84787475302008800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podwójne sito

 

Staram się jak najmniej pisać, od kiedy zauważyłem, że Thomas mnie zdradza. Jak już wcześniej gdzieś tam wspomniałem wszelkie wpisy na tym blogu zatwierdza osobiście Thomas Bernhard z Moich nagród. Za każdym razem, zanim nacisnę publikuj, zasięgam jego opinii – i niemal zawsze, za każdym razem, jest to opinia pozytywna.

A wygląda to mniej więcej tak; napiszę coś, zerkam na twarz Thomasa z Moich nagród, na twarzy Thomasa dostrzegam charakterystyczny, niepodrabialny uśmieszek dumnej akceptacji, publikuję.

Tak było. Do tej pory.

Jednak kilka dni temu, przeglądając moje wpisy, zauważyłem, że to nie funkcjonuje. Bynajmniej nie tak, jakbym ja sobie tego życzył.

 

Dlatego dzisiaj, na biurku, tuż obok Moich nagród, ustawiłem sobie tyłem Czuję. Zawrót głowy. Od dzisiaj każdy wpis na tym blogu przechodził będzie podwójną weryfikację. Już nie tylko Thomas z jego, nie oszukujmy się, zakulisowym pokpiwaniem z moich wpisów, który wszystko przepuszcza, lecz również W.G. Sebald, pisarz, z którego zdaniem bardzo się liczę  (Sebald to taki Bernhard, tylko bez poczucia humoru, co niewątpliwie stanowi o jego przewadze).

Od dzisiaj każdy wpis, zanim pojawi na tym blogu, zderzyć się będzie musiał z niezwykle surowym obliczem W.G. Sebalda z okładki Czuję. Zawrót głowy. Z jego krytycznym spojrzeniem.

Reklamy

7645281878642070000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

88

 

Ten spacer, powiedział książę, był znów jednym z ulubionych przeze mnie spacerów bez słów. Podczas takich spacerów nie wolno, co jest samo przez się zrozumiałe, drogi doktorze, wyrzec słowa. Kto nie dochowa zasady, zabraniającej na takim spacerze wyrzec bodaj słowo, tego w przyszłości na zawsze wykluczam z takich spacerów bez słów.

Thomas Bernhard  Zaburzenie, przeł. Sława Lisiecka

263317680331265000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

To, co my definiujemy jako ja, nie jest już usadowione we wnętrzu mózgu biologicznego człowieka, tylko jest rozdystrybuowane. Jest częściowo tu, a częściowo w jego modelach, które istnieją w rozmaitych bazach danych i w algorytmach, które go modelują na potrzeby rozmaitych korporacji.

Jacek Dukaj

 

link

62160872235737800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ludzie do pewnego momentu. I ludzie nieukształtowani.

Ludzie do momentu, kiedy po raz ostatni im wierzyłeś, zanim obrali skostniałe formy, sprzeniewierzyli się sobie, zastygli w wygodnych pozach, a rysy ich charakteru, które wiele lat wcześniej zapowiadały ten nieuchronny etap, zostały raz na zawsze ustalone. Lecz to nie przekreśla tego, kim dla ciebie byli.

Ludzie kominy i ludzie cyprysy. Podążaj za ludźmi cyprysami.

23743340423712200000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wracając do ubiegłego. Bezsprzecznie książka Olgi Hund. Język Olgi Hund (podobne odczucie naturalności-normalności-prawdy miałem, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej). Psy ras drobnych – relacja ze środka instytucji totalnej.

„Potem prowadzą mnie na izbę przyjęć. Siedzą dwie baby. Daję im ubezpieczenie podbite gracko tego samego dnia na ujocie. Potem rozmowa z Panią Ordynator. Znudzony, zwalisty sanitariusz siedzi w kącie na maluśkim stołeczku. Nie chcę przy nim mówić, więc na moją prośbę wychodzi, a ja od razu zaczynam płakać, jakby mnie ktoś oszwabił z tego ochronnego płaszcza, którym okryłam się w karetce, z tej peleryny, która powiewała w furmance.

–  Wszystko już powiedziałam, ma to pani w karcie – kaszlę i smarkam od tego płaczu.

–  Ja chcę rozmawiać z człowiekiem, nie z kartą – lekarka brzmi, jakby mówiła to każdemu, każdemu po sto razy. Siedzi osowiała za biurkiem, patrzy beznamiętnie. Niczego więcej chyba nie pragnie, niż mnie w środku wyczyścić, a potem na nowo urządzić chemią niemiecką”.

Olga Hund, Psy ras drobnych

5605042352914730000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Lekcja historii

 

Musimy pamiętać, że to właśnie Chińczycy pierwsi poważnie potraktowali Księżyc. Co prawda Amerykanie, ach ci rozpanoszeni Amerykanie!, umieścili tam wcześniej swoich dwunastu apostołów, ale żaden z nich – proszę zauważyć, żaden! – nie zainteresował się jego ciemną stroną. Łazili, zostawiali ślady, wbijali chorągiewki – lecz wszystko to w pełnym słońcu,  żadnemu z nich nie przyszło nawet do głowy zajrzeć za podszewkę. Amerykanie… no cóż, ich zawsze interesowało tylko to, co popularne; popcorn, popkultura, biblia, gwiezdne wojny, nie chcę się rozwodzić. Dość powiedzieć, że na patrona swej misji wybrali bufona i zawistnika, błękitnookiego Apollo…
Co innego Chińczycy! – oni zawsze twardo stąpali po ziemi, na zimno i bez emocji podchodzili do zagadnienia; kropla drąży kamień, kompas, papier, czarny proch… długo by o tym mówić. Tylko oni (chciałoby się powiedzieć – tylko my) mogli z tak chłodną głową potraktować gościa. Bo czym był dotąd Księżyc jeśli nie smutnym gościem, niezgrabą z tym samym obliczem, do cna zawiedzionym ludzką ignorancją? Wszyscy zadowalali się tym co widoczne, nikt, absolutnie nikt, nie interesował się całością…
Dzisiaj, kiedy doskonale wiemy, że wszystko ma swoją ciemną i jasną stronę, kiedy mieszkamy na Marsie, w wolnych chwilach podróżujemy do gwiazd, kiedy udało nam się jak cytrynę wycisnąć ciemną materię, musimy pamiętać, że zawdzięczamy to właśnie Chińczykom, ich dociekliwości, ich przenikliwości, ich Nefrytowemu Królikowi – i, co najważniejsze – bogini Chang’e.

 

1323171012053240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„(…) próbowałem zbadać, jak mocna jest rzeczywiście pamięć Höllera, wprawdzie wyobrażałem sobie, że pamięć Höllera była równie mocna i klarowna jak moja, Höller był jednak całkowicie innym człowiekiem niż ja, a u dwóch ludzi nic nie jest jednakowe, zacząłem więc, świadomy tego, przypominać mu szczegóły naszej wspólnej drogi do szkoły, najpierw wspominając występy skalne, charakterystyczne, rzucające się natychmiast w oczy występy skalne, następnie mniej rzucające się w oczy, mniej charakterystyczne, zapachy w określonych miejscach, zapachy roślin, zapachy ziemi, drogę do szkoły charakteryzowały bowiem ciągłe zmiany zapachu ziemi, zapachy kamienia i zapachy roślin, przypominałem gniazda określonych ptaków, gromady, gatunki ptaków, w ogóle próbowałem przebadać zasoby pamięci Höllera, przypominałem różne przedmioty, na przykład leżące na dnie Aurach wraki rowerów, wszelkie żelastwo, puszki od konserw, koła młyńskie, powrzucane tam przez rozmaitych ludzi, które jeszcze doskonale zachowałem w pamięci, wypytywałem go o to, o czym, raz często, raz rzadziej, mówiłem w drodze do szkoły, dotyczącym wszystkich możliwych spraw, także o to, o czym mówił Roithamer, o nieoczekiwane spotkania w drodze do szkoły, na przykład w przewężeniu Aurach, gdzie wcześniej, w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły gminnej, obozowali Cyganie, których się baliśmy, ponieważ ludzie mówili, że Cyganie porywają dzieci, im więcej dzieci, tym lepiej, o dziwnych mirażach w powietrzu, odbiciach na trawie, a przede wszystkim na nadbrzeżnej skarpie, o osobliwościach kory drzew, o osobliwym, charakterystycznym zwłaszcza na naszej drodze do szkoły wzdłuż rzeki Aurach zachowaniu zwierząt, pytałem, czy pamięta jeszcze, jak razem z nim i Roithamerem między pniami drzew odkryłem raz dwanaście zmarzniętych na śmierć saren, a potem wszystkie je ułożyłem, jedną na drugiej, w stos, o tym, jak nagle w połowie drogi między moim domem a szkołą postanowiliśmy iść na wagary i zamiast do szkoły zeszliśmy do opuszczonego młyna, który stał tam, gdzie dzisiaj straszy olbrzymia dziura, jak lej po bombie, porośnięta trawą, i w ogóle, czy przypomina sobie na drodze do szkoły szczegóły związane z wojną, i lęk, który w tym czasie zawsze nam towarzyszył, i stwierdziłem, że Höller przypomina sobie wszystko lub prawie wszystko to, co ja sam sobie przypominałem”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

505406353675742000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Dzielę ludzi na aktywnych, stanowiących zdecydowaną większość, oraz na nieaktywnych, którzy znajdowali się, znajdują, znajdować się zawsze będą w zdecydowanej mniejszości. Ludzie aktywni aktywnie uczestniczą w życiu, znaczą teren, rozpychają się łokciami oraz bardzo chętnie wyrażają swoją opinię. Ludzie nieaktywni, stanowiący zdecydowaną mniejszość, to ludzie milczący, nie chcą oni uczestniczyć w życiu, które, nie oszukujmy się panie Mateuszu, jest bezustannym znaczeniem terenu, rozpychaniem się łokciami oraz wyrażaniem swojej opinii, najchętniej wycofaliby się oni z tak rozumianego życia, gdyby tylko istniała taka możliwość, ale niestety, jak obaj sami doskonale wiemy, nie ma takiej możliwości. Jaskrawym przykładem ludzi aktywnych są ludzie występujący w reklamach. Nie cierpię ludzi występujących w reklamach, wszystkich jak leci, wszystkich jak leci. Nie cierpię. Naprawdę nie wiem, skąd mi się to bierze panie Mateuszu, ale zawsze, kiedy widzę ludzi występujących w reklamach, chce mi się wyć. Dosłownie. Jakaż siła, pytam teraz siebie, pcha ludzi do występowania w reklamach? Co sprawia, że nie widzą oni w tym nic niestosownego? – pytam siebie, i nie znajduję odpowiedzi. Zaskoczony? Czym? Ja nigdy nie jestem zaskoczony, zadaję tylko podstawowe pytania i żądam natychmiastowej odpowiedzi. Zadaję teraz podstawowe, mógłbym powiedzieć równie dobrze pierwotne pytanie, i spodziewam się uzyskać na nie natychmiastową odpowiedź. Jakaż to siła pcha ludzi do występowania w reklamach? Pytam. Proszę odpowiedzieć. Przykro mi, naprawdę bardzo mi przykro, ale nie sądzę, że są oni na tyle nieświadomi, iż nie zdają sobie sprawy z procederu, w którym uczestniczą, iż nie mają o nim zielonego lub jako takiego pojęcia, przeciwnie, sądzę, że ludzie występujący w reklamach mają jaskrawozielone tudzież jak najbardziej sprecyzowane pojęcie na temat swoich niecnych występków w reklamach: ogłupić pozostałych ludzi i zachowywać się dalej tak, jak gdyby nic się nie stało, oto ich dewiza, wystąpić w reklamie, nawciskać kitu, wrócić do swych zajęć. I te uśmiechy. Naturalnie wymuszone… Wiem, wiem, widzę to teraz po panu – proszę nie odwracać głowy! – mówiąc nie cierpię, automatycznie naraziłem się na pańską nienawiść, ale niech mi pan wierzy panie Mateuszu, nie dbam o to. Dosłownie.
Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, czuję się bardziej stanowczy, wręcz radykalny, wydaje mi się, że z podwiniętymi rękawami mógłbym zmieszać z błotem cały świat, ale wystarczy chwila nieuwagi, wystarczy, że rękawy odwiną się samoczynnie, a już jestem chronicznie nieśmiały. Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, mniej siebie obwiniam panie Mateuszu, ale czy pan potrafi to zrozumieć? Czy ktokolwiek może zrozumieć to, co dzieje się w moim umyśle, kiedy mam podwinięte rękawy/kiedy moje rękawy nie są podwinięte?

73737793246207300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zjawisko polegające na tym, że pewien gatunek poprzez hipertrofię pewnej zdolności staje się niedostosowany do wymogów stawianych mu przez środowisko, jest tragedią dotykającą nie tylko człowieka. Na przykład, uważa się, że dotyczyła ona również pewnego gatunku kopalnego jelenia, który wymarł z powodu wykształcenia nazbyt okazałego poroża.
(…)
Zarówno historia kultury, jak i obserwacja nas samych oraz innych dają podstawę ku wysunięciu następującej tezy: większość ludzi uczy się ratować siebie samych poprzez sztuczne zredukowanie zawartości swej świadomości. Jeśli jeleń olbrzymi zdołałby w odpowiednich odstępach czasu łamać zewnętrzne odgałęzienia poroża, być może udałoby mu się przetrwać przez jeszcze pewien czas”.

Peter Wessel Zapffe Ostatni Mesjasz, tłum. Andrzej Konrad Trzeciak

 

„Zrozumiałem wówczas, dlaczego zwierzęta mają rogi. Było to – to niezrozumiałe, które nie mogło pomieścić się w ich życiu, kaprys dziki i natrętny, nierozumny i ślepy upór. Jakaś idée fixe, wyrosła poza granice ich istoty, wyżej ponad głowę, i wynurzona nagle w światło, zastygła w materię dotykalną i twardą. Tam przybierała kształt dziki, nieobliczalny i niewiarygodny, zakręcona w fantastyczną arabeskę niewidoczną dla ich oczu a przerażającą, w nieznaną cyfrę, pod której grozą żyły. Pojąłem, dlaczego te zwierzęta skłonne były do paniki nierozumnej i dzikiej, do spłoszonego szału: wciągnięte w swój obłęd, nie mogły się wyplątać z gmatwaniny tych rogów, spomiędzy których – pochylając głowę – patrzyły smutno i dziko, jakby szukając przejścia między ich gałęziami. Te rogate zwierzęta dalekie były od wyzwolenia i nosiły ze smutkiem i rezygnacją stygmat swego błędu na głowie”.

Bruno Schulz Sanatorium pod Klepsydrą

6648932669220870000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zawsze nienawidziłem ludzkich zbiorowisk, przez całe życie ich unikałem, ze względu na nienawiść do mas nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w jakimkolwiek ludzkim zgromadzeniu, tak samo zresztą jak Regerowi, niczego nienawidzę bardziej niż masy, tłumu, ustawicznie mam uczucie, choć przecież nigdy się do mas czy tłumów nie przyłączam, że masa czy tłum zaraz mnie zgniecie. Już w dzieciństwie schodziłem im z drogi, masom, nienawidziłem tłumów, ludzkich zbiorowisk, skoncentrowanej niegodziwości, bezmyślności i kłamstwa. Na tyle, na ile powinniśmy kochać każdego z osobna, myślę, na tyle nienawidzimy masy”.

Thomas Bernhard Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

2539666290732810000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Twarze społeczeństwa medialnego odpowiadają logice polityki i reklamy. Media masowe, na których przeznaczenie wskazuje już ich nazwa, dostarczają twarzy jako towaru i broni. Istnieje przy tym sprzężenie zwrotne między   t w a r z a m i   p r o m i n e n t n y m i, które media nieustannie wprowadzają do obiegu,  a  a n o n i m o w y m i  t w a r z a m i tłumu. Konsumpcja twarzy w mediach karmi się twarzami powstającymi od razu jako maski, a więc „robionymi”, podczas gdy równocześnie w Internecie upowszechnia się ich konsumpcja prywatna, polegająca na udostępnianiu własnej face innym w Sieci, jak gdyby uczestniczyło się w jakiejś nieustającej wyimaginowanej party.

Hans Belting Faces. Historia twarzy, tłum. Tadeusz Zatortski

970066202977562000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie powinniśmy zajmować określonej pozycji społecznej, z chwilą, kiedy jesteśmy w stanie o sobie powiedzieć, że zajmujemy określoną pozycję społeczną, powinniśmy z tej pozycji bezzwłocznie rezygnować, zajmowanie jakiejkolwiek pozycji, a już najbardziej określonej pozycji społecznej powinno nas natychmiast alarmować, powinna nam się w głowie zapalać tak zwana czerwona lampka, żarówka z drucikiem powinna nam się zajarzyć nad głową, z chwilą, kiedy jesteśmy w stanie powiedzieć (wyartykułować), że zajmujemy określoną pozycję społeczną.

370532318199874000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

scary movie

 

Babcia z Wnusią w parku Skaryszewskim im. Ignacego Jana Paderewskiego. Jesień. Dużo złotych liści. Ostatnie takie słoneczne popołudnie.
Podczas gdy Babcia tonie w myślach (smutek uwidoczniony na twarzy), Wnusia wpatrzona jest w ekran smartfona. Spacerują, podtrzymując więź werbalną.
(długie pauzy)

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Emodżi. Soszial media. Nielimitowane.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie. Trendy. Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod Ponckim Piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Jaki ładny kwiatek!

Babcia: — Gdy byłam w twoim wieku, byłam taka sama jak ty.

229001566577813000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mam problem z dość silnie drżącym i uciekającym z lekkawskaźnikiem (lub kursorem) myszy. Przy różnego rodzaju pracy, ja nie mogę utrzymać go w ryzach – dziwnie mi drży, a głównie przeskakuje w różne miejsca. Bywa tez, że sam ucieka gdzieś w kąt ekranu, ale to rzadko. Najczęściej drży cały do tego stopnia, że nie mogę go nakierować nawet na „x” zamykający okno, czy w przypadku edytora tekstu, na odpowiednie miejsca między literami. To jest okropne! Co ciekawe, to nie jest problemem tylko na moich komputerach, ale jak czytam na różnych forach, dzieje się tak podobnie u innych. I jak do tej pory, czytając rożne wypowiedzi, nie natrafiłem jeszcze na jakąś bardziej sensowną i trafną, którą wykorzystując, rozwiązałbym opisany przed chwilą problem.

 

Przyznam się szczerze, że to jest problem, który najłatwiej byłoby mi zdiagnozować samemu na żywo. Pana opis jest bardzo szczegółowy i bardzo za niego dziękuję, ale na tę chwilę nie mam pomysłu, co to może być.