926305439978555000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

samoloty

letter of resignation best resignation letter examples
i masz przeskakujemy na kolejny poziom
picipolo na żużlu harde lądowanie
nakręcany robocik dla którego kochaniuteńki
nie znajdujemy niestety zastosowania

 

polska miłość

połączył ich
stosunek
przerywany

  

na sposób

byłem na dnie
więc doszedłem do ściany

doszedłem do ściany
więc waliłem głową w mur

waliłem głową w mur
i przebiłem się na drugą stronę

 

 

Reklamy

218671051762790000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

idzie mu coraz lepiej

 

在家乡,刚下过雨的早晨,在一个岔路上遇到一只小狗。                            (źródło: yc-xiaoyanzi.tumblr.com)


W moim rodzinnym mieście,

tuż po deszczowym poranku,
spotkałem szczeniaka
na rozwidleniu drogi.

tłum. Translator  Google

 

Idzie mu coraz lepiej, nie żartuję, dla mnie to czyste piękno, przypomina nawet trochę Williama Carlosa Williamsa:

 

W drodze do szpitala zakaźnego
pod falą błękitu
skłębione chmury pędzące z
północnego wschodu, zimny wiatr.

fragment wiersza Wiosna i wszystko, tłum. Julia Hartwig

135146142345092000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Leżąc w jasności

Nic osobistego. Za oknem zdecydowanie widniej i przejrzyściej,
można już śledzić chemtrails, smugi chemiczne lub kondensacyjne,
jak kto woli. Można tez powoli wgryzać się w jabłko albo gruszkę,
do wyboru. Wolny, wolny, wolny wybór, rozpasanie zmysłów,
któremu nie kibicuje żaden świadek, zwierz, domowa roślina,
nikt nie podgląda przez dziurkę i nie rości praw.
Jest tak, jakby rolety rozsunęły się bez niczyjego udziału,
odsłaniając porządek roku.

51621232927393700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

tak czy nie?

 

Dlaczego mówi się tak czy tak? – zawsze się nad tym zastanawiałem. Gdy ktoś w mojej obecności mówił tak czy tak, głęboko się oburzałem, natychmiast chciałem lecieć z rękami, poprawiać go, tłumaczyć, że to nie do końca tak, że to przecież masło maślane, że po lewej jest tak i po prawej jest tak, że nie może być tak –  jednak, w ostateczności, niczego nie dawałem po sobie poznać.

4654683669341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (II)

 

Tak więc szliśmy.

Pagórki i mile.

Pagórki i mile.

Ktoś, kto nigdy nie był w tych rejonach, nie zrozumie uczucia nigdy nie kończącego się dystansu potęgowanego ukształtowaniem terenu; co innego jeśli się jedzie, ale chodzenie, a zwłaszcza chodzenie do określonego celu, w wybranym kierunku. kiedy mamy do przebycia tak zwany szmat drogi (a mieliśmy do przebycia dobre 13 mil), bardzo szybko staje się koszmarem ze względu na tutejsze stromizny zaskakujące idącego swoją nużącą powtarzalnością. Mimo wszystko nie było najgorzej. Nie padało. Cztery i pół godziny żwawego marszu w dość sprzyjających warunkach.

Ja i moi dwaj współlokatorzy połykaliśmy dystans z zadziwiającą łatwością. Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat naszej przeszłości; moi współlokatorzy wypytywali mnie o moją przeszłość, i ja opowiadałem im zdawkowo o mojej przeszłości, następnie ja pytałem moich współlokatorów o ich przeszłość (tak naprawdę wcale nie obchodziła mnie ich przeszłość, nie była mi ich przeszłość do niczego potrzebna, niemniej grzecznościowo wypytywałem ich o ich przeszłość) i oni opowiadali mi o swojej przeszłości. Przez cały ten czas starałem się być podobny do nich, mówiłem jak oni, poruszałem się jak oni, oddychałem pośpiesznie jak oni, nie zwracając uwagi na mój instynkt samozachowawczy. Dystans skracał się.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat ukształtowania terenu. Jeden z moich współlokatorów był człowiekiem wykształconym, posiadał wszechstronną wiedzę, której mogłem mu tylko pozazdrościć, i teraz dzielił się nią  zarówno ze mną, jak i drugim współlokatorem. Wskazywał na skutki zlodowaceń, występowanie żłobów i cyrków, posługiwał się przy tym słownictwem plejstoceńskim, którego nie rozumiałem, nie zamierzałem rozumieć.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat mijanego krajobrazu. Moi współlokatorzy zwracali moją uwagę na specyfikę tutejszej urbanizacji, z którą od lat byli za pan brat. Ja zwracałem uwagę moich współlokatorów na pasące się na okolicznych łąkach owce o czarnych łbach. Zarówno ja, jak i moi współlokatorzy wzajemnie zwracaliśmy swoją uwagę na szybko skracający się dystans.

Nie wiem, po co to ciągnę, ale tak nam właśnie upływało.

cdmn.

2876752714532190000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (I)

 

Robiłem wtedy w Anglii. W fabryce. Ale to tak jakbym przebywał na koloniach. Jakbym był w piekle. Do dzisiaj się z tym nie pogodziłem. I nie pogodzę się aż do śmierci.

Pewnego dnia poszliśmy do Haworth. Ja i moi dwaj współlokatorzy. Nie cierpiałem swoich współlokatorów, nie chciałem mieć z nimi do czynienia, ale od początku byłem na nich skazany, nie miałem wyboru. Zawsze jesteśmy skazani na jakichś ludzi i nie mamy wyboru. Tam, w Anglii, skazany byłem na pracowników fabryki, na wszystkich pracowników fabryki, w tym na moich współlokatorów.

Dzień był zimny. Pochmurny. Zanosiło się na deszcz.

Weekend, a więc czas zapomnienia o fabryce, o wykonywaniu tych wszystkich mechanicznych czynności, o tkwieniu dzień w dzień przy taśmie w ogłuszającym huku z idiotyczną nadzieją na jedną krótką, jedną jeszcze krótszą przerwę, o niemożności zakończenia procesu myślenia o bezsensie, o bólu. Stupor. Opiłki. Marionetkowość. Przed laty, kiedy wydawało mi się, że świat jest do zniesienia, wypowiadałem wiele zdań, rozmawiałem z ludźmi. Tam w Anglii nauczyłem się milczeć, jeśli potem mówiłem, nie mówiłem łagodnie. Odszczekiwałem.

Powiedziałem, że idę do Haworth, do sióstr. I oni poszli ze mną. Naturalnie podczas jednego z naszych wieczorków zapoznawczych, w trakcie których każdy z nas próbował wytyczyć nieprzekraczalną granicę a jednocześnie wybadać, a następnie otworzyć się przed pozostałymi, na ile tylko oczywiście można, w rozsądnych, odpowiednich do wrodzonej nieufności proporcjach, opowiedziałem im o mojej fascynacji twórczością sióstr, o fragmentach, o prozie.  Jeden z nich, nie wiem czy naprawdę, czy tylko chcąc mi się przypodobać, powiedział, że coś tam kiedyś czytał, drugi natychmiast dorzucił, że oglądał film.

Dlatego, gdy teraz powiedziałem, że idę do sióstr, oni poszli ze mną. Podobno jest coś takiego w człowieku, że jeżeli już raz wyrazi swoją opinię na jakiś temat, to się z nią utożsamia i trzyma się jej potem rękami i nogami, nie zważając na to, jak bardzo jest głupia. Tak więc poszli. Nie mieli wyboru.

Było to jeszcze w okresie, kiedy dopiero się ze sobą zapoznawaliśmy, tak to sobie teraz tłumaczę. Pierwszy tydzień. Pierwszy weekend. Fakt zamieszkiwania razem w jednym domu nie przerażał wtedy jeszcze tak bardzo ani mnie, ani ich. Zawsze, na samym początku tak zwanej znajomości, dawałem ludziom pewien kredyt zaufania i zawsze ten kredyt szybko się wyczerpywał. Zawsze, kiedy poznawałem ludzi, na samym początku, byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw, starałem się mimo wszystko ułatwiać (mówię tylko ja, więc to co mówię może okazać się kłamstwem) i zawsze okazywało się, iż ludzie są niesamowicie rozczarowujący. Tak było i w tym przypadku – jeden z nich był mocno skrzywiony w jedną, drugi w drugą stronę.

To rozwichrzenie było nawet zabawne. Początkowo przysłuchiwałem się ich dyskusjom, które szybko zaczęły przeradzać się w kłótnie; jakieś partie, twarde fakty, zaszłości, dowody, szybko jednak zaczęło mnie to nużyć. Najzabawniejsze było to, iż ciągle próbowali skaptować mnie, zawłaszczyć, gorąco pragnęli, abym w końcu się opowiedział, zdecydowanie stanął po czyjejś stronie [(2+1)>(1+1+1)], nie wiedzieli, że jak nic innego nie cierpię ludzi w typie wszystkowiedzącym, nadopiekuńczym, apostolskim. A gdyby nawet wiedzieli i tak nie przyjęliby tego do wiadomości.

cdmn.

1777930954809410000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nigdy nie wiem, jak traktować czytelników tego bloga (jeśli w ogóle są tu jeszcze jacyś czytelnicy). Z jednej strony – mówię za dużo, chaotycznie, popadam w jakieś kiczowate klimaty, z drugiej – mówię nie na temat, powtarzam się przy tym coraz częściej. Jest w tym wiele prawdy. Prawdą jest również, że ten blog to moja jedyna forma komunikacji z idealnym światem zewnętrznym, w co naturalnie nikt mi nie uwierzy.

Ten wstęp był tylko pretekstem, by znów zacytować Bernharda (przez całe życie szukałem jedynie pretekstu do zacytowania Bernharda), bo znów, przy kolejnej lekturze Bernharda, wynotowałem sobie kolejny, odpowiadający mi cytat z Bernharda:

„Na małych kartkach kupionych we wsi próbowałem uchwycić pewne dane, które wydawały mi się ważne, decydujące momenty życia, bałem się, ze to, co teraz było jeszcze tak wyraźne, rozpłynie się nagle i przepadnie, że nagle tego nie będzie, że nie znajdę w sobie dość siły, aby ocalić przed mrokiem niepamięci decydujące zdarzenia, potworności, śmieszności, starałem się ocalić na tych kartkach, co się dało, bez wyjątku wszystko, co wydawało mi się warte ocalenia, tu miałem mój sposób postępowania, moją własną nikczemność, moją własną brutalność, mój własny gust, który ze sposobem postępowania, nikczemnością, brutalnością i gustem innych miał tyle wspólnego co nic. Co jest ważne? Co jest znaczące? Wydawało mi się, że wszystko muszę ocalić od zapomnienia, z mózgu przenieść na kartki, których w końcu zrobiły się setki, bo nie ufałem własnemu mózgowi, straciłem zaufanie do własnego mózgu, straciłem zaufanie do wszystkiego, tym samym więc zaufanie do własnego mózgu. Wstyd, że piszę wiersze, był większy, niż sądziłem, zaniechałem więc pisania wierszy”.

T. Bernhard, Autobiografie, tłum. S. Lisiecka

1098821759722770000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zawsze komputery mnie spowalniały. Zawsze musiałem czekać, aż się przemiele, odświeży. Odkąd sięgam pamięcią, zarówno w pracy, jak i w domu, zawsze miałem najstarszego wraka (plus najstarszy system) i zawsze musiałem się liczyć z jego widzimisię. Bezruch. Otępienie. Przeraźliwa irytacja wynikająca z nerwowego oczekiwania, aż się odwiesi, załaduje. Ile czasu przez coś takiego straciłem? A ile zdrow