27745922289305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

sen gipsowy, 30 grudnia 2017, 03-04

 

We śnie kroczę uliczką Ł., dzierżąc kilkunastokilogramową torbę z gipsem. Mam ochotę na ptysie, dlatego na ścianie jednej z kamienic, pod którą tkwi dwóch mężczyzn, znajduję kran i wpuszczam do torby wodę pod wysokim ciśnieniem. Mężczyźni patrzą na to z przerażeniem. Zaczynają tłumaczyć, że miałem szczęście, iż torba nie eksplodowała, że tak nie powinno się robić. Ja też, puszczając wodę, odniosłem wrażenie, że popełniam błąd, mówię mężczyznom. Teraz, zamiast torby, mam przed sobą karton z ptysiami, którymi w nagrodę częstuję mężczyzn. Biorą po dwa.

 


rzadko miewałem w tym roku oryginalne sny, a tu proszę na koniec niespodzianka, prezent

17147923024004200000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000


.

To miał być dla niego szczęśliwy rok, ale taki nie będzie, choć pozostało jeszcze trzy dni. Dwa tysiące siedemnaście, idealna konfiguracja cyfr, w przeciwieństwie do dwa tysiące szesnaście, myślał sobie na początku dwa tysiące siedemnastego, nie wiedząc naturalnie jak bardzo się myli. W szczególności  obecność jedynki i siódemki w tym zestawie, jego ulubionych cyfr, rozbudzała wyobraźnię, kazała pokładać nadzieję w przychylność nieprzychylnego, jeden siedem, jeden siedem, powtarzał nieugięcie przez cały dwa tysiące siedemnasty, zbierając ciosy, ciosając sobie kołki na głowie, aż wylądował w końcu u progu dwa tysiące osiemnastego, nie dość że parzystego, to jeszcze wymachującego mu przed nosem ową fatalną ósemką.

10597999265301500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

27 grudnia
.

Oglądałem wczoraj film o niedźwiedziach polarnych. Żadna idylla. Wszystko tam rozmarzło i nie wiedziały co ze sobą zrobić. Wariowały. Wspinały się na jakieś półki skalne i atakowały ptaki w gniazdach, przepływały setki kilometrów, by dotrzeć do wysp, na których również nie znajdowały właściwego pożywienia. Leżały potem w pełnym słońcu, oganiając się przed robactwem, nie mogąc zasnąć. To młode, które umierały.

Stare osobniki wypracowały sposób na przetrwanie. Po prostu nic nie jadły. Nic a nic, aby nie zaburzać metabolizmu, by organizm żywił się jedynie zgromadzonym tłuszczem. Podobno znajdowały się wtedy w jakimś półśnie. Tak funkcjonowały.

A dziś jestem taki choromański. Przez te niedźwiedzie choromańskie miałem sny.

2501848252103980000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Od dziadka przejąłem na całe życie zwyczaj wczesnego wstawania, prawie zawsze przed piątą rano. Rytuał ten powtarza się, codziennie z tym samym zdyscyplinowaniem wychodzę naprzeciw porom roku, na przekór nieustannym siłom lenistwa i ciągłej świadomości, że wszelkie działanie jest działaniem bezsensownym. Długotrwała izolacja jest całkowitą izolacją zarówno ciała, jak i ducha; podporządkowując się zupełnie i bezwzględnie własnym potrzebom, daję sobie radę. Okresy absolutnego odrodzenia przeplatają się z jego odwrotnością, poddany wszelkim możliwym chwiejnościom własnej natury i wszechświata, czymkolwiek by on był, potrafię rozeznać się w sobie wyłącznie na podstawie ich ściśle ustalonego porządku dnia. Tylko dlatego zdolny jestem istnieć, że przeciwstawiam się sobie i faktycznie jestem zawsze przeciw sobie.

(…)

Osiągnęliśmy wiek, gdy sami jesteśmy dowodem na wszystko, co nam się za życia przydarzyło.

(…)

Mówię językiem zrozumiałym tylko dla siebie, dla nikogo poza tym, podobnie jak każdy rozumie tylko swój własny język, ci zaś, którzy sądzą, że rozumieją, to głupcy albo szarlatani.

(…)

Czy jestem częścią, czy też ofiarą obracającej się coraz szybciej i nieprzerwanie wszystko w sobie gniotącej i rozgniatającej maszyny życia? zapytuję siebie. Nie ma na to odpowiedzi. Mój charakter to wszystkie charaktery jednocześnie, moje pragnienia to wszystkie pragnienia jednocześnie, moje nadzieje, zwątpienia, wstrząsy. Ratuje mnie tylko udawanie, a potem znów przeciwieństwo udawania. Gdziekolwiek byśmy szukali ucieczki, stajemy wobec niekompetencji”.

Thomas Bernhard, Autobiografie, tłum. Sława Lisiecka