271651113667356000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wiatrak

 

Zgodnie z przewidywaniami Ziemia odwraca się do Słońca, wieczorami temperatura obniża się do tego stopnia, że zmuszony jestem zamykać okno. Na noc nie wyłączam komputera, szum wydawany przez wiatrak od zasilacza ma moc usypiającą (plus), za to rano budzę się w pomieszczeniu pozbawionym tlenu (minus). Powiedział mi o tym S.

S. powiedział mi niedawno, że wiatrak w moim komputerze ma dużą przepustowość, że to bardzo mocny wiatrak, że taki wiatrak w ciągu kilku godzin potrafi zassać całe znajdujące się w zamkniętym pokoju powietrze, że w moim pokoju, zwłaszcza w tak małym pokoju, taki wiatrak w ciągu kilku godzin stać na kilkukrotne zassanie znajdującego się wewnątrz powietrza.

Chciałbym mu nie wierzyć. Dopóki mi o tym nie powiedział, dopóty całymi latami w okresie jesienno-zimowym siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopóki nie przyszło mu do głowy podzielić się ze mną swoją wiedzą, dopóty miałem spokój. Musiałbym to sam obliczyć, ale nie jestem mocny z fizyki.

Teraz budzę się, przypominam sobie, co mi powiedział S., i zaczynam się dusić.

Reklamy

167889621328187000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Upodobałem sobie na wpół zburzone domy, zachodziłem do niezadaszonych pokoi o prymitywnie pomalowanych ścianach (okropne palmy, gałązki w kolorze wyblakłego błękitu, wszystko to na odpadającym tynku, kruszącym się, napęczniałym i butwiejącym), z ludzkimi odchodami w kątach, kamieniejącymi z biegiem czasu, z żółtymi prostokątami na ścianach w miejscach, gdzie wisiały niegdyś obrazy albo lustra. W którymś z nich na podłodze obok jasnozielonej rury leżał zniszczony i brudny miś z żółtego pluszu, ze szklanym okiem zwisającym na druciku. Okrągłe pająki z nogami jak długie nitki tkwiły nieruchomo na ścianach. Popielate, grube robaki z dwoma włosami sterczącymi z ogona wślizgiwały się w szczeliny i pod warstwy tynku”.

Mircea Cărtărescu Travesti, przeł. Joanna Kornaś-Warwas

64128128989018100000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„W następnym rozdziale przyjrzymy się rozmaitym scenariuszom, które mogą doprowadzić do powstania maszyn dorównujących inteligencją człowiekowi. Zaznaczmy jednak już na wstępie, że niezależnie od tego, ile przystanków dzieli sytuację obecną od powstania sztucznej inteligencji dorównującej ludzkiej, jej powstanie nie jest punktem docelowym. Następnym przystankiem, leżącym w niedalekiej odległości od poprzedniego, jest sztuczna inteligencja przewyższająca ludzką. Pociąg niekoniecznie się zatrzyma czy choćby zwolni na stacji Ludzieszyn. Bardziej prawdopodobne jest to, że przemknie przez nią ze świstem”.

Nick Bostrom, Superinteligencja. Scenariusze, strategie, zagrożenia, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa

24494765638867500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

weekend

 

Człowiek, który przez całe sobotnie przedpołudnie myje swój samochód. Człowiek, który przez całe sobotnie popołudnie pucuje swój samochód. Człowiek, który wieczorami na swym wypasionym ajfoniku ogląda ludzi wyposażonych w najnowocześniejsze myjki tudzież inne niezbędne akcesoria myjących, pucujących swoje samochody.

Miałem styczność z takim człowiekiem.

15138597711283100000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

speriodyzuj się!

 

Popełniamy błąd wywodząc siebie z przeszłości, doszukując się związków przyczynowo-skutkowych w tym, co już było. Beztrosko umieszczamy siebie obecnego na końcu linii biegnącej od dnia naszych narodzin, wrzucając wszystko, co też tam tylko zdążyło nam się naprzydarzać, do bieżącego, podskakującego na ogniu kociołka. Łączymy w całość głupoty i uniesienia, przyrost wiedzy i odrosty bezmyślności, wracamy w myślach do momentów kluczowych, mieszamy chochlą w splotach okoliczności. Szukamy wytłumaczenia, pichcąc niestrawny wywar.

 

Zapominamy przy tym, że tak naprawdę istnieją tylko etapy:

 

Etap przedszkolny, w którym ani be, ani me, tylko mamo mamo.

Etap dziecięcy, na którym dostajemy solidną lekcję klasowości.

Etap młodzieńczy, kiedy nam się wydaje, słońce wschodzi, świat stoi otworem.

Etap dojrzały, porażający swoją niedojrzałością.

9356167927584350000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odkrycia tego, że lektura może podać matematyczne rozwiązanie życia, i w każdej chwili również naszej własnej egzystencji, jeśli zastosować ją i uprawiać jako matematykę, a więc z biegiem czasu jako wyższą, wreszcie zaś jako najwyższą matematyczną sztukę, którą dopiero wtedy, gdy w pełni ją opanujemy, możemy nazwać czytaniem, dokonałem po śmierci dziadka, tę myśl i tę wiedzę zawdzięczam jego śmierci. Spędzałem więc dni na pouczających zajęciach i pożytecznie, toteż szybciej mijały. Dzięki czytaniu przekraczałem otchłanie, i tutaj ziejące o każdej dobie otworem, znajdując w lekturach ratunek przed stanami psychicznego rozbicia.

Thomas Bernhard Autobiografie, przeł. Sława Lisiecka

5782429783698790000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

achtetendencje

 

Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, nie podejmowałem jej nigdy, gdyż niesłychanie wprost przerażał mnie profesjonalizm w ubiorze jeżdżących na rowerze, biegających, czy nawet spacerujących, którzy, czego od zawsze byłem naocznym świadkiem, jak jeden mąż natychmiast dostosowywali się do aktualnie panujących trendów. Ta powszechna, jakże typowa dla wszelkiej działalności ludzkiej uniformizacja odstręczała mnie na dobre od podjęcia jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Wszędzie, gdzie w grę wchodziły najpospolitsze, najbanalniejsze sprawy indywidualnej kondycji ludzkiej, dotyczące, tak jak choćby w tym wypadku, utrzymywania na jako takim poziomie tężyzny fizycznej, zawsze pojawiały się trendy, srendy, pędy, tendencje napędzane przez przebiegły kapitalizm, a skwapliwie podchwytywane przez niczego nieświadome, dążące do bezpiecznej unifikacji masy. Dlaczego nie porcięta, buty z czterema paskami, kaszkiet? – zapytywałem.

 

link

3573738143885560000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pierwszy stopień

 

Zauważyłem, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi. Zupełnie mnie nie interesują. Wczoraj, przed zaśnięciem, przypomniałem sobie szereg sytuacji (uszeregowanych w szereg) takich jak; jazda samochodem z nieznajomą osobą (ktoś znany komuś, kogo znam, z kim muszę gdzieś dojechać), kilkudziesięciominutowe przebywanie z kimś sam na sam we wspólnym pomieszczeniu (na przykład w poczekalni u wszystko jedno kogo), a także inne tego typu, najczęściej jednak spod znaku tzw. towarzysz podróży. We wszystkich tego typu sytuacjach dobrze wychowany człowiek skazany na czasowe towarzystwo innego człowieka zapytałby tego drugiego o coś, o cokolwiek, zainteresowałby się jego losem, normalnie, grzecznościowo, po ludzku, a ja nie pytałem. Nie pytałem, ponieważ wcale mnie to nie interesowało. Zazwyczaj zapadało tak zwane kłopotliwe milczenie.

Zastanawiając się nad tym fenomenem, doszedłem w końcu do wniosku, iż nie pytałem z dwóch podstawowych powodów: po pierwsze – ich historie byłyby historiami typowymi, mogącymi przydarzyć się dowolnie wybranej osobie (rozrzut statystyczny), a to, że my znaleźliśmy się dokładnie w jednym miejscu i czasie, nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia, po drugie – nie pytałem, ponieważ wiedziałem, iż każde moje pytanie byłoby fałszywe, nie zadawałem pytań ponieważ przeczuwałem, że już po pierwszym zadanym pytaniu wylezie na wierzch fałsz zadającego pytanie, bo przecież widać od razu, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi.

2208691639813240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie wiem, jaka choroba trawiła Gwendolyn, myślę, że ona sama nie umiałaby tego powiedzieć. Jedyną obroną z jej strony była swoista, nachodząca ją wielokrotnie w ciągu dnia, a może także i nocą, potrzeba, by się upudrować czymś w rodzaju taniego talku, którego wielka puszka stała na stoliczku obok łóżka. Gwendolyn używała tej miałkiej, nieco tłustawej substancji w takich ilościach, że linoleum wokół posłania, a niebawem cały pokój i korytarz na piętrze zaciągnięte były białą, wskutek wilgotności powietrza trochę mazistą warstwą. O tej bieli pokrywającej wnętrze plebanii pomyślałem niedawno znowu – mówił Austerlitz – gdy w opisie lat dzieciństwa i młodości u pewnego rosyjskiego pisarza przeczytałem, że podobną pudermanię miała jego babka, dama, która jednak, choć głównie leżała na kanapie i żywiła się niemal wyłącznie galaretkami owocowymi i mleczkiem migdałowym, cieszyła się żelazną konstytucją i sypiała zawsze przy otwartym na roścież oknie, toteż raz zdarzyło się, że pewnego ranka, po szalejącej przez całą noc nawałnicy, obudziła się pod warstwą śniegu, nie doznawszy zresztą najmniejszej szkody. Na plebanii jednak wyglądało to inaczej. Okna pokoju chorej pozostawały zawsze zamknięte, a biały puder, który drobinka po drobince osiadał wszędzie, warstwą dostatecznie już grubą, by zaznaczały się w niej wydeptane szlaki, nie miał w sobie nic z iskrzącego śniegu. Przypominał raczej ektoplazmę, która, jak raz opowiedział mi Evan, może z ust kobiet mających dar jasnowidzenia wydobywać się wielkimi kłębami, opadającymi potem na podłogę, gdzie szybko wysychają i rozsypują się w pył. Nie, plebanii nie zawiewał świeży śnieg; wypełniało ją coś niedobrego, a ja nie wiedziałem, skąd się to niedobre bierze, dopiero znacznie później w innej książce znalazłem określenie, które było wprawdzie całkiem niezrozumiałe, ale mnie – mówił Austerlitz – natychmiast trafiło do przekonania: „arseniczna groza”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Szybko lustro, komenderuje, a potem: szybko puderniczkę! i pudruje twarz i przegląda się w lustrze, na przemian pudruje twarz i przegląda się w lustrze. Nagle mówi: przecież nic nie widzę, w ogóle nic nie widzę. Rzeczywiście, to Konrad do Wiesera, przez chmurę pudru nic w lustrze nie widzi. Może to i dobrze, że nic nie widzę, mówi, i pudruje się nadal. Cała suknia jest w pudrze, miał powiedzieć Konrad do Wiesera, a ona ciągle powtarza: muszę się upudrować, upudrować się muszę, do cna upudrować, a kiedy zabrakło pudru w puderniczce, mówi: mamy jeszcze gdzieś puder? Gdzieś jeszcze musi być puder! Puder! Puder! Puder!, mówi i rzeczywiście znajduję drugą puderniczkę, a ona dalej pudruje bez opamiętania twarz, mówi Konrad do Wiesera, nagle już nie widzę jej twarzy, zapudrowała do cna twarz. Zapudrowana!, zapudrowana!, mówi: zapudrowana!. Zapudrowana!, wykrzykuje, mówi Konrad, nagle śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła i śmieje się i woła: upudrowana, zapudrowana, zapudrowana, upudrowana, zapudrowana!

Thomas Bernhard Kalkwerk, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak