365014740723634000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pisanie/pochylanie

 

Nie lubi swojego pisania, dopóki się nad nim nie pochyli. Wystarczy tylko, że się pochyli, a już sprawy wyglądają inaczej, nagle zaczyna je lubić, ba, jest nim oczarowany! Problem jedynie w tym, iż z wiekiem coraz trudniej przychodzi mu się pochylać, w celu pochylenia zmuszony jest podejmować z góry skazane na porażkę wielokrotne próby pochylania, gimnastykować w tym celu umysł i ciało, by wreszcie, za którymś tam razem, udało mu się w końcu z bólem to uczynić. Z wiekiem przychodzi trudniej.

Reklamy

20341574322680400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Klon, Ukrop, Urwis Żółw

 

Zawdzięczam odkrycie Tydelii połączeniu fotografowania i internetu. Fotografowanie zaniepokoiło mnie podczas głębokiego snu w altanie w ogrodzie należącym do mojego najlepszego przyjaciela, którego inicjały postanowiłem zachować dla siebie, internet towarzyszył mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Ów pozbawiony inicjałów przyjaciel, który owego upalnego popołudnia zajęty był przeglądaniem rodzinnego albumu, zauważył podczas mego snu, że niemal na każdej grupowej fotografii chowam się za plecami stojącej przede mną osoby, zaś ja, tuż po przebudzeniu, dokładnie zrelacjonowałem mu swój sen, w którym na próżno usiłował przepołowić skorupę ogromnego, odznaczającego się niezwykłym poczuciem humoru żółwia – za każdym razem, gdy zbliżał się do niego z piłą spalinową, żółw ów wykonywał zręczny unik, co więcej, za pomocą smartfona robił mojemu przyjacielowi kompromitujące zdjęcie, po czym od razu wrzucał je na facebooka. Podczas gwałtownej wymiany zdań, która zaraz potem nastąpiła, obaj doszliśmy do wniosku, że syrop klonowy bywa wstrętny.

Następnego dnia mój pozbawiony inicjałów przyjaciel zadzwonił do mnie z Buenos Aires. Powiedział, że ma przed oczyma zdanie, na które natrafił przypadkowo w archiwum internetu, znajdując się dokładnie nad Oceanem Atlantyckim. Zdanie owo brzmiało: „Zabija się człowieka, każąc mu pozować do fotografii”. Powiedziałem mu, zgodnie z prawdą, że chętnie zobaczyłbym to zdanie. Kilka lat później podesłał mi link. W taki oto sposób dotarłem w końcu do Tydelii.

7769790006581780000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

… pomysł na niesamowicie krótką powieść z narracją trzecioosobową pod roboczym tytułem „Kronika taka Patataka” wprowadzającą ewentualnego czytelnika (ewentualnie czytelniczkę) w błąd przy nieuważnej/dość pobieżnej lekturze. Już na początku pierwszego rozdziału głównemu bohaterowi ucieka z mieszkania czarny kot. Rwana akcja plus nielogiczność wątków w dalszych rozdziałach, drobne przesunięcia akcentów, niedwuznaczne sugerowanie umaszczenia (rozsypane rodzynki, przecenione pomarańcze, rdza, itp.), wszystko to sprawia, że gdy w ostatnim rozdziale wraca do autora nie kot, a pies, do tego rudy i to z naderwanym uchem, ewentualny czytelnik/czytelniczka niczego nie zauważa.

2967795697064970000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

postuj, klękaj

 

„Pragnienie jest zawsze pragnieniem, by pragnąć, pragnieniem, które nigdy nie zostaje zaspokojone, pragnieniem jouissance, której nigdy nie da się osiągnąć.

(…)

Podmiot grzęźnie w nieskończonym powtarzaniu tej samej czynności wciąż od nowa, gdyż to ona właśnie dostarcza mu przyjemności. Postuj. Postuj. Postuj. Klikaj. Klikaj. Klikaj”.

3520521795081000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zgryz

 

Nie ma osób szczególnych, szczególnie dla nas. Wiążemy się z pewną wypadkową, medianą, rozsiewem statystycznym, który przy sprzyjających okolicznościach traktujemy wyjątkowo, sądząc, że był on nam, jak to się mówi, pisany. Bujda! Równie dobrze mógł on być zastąpiony zupełnie odmienną konfiguracją uśmiechów, stwierdzeń, uwodzących zasmuceń, westchnień, zmarszczek mimicznych, wypowiedzianych w porę zdań, pocałunków i tym podobnych cech, gestów tudzież zachowań przypisanych innej osobie. Przypadek, który z całym dobrodziejstwem inwentarza bierzemy za pewnik, kpi z nas za naszymi plecami – i to w żywe oczy. Drobne przesunięcia rysów twarzy, tu dodany pieprzyk, tam troszeczkę dłuższy nos, tutaj odmienna artykulacja, przebłysk inteligencji, elokwencja, puenta, tam figlarnie opadający za uchem kosmyk włosów, oczy – zamiast zielonych, brązowe, bardziej spiczasty dowcip albo wyższe czoło, to wszystko, zamiast tego, co już dobrze znamy, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, mogło przecież równie dobrze składać się na idealny (według nas) wizerunek osoby, z którą mogliśmy się związać, którą mogliśmy, jak to się mówi, kochać.

Najśmieszniejsze jest to, że sami również jesteśmy zastępowalni. Jesteśmy bardzo łatwo zastępowalni w swoim zrzędzeniu, skrzywieniach i monotematyczności.

link

1344719667586150000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

żarówka

 

Na początku przepaliła się żarówka. Zupełnie nowa, kupiona kilka dni wcześniej. Tak to wyglądało. Mniej więcej. Żarówkę musiałem natychmiast wyrzucić i zakupić nową, dlatego znalazłem się wtedy tam, gdzie nie powinienem był się znaleźć, a więc na rogu Siennej i Benoit. O ile sobie przypominam, było już dobrze po siedemnastej.

Na rogu Siennej i Benoit jest sklep z różnymi takimi, dużo przedmiotów, głównie elektryka, byłem nieomal pewien, że widziałem tam wcześniej żarówki, przechodzę tamtędy codziennie i mimowolnie zerkam na wystawę, małe żółte pudełeczka ustawione w piramidkę, jednak w środku okazało się, że to galanteria albo garmażerka, w każdym razie żarówkę zmuszony byłem wybić sobie z głowy.

Crescendo.

Utraciłeś przenikliwość. Brak ci przenikliwości, pomyślałem natychmiast, od razu. A do tego jesteś mistrzem w wynajdowaniu powodów do poczucia winy, dodałem z satysfakcją, i dalej, jesteś największym mistrzem w sztuce winienia, obwiniania siebie, powtarzałem wielokrotnie, wracając bez żarówki, do tego w podłym nastroju.

W mieszkaniu, gdzie teraz siedzę, rzeczywiście przepaliła się żarówka, jedna z wielu, a więc nie jest to powód do rozpaczy. Żarówka nie stanowi powodu, mówię teraz głośno, żarówka była powodem by odwrócić uwagę i zapodać fikcję, by fikcją wypełnić czas, czas, w którym siedzę sam w mieszkaniu i obwiniam siebie. Z byle powodu. Czy to będzie żarówka, czy zapchany kibel, zawsze znajdę sobie powód do obwiniania siebie. Zwyczajnie. Bez powodu. Więc mówię teraz głośno, powtarzam, nigdzie nie wychodziłem, nie byłem dzisiaj na rogu Siennej i Benoit, po prostu, przepaliła się żarówka.

 

196191955446197000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

A dziś pomyślałem sobie, że poprzedni wpis mógł jednak zabrzmieć zbyt mądrze, dlatego prędko proszę o wybaczenie, już wyjaśniam: ja tylko wybieram ze słownika jakieś trudne słowo, a potem (niejako od tyłu) dobudowuję do niego notkę, ot cała prawda. Jak już gdzieś wcześniej zdążyłem wspomnieć, z natury jestem prosty i głupi, ot cała prawda. Dla rozluźnienia mięśni i atmosfery mój ulubiony (jakby ktoś jeszcze nie wiedział) cytat z Bernharda:

.
„Żyjemy w dwu światach, powiedziałem do Gambettiego, w rzeczywistym, który jest smutny i podły, a koniec końców zabójczy, i w sfotografowanym, który jest na wskroś zakłamany, ale przez przytłaczającą większość upragniony i idealny. Zabrać dzisiaj człowiekowi fotografię, zerwać ją ze ściany, powiedziałem do Gambettiego, i zniszczyć, raz na zawsze, to znaczy odebrać mu nieomal wszystko. W konsekwencji można powiedzieć, że ludzkość już tylko na tym wisi, że nie ma już nic innego, czego mogłaby się uczepić, a wreszcie że nie jest już zawisła od niczego więcej jak tylko od fotografii. Fotografia stanowi dla ludzi ratunek, Gambetii, powiedziałem, na co Gambetti roześmiał się, nazywając mnie porannym fantastą, czyli użył takiego wyrażenia, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałem, czego konsekwencją z mojej strony był śmiech, któremu Gambetti oczywiście zawtórował i którym przez pewien czas rozkoszowaliśmy się obaj z największą przyjemnością”.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, tłum. Sława Lisiecka

 

46314638123912600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

z jednej gliny

     prawdziwym detektywom

 

To ja byłem tym dobrym
i ja byłem złym.
Dwaj w jednym,
co by nie mówić.
.

.
(brainardiana)  

Pamiętam, że słyszałem Blues White Sióstr zamiast Blue Suede Shoes.
Pamiętam, że mój szkolny kolega, który kochał się w Tanicie Tikaram, wyglądał jak Tanita Tikaram.
Pamiętam Vibovit. Pamiętam Visolvit.

 

cud narodzin

Aby było zdrowe.

 

 

12969654016234700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wizyta

 

Więc najpierw jest zawziętym felietonistą, pisze głównie o ekonomii, lewarach i świecach, przyświeca mu jeden cel – mieć własny portfel, potem lekko stopuje, zajmuje go sport, a właściwie sama otoczka; skrobie o transferach, kulisach i klubach – kilka ogranych motywów, do których powraca jak Kubica do F1. Lubi góry. Lubi słońce. Lubi morze. Lubi nas. Dalej – to wiecie. W końcu trafia na okładkę Wikipedii.

Dziś znalazł czas.

W trakcie rozmowy stuka na laptopie. Jest wieczór. Twarz rozświetla mu blask. Między kuchnią a przedpokojem snują się dwa spasione neoliberalne koty, zblazowane, ogłupiałe od łakoci.

170623807298553000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Gromadzi cudze fotografie, cudze, ale tylko do pewnego stopnia, właściwie rzecz ujmując, jest to cudzość już przeżyta, cudzość oswojona. No tak. Już gdzieś to kiedyś widział. Musiało mu się przecież rzucić wcześniej w oczy… Ulica w Skopje albo w Berlinie, ale dla niego jest to Sienna lub Górczewska, obrazy wywołujące z pamięci inne obrazy; opuszczone place zabaw, odrapane filary wiaduktów, huśtawki, windy, śmieci, garaże, przytulne blokowiska, plaże jak tamte plaże, psy przypominające mu inne psy biegnące ukosem, żółte trawniki, balkony, twarze, przejścia pod ścianami.
Pragnął nie zapominać. Pragnął zgromadzić wszystko.

15385139106431700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

brzytwa Ochmonka

.

Za dużo go tutaj, kiedy tam nie ma go wcale. Jakby chciał temu nieustannie zaprzeczać, jakby mogło pomóc. Chwyta się tego, jak ostatniej brzytwy ratunku.


„Wszystko, co zostało powiedziane, okazuje się od razu, czy nieco później, bez sensu, to wszakże nie żadna zbrodnia, powiedział, jeśli mówi się o tym z przekonaniem, z najbardziej niewiarygodną zapalczywością, do jakiej jesteśmy zdolni. To, co myślimy, chcemy też powiedzieć, powiedział Reger, i w gruncie rzeczy nie zaznamy spokoju, dopóki tego nie powiemy, kiedy milczymy, dusimy się tym. Ludzkość dawno by się już udusiła, gdyby musiała przemilczać pomyślany na przestrzeni jej historii bezsens, każdy, kto zbyt długo milczy, dusi się tym, również ludzkość nie może zbyt długo milczeć, wtedy bowiem dusi się, nawet jeśli bez sensu jest wszystko, co wymyśli pojedynczy człowiek, co wymyśli ludzkość, jak również to, co pojedynczy człowiek kiedykolwiek w życiu wymyślił, to, co ludzkość kiedykolwiek wymyśliła”.

Thomas Bernhard, Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski