8790935013445110000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

monady (wejścia-wyjścia)
,

Monady, w które wchodzę coraz częściej bez obawy, bo wydaje mi się, że w końcu zrozumiałem istotę wszechobecności monad. Trzeba być obojętnym, ale nie w sensie zaangażowania, trzeba być obojętnym wobec nieprzystawalności wielości. Brodacz na kutrze oglądany w programie telewizyjnym, któremu wydaje się, że jego punkt widzenia jest jedyny i powszechny (wyciąganie sieci w pełni sił witalnych, komentarze), a przecież tuż obok, na innym kanale, coś innego, odmiennego, płynna rzeczywistość metropolii w jakiej nigdy nie zdołałby się odnaleźć. Schody. Tynki prowincji. Złowrogość wypełnionej po brzegi poczekalni. Nawarstwianie godzin. Para Chińczyków – on, ona, w kwiecie wieku (oboje opasani nadmuchiwanymi różnobarwnymi kołami) – tkwiąca pośrodku zatłoczonego basenu (wszyscy mają koła). Zamki Wampirów, do których nie zaglądałem od wielu miesięcy, do których zaglądam teraz z ciekawości, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wewnątrz nic się nie zmieniło. Sen, w którym ktoś obcy siedzący w wysokim fotelu chce mnie zainteresować kolorem zielonych ścian; przypomina, że w moim mieszkaniu ściany były pomarańczowe i czy nie pomalowałbym, gdybym chciał coś jeszcze zmienić.

Reklamy