5605042352914730000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Lekcja historii

 

Musimy pamiętać, że to właśnie Chińczycy pierwsi poważnie potraktowali Księżyc. Co prawda Amerykanie, ach ci rozpanoszeni Amerykanie!, umieścili tam wcześniej swoich dwunastu apostołów, ale żaden z nich – proszę zauważyć, żaden! – nie zainteresował się jego ciemną stroną. Łazili, zostawiali ślady, wbijali chorągiewki – lecz wszystko to w pełnym słońcu,  żadnemu z nich nie przyszło nawet do głowy zajrzeć za podszewkę. Amerykanie… no cóż, ich zawsze interesowało tylko to, co popularne; popcorn, popkultura, biblia, gwiezdne wojny, nie chcę się rozwodzić. Dość powiedzieć, że na patrona swej misji wybrali bufona i zawistnika, błękitnookiego Apollo…
Co innego Chińczycy! – oni zawsze twardo stąpali po ziemi, na zimno i bez emocji podchodzili do zagadnienia; kropla drąży kamień, kompas, papier, czarny proch… długo by o tym mówić. Tylko oni (chciałoby się powiedzieć – tylko my) mogli z tak chłodną głową potraktować gościa. Bo czym był dotąd Księżyc jeśli nie smutnym gościem, niezgrabą z tym samym obliczem, do cna zawiedzionym ludzką ignorancją? Wszyscy zadowalali się tym co widoczne, nikt, absolutnie nikt, nie interesował się całością…
Dzisiaj, kiedy doskonale wiemy, że wszystko ma swoją ciemną i jasną stronę, kiedy mieszkamy na Marsie, w wolnych chwilach podróżujemy do gwiazd, kiedy udało nam się jak cytrynę wycisnąć ciemną materię, musimy pamiętać, że zawdzięczamy to właśnie Chińczykom, ich dociekliwości, ich przenikliwości, ich Nefrytowemu Królikowi – i, co najważniejsze – bogini Chang’e.

 

Reklamy

1323171012053240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„(…) próbowałem zbadać, jak mocna jest rzeczywiście pamięć Höllera, wprawdzie wyobrażałem sobie, że pamięć Höllera była równie mocna i klarowna jak moja, Höller był jednak całkowicie innym człowiekiem niż ja, a u dwóch ludzi nic nie jest jednakowe, zacząłem więc, świadomy tego, przypominać mu szczegóły naszej wspólnej drogi do szkoły, najpierw wspominając występy skalne, charakterystyczne, rzucające się natychmiast w oczy występy skalne, następnie mniej rzucające się w oczy, mniej charakterystyczne, zapachy w określonych miejscach, zapachy roślin, zapachy ziemi, drogę do szkoły charakteryzowały bowiem ciągłe zmiany zapachu ziemi, zapachy kamienia i zapachy roślin, przypominałem gniazda określonych ptaków, gromady, gatunki ptaków, w ogóle próbowałem przebadać zasoby pamięci Höllera, przypominałem różne przedmioty, na przykład leżące na dnie Aurach wraki rowerów, wszelkie żelastwo, puszki od konserw, koła młyńskie, powrzucane tam przez rozmaitych ludzi, które jeszcze doskonale zachowałem w pamięci, wypytywałem go o to, o czym, raz często, raz rzadziej, mówiłem w drodze do szkoły, dotyczącym wszystkich możliwych spraw, także o to, o czym mówił Roithamer, o nieoczekiwane spotkania w drodze do szkoły, na przykład w przewężeniu Aurach, gdzie wcześniej, w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły gminnej, obozowali Cyganie, których się baliśmy, ponieważ ludzie mówili, że Cyganie porywają dzieci, im więcej dzieci, tym lepiej, o dziwnych mirażach w powietrzu, odbiciach na trawie, a przede wszystkim na nadbrzeżnej skarpie, o osobliwościach kory drzew, o osobliwym, charakterystycznym zwłaszcza na naszej drodze do szkoły wzdłuż rzeki Aurach zachowaniu zwierząt, pytałem, czy pamięta jeszcze, jak razem z nim i Roithamerem między pniami drzew odkryłem raz dwanaście zmarzniętych na śmierć saren, a potem wszystkie je ułożyłem, jedną na drugiej, w stos, o tym, jak nagle w połowie drogi między moim domem a szkołą postanowiliśmy iść na wagary i zamiast do szkoły zeszliśmy do opuszczonego młyna, który stał tam, gdzie dzisiaj straszy olbrzymia dziura, jak lej po bombie, porośnięta trawą, i w ogóle, czy przypomina sobie na drodze do szkoły szczegóły związane z wojną, i lęk, który w tym czasie zawsze nam towarzyszył, i stwierdziłem, że Höller przypomina sobie wszystko lub prawie wszystko to, co ja sam sobie przypominałem”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

505406353675742000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Dzielę ludzi na aktywnych, stanowiących zdecydowaną większość, oraz na nieaktywnych, którzy znajdowali się, znajdują, znajdować się zawsze będą w zdecydowanej mniejszości. Ludzie aktywni aktywnie uczestniczą w życiu, znaczą teren, rozpychają się łokciami oraz bardzo chętnie wyrażają swoją opinię. Ludzie nieaktywni, stanowiący zdecydowaną mniejszość, to ludzie milczący, nie chcą oni uczestniczyć w życiu, które, nie oszukujmy się panie Mateuszu, jest bezustannym znaczeniem terenu, rozpychaniem się łokciami oraz wyrażaniem swojej opinii, najchętniej wycofaliby się oni z tak rozumianego życia, gdyby tylko istniała taka możliwość, ale niestety, jak obaj sami doskonale wiemy, nie ma takiej możliwości. Jaskrawym przykładem ludzi aktywnych są ludzie występujący w reklamach. Nie cierpię ludzi występujących w reklamach, wszystkich jak leci, wszystkich jak leci. Nie cierpię. Naprawdę nie wiem, skąd mi się to bierze panie Mateuszu, ale zawsze, kiedy widzę ludzi występujących w reklamach, chce mi się wyć. Dosłownie. Jakaż siła, pytam teraz siebie, pcha ludzi do występowania w reklamach? Co sprawia, że nie widzą oni w tym nic niestosownego? – pytam siebie, i nie znajduję odpowiedzi. Zaskoczony? Czym? Ja nigdy nie jestem zaskoczony, zadaję tylko podstawowe pytania i żądam natychmiastowej odpowiedzi. Zadaję teraz podstawowe, mógłbym powiedzieć równie dobrze pierwotne pytanie, i spodziewam się uzyskać na nie natychmiastową odpowiedź. Jakaż to siła pcha ludzi do występowania w reklamach? Pytam. Proszę odpowiedzieć. Przykro mi, naprawdę bardzo mi przykro, ale nie sądzę, że są oni na tyle nieświadomi, iż nie zdają sobie sprawy z procederu, w którym uczestniczą, iż nie mają o nim zielonego lub jako takiego pojęcia, przeciwnie, sądzę, że ludzie występujący w reklamach mają jaskrawozielone tudzież jak najbardziej sprecyzowane pojęcie na temat swoich niecnych występków w reklamach: ogłupić pozostałych ludzi i zachowywać się dalej tak, jak gdyby nic się nie stało, oto ich dewiza, wystąpić w reklamie, nawciskać kitu, wrócić do swych zajęć. I te uśmiechy. Naturalnie wymuszone… Wiem, wiem, widzę to teraz po panu – proszę nie odwracać głowy! – mówiąc nie cierpię, automatycznie naraziłem się na pańską nienawiść, ale niech mi pan wierzy panie Mateuszu, nie dbam o to. Dosłownie.
Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, czuję się bardziej stanowczy, wręcz radykalny, wydaje mi się, że z podwiniętymi rękawami mógłbym zmieszać z błotem cały świat, ale wystarczy chwila nieuwagi, wystarczy, że rękawy odwiną się samoczynnie, a już jestem chronicznie nieśmiały. Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, mniej siebie obwiniam panie Mateuszu, ale czy pan potrafi to zrozumieć? Czy ktokolwiek może zrozumieć to, co dzieje się w moim umyśle, kiedy mam podwinięte rękawy/kiedy moje rękawy nie są podwinięte?

73737793246207300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zjawisko polegające na tym, że pewien gatunek poprzez hipertrofię pewnej zdolności staje się niedostosowany do wymogów stawianych mu przez środowisko, jest tragedią dotykającą nie tylko człowieka. Na przykład, uważa się, że dotyczyła ona również pewnego gatunku kopalnego jelenia, który wymarł z powodu wykształcenia nazbyt okazałego poroża.
(…)
Zarówno historia kultury, jak i obserwacja nas samych oraz innych dają podstawę ku wysunięciu następującej tezy: większość ludzi uczy się ratować siebie samych poprzez sztuczne zredukowanie zawartości swej świadomości. Jeśli jeleń olbrzymi zdołałby w odpowiednich odstępach czasu łamać zewnętrzne odgałęzienia poroża, być może udałoby mu się przetrwać przez jeszcze pewien czas”.

Peter Wessel Zapffe Ostatni Mesjasz, tłum. Andrzej Konrad Trzeciak

 

„Zrozumiałem wówczas, dlaczego zwierzęta mają rogi. Było to – to niezrozumiałe, które nie mogło pomieścić się w ich życiu, kaprys dziki i natrętny, nierozumny i ślepy upór. Jakaś idée fixe, wyrosła poza granice ich istoty, wyżej ponad głowę, i wynurzona nagle w światło, zastygła w materię dotykalną i twardą. Tam przybierała kształt dziki, nieobliczalny i niewiarygodny, zakręcona w fantastyczną arabeskę niewidoczną dla ich oczu a przerażającą, w nieznaną cyfrę, pod której grozą żyły. Pojąłem, dlaczego te zwierzęta skłonne były do paniki nierozumnej i dzikiej, do spłoszonego szału: wciągnięte w swój obłęd, nie mogły się wyplątać z gmatwaniny tych rogów, spomiędzy których – pochylając głowę – patrzyły smutno i dziko, jakby szukając przejścia między ich gałęziami. Te rogate zwierzęta dalekie były od wyzwolenia i nosiły ze smutkiem i rezygnacją stygmat swego błędu na głowie”.

Bruno Schulz Sanatorium pod Klepsydrą

6648932669220870000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zawsze nienawidziłem ludzkich zbiorowisk, przez całe życie ich unikałem, ze względu na nienawiść do mas nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w jakimkolwiek ludzkim zgromadzeniu, tak samo zresztą jak Regerowi, niczego nienawidzę bardziej niż masy, tłumu, ustawicznie mam uczucie, choć przecież nigdy się do mas czy tłumów nie przyłączam, że masa czy tłum zaraz mnie zgniecie. Już w dzieciństwie schodziłem im z drogi, masom, nienawidziłem tłumów, ludzkich zbiorowisk, skoncentrowanej niegodziwości, bezmyślności i kłamstwa. Na tyle, na ile powinniśmy kochać każdego z osobna, myślę, na tyle nienawidzimy masy”.

Thomas Bernhard Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

2539666290732810000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Twarze społeczeństwa medialnego odpowiadają logice polityki i reklamy. Media masowe, na których przeznaczenie wskazuje już ich nazwa, dostarczają twarzy jako towaru i broni. Istnieje przy tym sprzężenie zwrotne między   t w a r z a m i   p r o m i n e n t n y m i, które media nieustannie wprowadzają do obiegu,  a  a n o n i m o w y m i  t w a r z a m i tłumu. Konsumpcja twarzy w mediach karmi się twarzami powstającymi od razu jako maski, a więc „robionymi”, podczas gdy równocześnie w Internecie upowszechnia się ich konsumpcja prywatna, polegająca na udostępnianiu własnej face innym w Sieci, jak gdyby uczestniczyło się w jakiejś nieustającej wyimaginowanej party.

Hans Belting Faces. Historia twarzy, tłum. Tadeusz Zatortski

970066202977562000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie powinniśmy zajmować określonej pozycji społecznej, z chwilą, kiedy jesteśmy w stanie o sobie powiedzieć, że zajmujemy określoną pozycję społeczną, powinniśmy z tej pozycji bezzwłocznie rezygnować, zajmowanie jakiejkolwiek pozycji, a już najbardziej określonej pozycji społecznej powinno nas natychmiast alarmować, powinna nam się w głowie zapalać tak zwana czerwona lampka, żarówka z drucikiem powinna nam się zajarzyć nad głową, z chwilą, kiedy jesteśmy w stanie powiedzieć (wyartykułować), że zajmujemy określoną pozycję społeczną.

370532318199874000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

scary movie

 

Babcia z Wnusią w parku Skaryszewskim im. Ignacego Jana Paderewskiego. Jesień. Dużo złotych liści. Ostatnie takie słoneczne popołudnie.
Podczas gdy Babcia tonie w myślach (smutek uwidoczniony na twarzy), Wnusia wpatrzona jest w ekran smartfona. Spacerują, podtrzymując więź werbalną.
(długie pauzy)

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Emodżi. Soszial media. Nielimitowane.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie. Trendy. Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod Ponckim Piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Jaki ładny kwiatek!

Babcia: — Gdy byłam w twoim wieku, byłam taka sama jak ty.

229001566577813000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mam problem z dość silnie drżącym i uciekającym z lekkawskaźnikiem (lub kursorem) myszy. Przy różnego rodzaju pracy, ja nie mogę utrzymać go w ryzach – dziwnie mi drży, a głównie przeskakuje w różne miejsca. Bywa tez, że sam ucieka gdzieś w kąt ekranu, ale to rzadko. Najczęściej drży cały do tego stopnia, że nie mogę go nakierować nawet na „x” zamykający okno, czy w przypadku edytora tekstu, na odpowiednie miejsca między literami. To jest okropne! Co ciekawe, to nie jest problemem tylko na moich komputerach, ale jak czytam na różnych forach, dzieje się tak podobnie u innych. I jak do tej pory, czytając rożne wypowiedzi, nie natrafiłem jeszcze na jakąś bardziej sensowną i trafną, którą wykorzystując, rozwiązałbym opisany przed chwilą problem.

 

Przyznam się szczerze, że to jest problem, który najłatwiej byłoby mi zdiagnozować samemu na żywo. Pana opis jest bardzo szczegółowy i bardzo za niego dziękuję, ale na tę chwilę nie mam pomysłu, co to może być.

54059936666307800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

 22 października

 

W pewnych miejscach naprawdę jest znośnie. Otacza się otoczakami sensu w pewnych miejscach, wypowiada zdania, które uznaje za słuszne. Ale zdania, które wypowiada w pewnych miejscach (przestrzeń i czas), gdy tylko opuści pewne miejsca (wyjście poza obręb, przesunięcie), natychmiast tracą swoje znaczenie. Swój sens.

20649058376862900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

definicja

 

Zaś jeśli chodzi o pracę, o ile sobie teraz dobrze przypomina, to zawsze w pośpiechu. Wieczny pośpiech odwiecznie kojarzący się z pracą, co jest nonsensem. Każda praca, którą wykonywał, była zatem nonsensem. Praca w pośpiechu, z pośpiechem, dla pośpiechu (pojawia się nawet akord) w żadnym razie nie może być określana mianem pracy. Stosowne słowo robota.

7887238464280900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zaczął jeść, ale po chwili odsunął talerz. Wzrok jego przykuł pewien przedmiot, leżący na oknie koło niego. Był to lep na muchy. Na papierze pokrytym klejem dziesiątki much walczyły ze śmiercią, wydobywając ostatkiem sił jedną łapkę, aby pozostałe tym głębiej zanurzyć — papier pełen był okropnych wysiłków małych, konających z wyczerpania istot
— Niech pan to zabierze stąd — rzekł pośpiesznie Leszczuk.
— Lep? Gdzie mam zabrać? — zapytał zdziwiony pan Kotlak.
— Wszystko jedno! Żeby to nie było przy mnie! Prędzej!
Restaurator spojrzał na niego zdziwiony, ale lep zabrał i przeniósł na sąsiednie okno.
Wówczas stała się rzecz dziwna. Leszczuk wstał — po czym skierował się nagle do lepu z muchami i zaczął palcem dobijać muchy jedną za drugą, jedną za drugą.
Chłopi podnieśli się z ławy i przypatrywali się temu zdziwieni, a gospodarz zapytał:
— Pan szanowny muchy zabija?
— Niech się nie męczą — wyrzekł jakimś zdławionym, nieswoim głosem Leszczuk.
A mówiąc to, zabijał je coraz prędzej, coraz prędzej… i miało to dziwny charakter, iż wreszcie jeden z chłopów odezwał się:
— A dosyć już tego dobrego!
W tej samej chwili Leszczuk rzucił się na niego. Piana mu wystąpiła na usta…
Porwał go obiema rękami za głowę i przerzucił sobie przez plecy z niesłychaną siłą. Zaczął miotać się z przerażonym chłopem po całej salce.
Tamci rzucili się na ratunek.
Maja i Hińcz zostali odepchnięci w kąt. Powstało kłębowisko na podłodze, a bufet runął z trzaskiem i brzękiem tłuczonego szkła.
I naraz z tej kopy ludzkiej wydarł się przerażony, straszliwy ryk:
— Jezus Maria! Jezus Maria!
Leszczuk całym ciałem uderzył w okno, wyłamał je i znalazł się na dworze. Ale zanim uciekł zatrzymał się jeszcze na moment. Obejrzał się i — zabił jeszcze jedną muchę na lepie. Zniknął.
Chłopi wysypali się za nim hurmem.
— Trzymaj! Łapąj!
Miasteczko obudziło się. Otwierały się okna i drzwi, a w nich stawali wystraszeni ludzie.Pościg przelatywał uliczkami, jak złowieszcze widmo.Hińcz nie mógł dotrzymać kroku Maji, ale wydzierającą się naprzód dziewczynę schwycił za rękę i nie puszczał. Oboje biegli z tyłu.
— Zabiją go! — szeptała Maja, jak w gorączce.
Z dala dobiegł ich nowy ryk. Chłopstwo otoczyło chałupę na krańcu miasteczka. Ludzie uzbrojeni w pałki, kosy i widły, przez płot wdarli się do wnętrza zabudowań.
— Tu się schował! — wołali. — Na strychu jest!
— Za ucho mnie złapał! — wył właściciel chałupy.
— Muchy na lepie zabijał! Bić go! Bić go!
— Dom podpalić!
Witold Gombrowicz Opętani

711191848662898000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tam, w Krakowie, podszedł do mnie człowiek. Nie miałem kontaktu z ludźmi przez okrągłe lata, a tam, w Krakowie, ot tak, od razu, podszedł do mnie człowiek. Wyglądał staro. Początkowo podszedłem do niego nieufnie, pomyślałem, pewnie coś chce, złotówkę, może nawet pięć złotych, nigdy nic nie wiadomo, zawsze, kiedy podchodzi do nas nieznajomy człowiek, musimy liczyć się z wydatkami, ale on nie chciał niczego, zapytał skąd jestem. Fakt, iż po tylu latach podchodzi do nas nieznajomy człowiek i, ot tak, po prostu, pyta skąd jesteśmy, wytrąca nas z równowagi, i to do tego stopnia, iż natychmiast odpowiadamy mu zgodnie z prawdą. W normalnych warunkach, a więc w warunkach szaroburej codzienności, nigdy nie pozwolilibyśmy sobie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, a już na pewno zgodnie z prawdą. Powiedział, żeby mówić mu Pablo, że bardzo lubi to imię, powiedział Benno. Osiem lat temu, kiedy miał jeszcze wszystko, wszystko, co jest niezbędne do życia (tak wtedy myślał) jego myśli były inne, myślało mu się lżej, składniej. A może w ogóle wtedy nie zastanawiał się tyle? Może wcale nie myślał, po prostu żył, bowiem miał do tego warunki? Warunki do życia. Warunki do myślenia. W a r u n k i – wypowiedział to słowo, kilkukrotnie powtórzył. Zaczynał śmierdzieć. Przyznał, że od dawna się nie mył, w zasadzie czeka na deszcz, ale przecież nie będzie przepraszać. Ostatnim razem (kiedy to było?) skorzystał w nocy z fontanny. Wykąpał się pod osłoną nocy. Była ciepła lipcowa noc, chyba nawet pełnia księżyca (tego nie był pewien), a on nurzał swe ciało w miękkiej, miedzianej wodzie, i nie odczuwał strachu. To prawda, mogli pojawić się niespodziewanie strażnicy miejscy, to prawda, mógł zauważyć go jakiś prawowity obywatel miasta, ale w tamtym momencie miał to po prostu gdzieś. Rzadki stan umysłu. A jeszcze wcześniej tamto miejsce, gdzie trawnik rozpoczynał się tuz przy siatce i biegł wzdłuż rzędu tuj aż po horyzont, z majaczącymi w oddali konturami jednakowych budynków. Teren wydawał się pusty, nie był jednak pewien czy nie ma tam psów ani kamer. Przystanął na rogu działki i rozejrzał się ostrożnie. Nikogo, powiedział Pablo, powiedział Benno. Pachniało tujami. Przeszedł klika kroków. Stanął przy siatce i od razu usłyszał. Pośrodku równiutko przystrzyżonego trawnika tkwił zraszacz. Był włączony. Prychający wirnik wystrzeliwał we wszystkie strony lśniące strugi wody.

439540734995543000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tylko w ten sposób możemy się uratować, robiąc jedną rzecz, myśląc przy tym wyłącznie o tej jednej rzeczy, nie istnieje inna możliwość. Myśl prosta, wyizolowana, nie możemy pozwolić sobie na żadne zakłócenia. Każde zawahanie, odbiegnięcie na moment, nawet na chwilę, od tematu, zburzy nam wszystko doszczętnie. Myślenie tu i teraz, samodzielność myślenia w obrębie jednej jedynej myśli, oto czego nam dzisiaj potrzeba. Musimy nauczyć się myśleć w sposób nie dopuszczający do głosu żadnych cudzych myśli, musimy nauczyć się myśleć ściśle, jednokierunkowo, bez zakłóceń i zbędnego zawracania głowy.

Odwracanie kota w locie.

Myśl, iż gdzieś tam jest pyton, w dalszym ciągu nie dawała mi spokoju, powtórzył nagle Benno, odkąd dowiedziałem się o pytonie, nie mogłem przestać o nim myśleć, przez cały czas zastanawiałem się, gdzie jest, co robi, co też tam teraz knuje, prawdopodobnie wijąc się przy tym i skręcając w ukryciu ze śmiechu. Podczas gdy wszyscy przyjęli zniknięcie pytona za coś naturalnego i, niejako z automatu, już dawno przestali zaprzątać sobie całym tym pytonem głowy, ja nie mogłem przestać o nim myśleć, moje myśli coraz mocniej zaciskały się wokół pytona, nie pozwalając mi zmrużyć oka, mógłbym nawet powiedzieć, iż nieustanne myślenie o pytonie stało się nieodłącznym elementem mojej egzystencji. Porównałbym to do grypy. Kiedy jest zimno w środku lata. Kiedy wszyscy cieszą się słońcem, opalają, odczuwają upał, a my konamy z zimna pod zmechaconym kocem.

Gdzie się podziała karteczka, którą w nocy zapisałem, na której w nagłym przebłysku nieświadomości sformułowałem Ogólną zasadę formułowania się myśli?

271651113667356000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wiatrak

 

Zgodnie z przewidywaniami Ziemia odwraca się do Słońca, wieczorami temperatura obniża się do tego stopnia, że zmuszony jestem zamykać okno. Na noc nie wyłączam komputera, szum wydawany przez wiatrak od zasilacza ma moc usypiającą (plus), za to rano budzę się w pomieszczeniu pozbawionym tlenu (minus). Powiedział mi o tym S.

S. powiedział mi niedawno, że wiatrak w moim komputerze ma dużą przepustowość, że to bardzo mocny wiatrak, że taki wiatrak w ciągu kilku godzin potrafi zassać całe znajdujące się w zamkniętym pokoju powietrze, że w moim pokoju, zwłaszcza w tak małym pokoju, taki wiatrak w ciągu kilku godzin stać na kilkukrotne zassanie znajdującego się wewnątrz powietrza.

Chciałbym mu nie wierzyć. Dopóki mi o tym nie powiedział, dopóty całymi latami w okresie jesienno-zimowym siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopóki nie przyszło mu do głowy podzielić się ze mną swoją wiedzą, dopóty miałem spokój. Musiałbym to sam obliczyć, ale nie jestem mocny z fizyki.

Teraz budzę się, przypominam sobie, co mi powiedział S., i zaczynam się dusić.