisk atmosferycznych, ożywczych a zarazem chłodnych, skutecznie odgradzających od ludzi, udaje mi się zakupić „U Artura” składniki niezbędne do przygotowania prawdziwej wyżerki. Kop porannej energii, przed którym przez wiele lat z niezwykłą zręcznością uchylałem tyłek, zaczął sprawiać mi ostatnio masochistyczną przyjemność.

Zakupiłem świeże grahamki, do tego twarożek, jajka, naturalnie rzodkiewki oraz last but not least dwie puszki fasolki po bretońsku –  od lat nie miałem w ustach fasolki po bretońsku, stojąc „U Artura”, wpatrując się w puszkę fasolek po bretońsku, nie potrafiłem przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni jadłem fasolkę po bretońsku.

Umyłem trzy rzodkiewki, położyłem list na podłodze i spojrzałem na niego z góry, po czym leciutko (tak tylko, leciuśko, dla wprawy) trąciłem go stopą, a następnie z premedytacją przesunąłem w taki sposób, by krawędź koperty idealnie pasowała do  linii wyznaczonej przez ułożenie podłogowych klepek. Wydawało mi się przez chwilę, że w ten sposób, z tej wysokości zachowuję dystans, a tym samym nie ulegam gwałtownym emocjom związanym z otrzymaniem listu w drugiej dekadzie XXI wieku.

Obmyłem pod bieżącą wodą dwie kolejne rzodkiewki i śmiało, bez  ociągania, podniosłem z podłogi kopertę. Żując, zauważyłem, że jest zmoczona; dwie wielkie krople wody rozmiękczyły jej prawy brzeg, zahaczając o adres, deformując nieodwracalnie końcówkę fleksyjną ulicy i miasto.

Reklamy