7887238464280900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zaczął jeść, ale po chwili odsunął talerz. Wzrok jego przykuł pewien przedmiot, leżący na oknie koło niego. Był to lep na muchy. Na papierze pokrytym klejem dziesiątki much walczyły ze śmiercią, wydobywając ostatkiem sił jedną łapkę, aby pozostałe tym głębiej zanurzyć — papier pełen był okropnych wysiłków małych, konających z wyczerpania istot
— Niech pan to zabierze stąd — rzekł pośpiesznie Leszczuk.
— Lep? Gdzie mam zabrać? — zapytał zdziwiony pan Kotlak.
— Wszystko jedno! Żeby to nie było przy mnie! Prędzej!
Restaurator spojrzał na niego zdziwiony, ale lep zabrał i przeniósł na sąsiednie okno.
Wówczas stała się rzecz dziwna. Leszczuk wstał — po czym skierował się nagle do lepu z muchami i zaczął palcem dobijać muchy jedną za drugą, jedną za drugą.
Chłopi podnieśli się z ławy i przypatrywali się temu zdziwieni, a gospodarz zapytał:
— Pan szanowny muchy zabija?
— Niech się nie męczą — wyrzekł jakimś zdławionym, nieswoim głosem Leszczuk.
A mówiąc to, zabijał je coraz prędzej, coraz prędzej… i miało to dziwny charakter, iż wreszcie jeden z chłopów odezwał się:
— A dosyć już tego dobrego!
W tej samej chwili Leszczuk rzucił się na niego. Piana mu wystąpiła na usta…
Porwał go obiema rękami za głowę i przerzucił sobie przez plecy z niesłychaną siłą. Zaczął miotać się z przerażonym chłopem po całej salce.
Tamci rzucili się na ratunek.
Maja i Hińcz zostali odepchnięci w kąt. Powstało kłębowisko na podłodze, a bufet runął z trzaskiem i brzękiem tłuczonego szkła.
I naraz z tej kopy ludzkiej wydarł się przerażony, straszliwy ryk:
— Jezus Maria! Jezus Maria!
Leszczuk całym ciałem uderzył w okno, wyłamał je i znalazł się na dworze. Ale zanim uciekł zatrzymał się jeszcze na moment. Obejrzał się i — zabił jeszcze jedną muchę na lepie. Zniknął.
Chłopi wysypali się za nim hurmem.
— Trzymaj! Łapąj!
Miasteczko obudziło się. Otwierały się okna i drzwi, a w nich stawali wystraszeni ludzie.Pościg przelatywał uliczkami, jak złowieszcze widmo.Hińcz nie mógł dotrzymać kroku Maji, ale wydzierającą się naprzód dziewczynę schwycił za rękę i nie puszczał. Oboje biegli z tyłu.
— Zabiją go! — szeptała Maja, jak w gorączce.
Z dala dobiegł ich nowy ryk. Chłopstwo otoczyło chałupę na krańcu miasteczka. Ludzie uzbrojeni w pałki, kosy i widły, przez płot wdarli się do wnętrza zabudowań.
— Tu się schował! — wołali. — Na strychu jest!
— Za ucho mnie złapał! — wył właściciel chałupy.
— Muchy na lepie zabijał! Bić go! Bić go!
— Dom podpalić!
Witold Gombrowicz Opętani
Reklamy

711191848662898000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tam, w Krakowie, podszedł do mnie człowiek. Nie miałem kontaktu z ludźmi przez okrągłe lata, a tam, w Krakowie, ot tak, od razu, podszedł do mnie człowiek. Wyglądał staro. Początkowo podszedłem do niego nieufnie, pomyślałem, pewnie coś chce, złotówkę, może nawet pięć złotych, nigdy nic nie wiadomo, zawsze, kiedy podchodzi do nas nieznajomy człowiek, musimy liczyć się z wydatkami, ale on nie chciał niczego, zapytał skąd jestem. Fakt, iż po tylu latach podchodzi do nas nieznajomy człowiek i, ot tak, po prostu, pyta skąd jesteśmy, wytrąca nas z równowagi, i to do tego stopnia, iż natychmiast odpowiadamy mu zgodnie z prawdą. W normalnych warunkach, a więc w warunkach szaroburej codzienności, nigdy nie pozwolilibyśmy sobie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, a już na pewno zgodnie z prawdą. Powiedział, żeby mówić mu Pablo, że bardzo lubi to imię, powiedział Benno. Osiem lat temu, kiedy miał jeszcze wszystko, wszystko, co jest niezbędne do życia (tak wtedy myślał) jego myśli były inne, myślało mu się lżej, składniej. A może w ogóle wtedy nie zastanawiał się tyle? Może wcale nie myślał, po prostu żył, bowiem miał do tego warunki? Warunki do życia. Warunki do myślenia. W a r u n k i – wypowiedział to słowo, kilkukrotnie powtórzył. Zaczynał śmierdzieć. Przyznał, że od dawna się nie mył, w zasadzie czeka na deszcz, ale przecież nie będzie przepraszać. Ostatnim razem (kiedy to było?) skorzystał w nocy z fontanny. Wykąpał się pod osłoną nocy. Była ciepła lipcowa noc, chyba nawet pełnia księżyca (tego nie był pewien), a on nurzał swe ciało w miękkiej, miedzianej wodzie, i nie odczuwał strachu. To prawda, mogli pojawić się niespodziewanie strażnicy miejscy, to prawda, mógł zauważyć go jakiś prawowity obywatel miasta, ale w tamtym momencie miał to po prostu gdzieś. Rzadki stan umysłu. A jeszcze wcześniej tamto miejsce, gdzie trawnik rozpoczynał się tuz przy siatce i biegł wzdłuż rzędu tuj aż po horyzont, z majaczącymi w oddali konturami jednakowych budynków. Teren wydawał się pusty, nie był jednak pewien czy nie ma tam psów ani kamer. Przystanął na rogu działki i rozejrzał się ostrożnie. Nikogo, powiedział Pablo, powiedział Benno. Pachniało tujami. Przeszedł klika kroków. Stanął przy siatce i od razu usłyszał. Pośrodku równiutko przystrzyżonego trawnika tkwił zraszacz. Był włączony. Prychający wirnik wystrzeliwał we wszystkie strony lśniące strugi wody.

439540734995543000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tylko w ten sposób możemy się uratować, robiąc jedną rzecz, myśląc przy tym wyłącznie o tej jednej rzeczy, nie istnieje inna możliwość. Myśl prosta, wyizolowana, nie możemy pozwolić sobie na żadne zakłócenia. Każde zawahanie, odbiegnięcie na moment, nawet na chwilę, od tematu, zburzy nam wszystko doszczętnie. Myślenie tu i teraz, samodzielność myślenia w obrębie jednej jedynej myśli, oto czego nam dzisiaj potrzeba. Musimy nauczyć się myśleć w sposób nie dopuszczający do głosu żadnych cudzych myśli, musimy nauczyć się myśleć ściśle, jednokierunkowo, bez zakłóceń i zbędnego zawracania głowy.

Odwracanie kota w locie.

Myśl, iż gdzieś tam jest pyton, w dalszym ciągu nie dawała mi spokoju, powtórzył nagle Benno, odkąd dowiedziałem się o pytonie, nie mogłem przestać o nim myśleć, przez cały czas zastanawiałem się, gdzie jest, co robi, co też tam teraz knuje, prawdopodobnie wijąc się przy tym i skręcając w ukryciu ze śmiechu. Podczas gdy wszyscy przyjęli zniknięcie pytona za coś naturalnego i, niejako z automatu, już dawno przestali zaprzątać sobie całym tym pytonem głowy, ja nie mogłem przestać o nim myśleć, moje myśli coraz mocniej zaciskały się wokół pytona, nie pozwalając mi zmrużyć oka, mógłbym nawet powiedzieć, iż nieustanne myślenie o pytonie stało się nieodłącznym elementem mojej egzystencji. Porównałbym to do grypy. Kiedy jest zimno w środku lata. Kiedy wszyscy cieszą się słońcem, opalają, odczuwają upał, a my konamy z zimna pod zmechaconym kocem.

Gdzie się podziała karteczka, którą w nocy zapisałem, na której w nagłym przebłysku nieświadomości sformułowałem Ogólną zasadę formułowania się myśli?

271651113667356000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wiatrak

 

Zgodnie z przewidywaniami Ziemia odwraca się do Słońca, wieczorami temperatura obniża się do tego stopnia, że zmuszony jestem zamykać okno. Na noc nie wyłączam komputera, szum wydawany przez wiatrak od zasilacza ma moc usypiającą (plus), za to rano budzę się w pomieszczeniu pozbawionym tlenu (minus). Powiedział mi o tym S.

S. powiedział mi niedawno, że wiatrak w moim komputerze ma dużą przepustowość, że to bardzo mocny wiatrak, że taki wiatrak w ciągu kilku godzin potrafi zassać całe znajdujące się w zamkniętym pokoju powietrze, że w moim pokoju, zwłaszcza w tak małym pokoju, taki wiatrak w ciągu kilku godzin stać na kilkukrotne zassanie znajdującego się wewnątrz powietrza.

Chciałbym mu nie wierzyć. Dopóki mi o tym nie powiedział, dopóty całymi latami w okresie jesienno-zimowym siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopóki nie przyszło mu do głowy podzielić się ze mną swoją wiedzą, dopóty miałem spokój. Musiałbym to sam obliczyć, ale nie jestem mocny z fizyki.

Teraz budzę się, przypominam sobie, co mi powiedział S., i zaczynam się dusić.

167889621328187000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Upodobałem sobie na wpół zburzone domy, zachodziłem do niezadaszonych pokoi o prymitywnie pomalowanych ścianach (okropne palmy, gałązki w kolorze wyblakłego błękitu, wszystko to na odpadającym tynku, kruszącym się, napęczniałym i butwiejącym), z ludzkimi odchodami w kątach, kamieniejącymi z biegiem czasu, z żółtymi prostokątami na ścianach w miejscach, gdzie wisiały niegdyś obrazy albo lustra. W którymś z nich na podłodze obok jasnozielonej rury leżał zniszczony i brudny miś z żółtego pluszu, ze szklanym okiem zwisającym na druciku. Okrągłe pająki z nogami jak długie nitki tkwiły nieruchomo na ścianach. Popielate, grube robaki z dwoma włosami sterczącymi z ogona wślizgiwały się w szczeliny i pod warstwy tynku”.

Mircea Cărtărescu Travesti, przeł. Joanna Kornaś-Warwas

64128128989018100000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„W następnym rozdziale przyjrzymy się rozmaitym scenariuszom, które mogą doprowadzić do powstania maszyn dorównujących inteligencją człowiekowi. Zaznaczmy jednak już na wstępie, że niezależnie od tego, ile przystanków dzieli sytuację obecną od powstania sztucznej inteligencji dorównującej ludzkiej, jej powstanie nie jest punktem docelowym. Następnym przystankiem, leżącym w niedalekiej odległości od poprzedniego, jest sztuczna inteligencja przewyższająca ludzką. Pociąg niekoniecznie się zatrzyma czy choćby zwolni na stacji Ludzieszyn. Bardziej prawdopodobne jest to, że przemknie przez nią ze świstem”.

Nick Bostrom, Superinteligencja. Scenariusze, strategie, zagrożenia, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa

24494765638867500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

weekend

 

Człowiek, który przez całe sobotnie przedpołudnie myje swój samochód. Człowiek, który przez całe sobotnie popołudnie pucuje swój samochód. Człowiek, który wieczorami na swym wypasionym ajfoniku ogląda ludzi wyposażonych w najnowocześniejsze myjki tudzież inne niezbędne akcesoria myjących, pucujących swoje samochody.

Miałem styczność z takim człowiekiem.

9356167927584350000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odkrycia tego, że lektura może podać matematyczne rozwiązanie życia, i w każdej chwili również naszej własnej egzystencji, jeśli zastosować ją i uprawiać jako matematykę, a więc z biegiem czasu jako wyższą, wreszcie zaś jako najwyższą matematyczną sztukę, którą dopiero wtedy, gdy w pełni ją opanujemy, możemy nazwać czytaniem, dokonałem po śmierci dziadka, tę myśl i tę wiedzę zawdzięczam jego śmierci. Spędzałem więc dni na pouczających zajęciach i pożytecznie, toteż szybciej mijały. Dzięki czytaniu przekraczałem otchłanie, i tutaj ziejące o każdej dobie otworem, znajdując w lekturach ratunek przed stanami psychicznego rozbicia.

Thomas Bernhard Autobiografie, przeł. Sława Lisiecka

2208691639813240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie wiem, jaka choroba trawiła Gwendolyn, myślę, że ona sama nie umiałaby tego powiedzieć. Jedyną obroną z jej strony była swoista, nachodząca ją wielokrotnie w ciągu dnia, a może także i nocą, potrzeba, by się upudrować czymś w rodzaju taniego talku, którego wielka puszka stała na stoliczku obok łóżka. Gwendolyn używała tej miałkiej, nieco tłustawej substancji w takich ilościach, że linoleum wokół posłania, a niebawem cały pokój i korytarz na piętrze zaciągnięte były białą, wskutek wilgotności powietrza trochę mazistą warstwą. O tej bieli pokrywającej wnętrze plebanii pomyślałem niedawno znowu – mówił Austerlitz – gdy w opisie lat dzieciństwa i młodości u pewnego rosyjskiego pisarza przeczytałem, że podobną pudermanię miała jego babka, dama, która jednak, choć głównie leżała na kanapie i żywiła się niemal wyłącznie galaretkami owocowymi i mleczkiem migdałowym, cieszyła się żelazną konstytucją i sypiała zawsze przy otwartym na roścież oknie, toteż raz zdarzyło się, że pewnego ranka, po szalejącej przez całą noc nawałnicy, obudziła się pod warstwą śniegu, nie doznawszy zresztą najmniejszej szkody. Na plebanii jednak wyglądało to inaczej. Okna pokoju chorej pozostawały zawsze zamknięte, a biały puder, który drobinka po drobince osiadał wszędzie, warstwą dostatecznie już grubą, by zaznaczały się w niej wydeptane szlaki, nie miał w sobie nic z iskrzącego śniegu. Przypominał raczej ektoplazmę, która, jak raz opowiedział mi Evan, może z ust kobiet mających dar jasnowidzenia wydobywać się wielkimi kłębami, opadającymi potem na podłogę, gdzie szybko wysychają i rozsypują się w pył. Nie, plebanii nie zawiewał świeży śnieg; wypełniało ją coś niedobrego, a ja nie wiedziałem, skąd się to niedobre bierze, dopiero znacznie później w innej książce znalazłem określenie, które było wprawdzie całkiem niezrozumiałe, ale mnie – mówił Austerlitz – natychmiast trafiło do przekonania: „arseniczna groza”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Szybko lustro, komenderuje, a potem: szybko puderniczkę! i pudruje twarz i przegląda się w lustrze, na przemian pudruje twarz i przegląda się w lustrze. Nagle mówi: przecież nic nie widzę, w ogóle nic nie widzę. Rzeczywiście, to Konrad do Wiesera, przez chmurę pudru nic w lustrze nie widzi. Może to i dobrze, że nic nie widzę, mówi, i pudruje się nadal. Cała suknia jest w pudrze, miał powiedzieć Konrad do Wiesera, a ona ciągle powtarza: muszę się upudrować, upudrować się muszę, do cna upudrować, a kiedy zabrakło pudru w puderniczce, mówi: mamy jeszcze gdzieś puder? Gdzieś jeszcze musi być puder! Puder! Puder! Puder!, mówi i rzeczywiście znajduję drugą puderniczkę, a ona dalej pudruje bez opamiętania twarz, mówi Konrad do Wiesera, nagle już nie widzę jej twarzy, zapudrowała do cna twarz. Zapudrowana!, zapudrowana!, mówi: zapudrowana!. Zapudrowana!, wykrzykuje, mówi Konrad, nagle śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła i śmieje się i woła: upudrowana, zapudrowana, zapudrowana, upudrowana, zapudrowana!

Thomas Bernhard Kalkwerk, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak

322243767409511000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że coś, co jednego dnia wydawało mi się pełne znaczenia i sensu, drugiego było dla mnie już tylko niedorzecznością.

Fífill

 

 

Myśl, owszem, ciekawa… ciekawa myśl… Szkoda że niezbyt jest nowa, bo to już Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach:

„Również, a nawet zwłaszcza to, co sam kiedyś napisałem, było dla mnie już niezrozumiałe. Stale nawiedzała mnie myśl, że to czy inne zdanie jest tylko pozornie czymś sensownym, a naprawdę co najwyżej jakąś protezą, wykwitem naszej ignorancji, nieporadnym organem, którym, jak niektóre rośliny i zwierzęta morskie swoimi antenami, na ślepo wymacujemy otaczającą nas ciemność”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. M. Łukasiewicz

link

123086166487618000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kolos z RODO

 

Jesteśmy  śmiesznie ograniczeni naszymi „ja” wykształcanymi w z góry ustalonym porządku, jesteśmy ograniczeni dziedzictwem, nabytym doświadczeniem, zespołem ugruntowanych przekonań, przychylnym otoczeniem, tak zwanym światopoglądem. Boimy się wskoczyć w czyjeś buty, i nagle, gdy przyjdzie nam na to (a jakże) ochota, z tych butów wyskoczyć. Kurczowo trzymamy się naszych „ja”, bo tak jest wygodnie. Jest tak, jakby przestarzały komputer bał się rozbudowy pamięci. Zrozumiał to Borges znużony, co nie chciał być więcej Borgesem.

47014732053341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Ponieważ jesteśmy słabi, słabowici, nie dozwalamy na żadną słabość. A jeśli nie życie, jeśli nie natura, to musi to być lektura, to znaczy życie i natura jako lektura, przez dłuższy czas wyłącznie natura w lekturze, życie z książek, czasopism, wszelkiego typu pism, budowanie z lektury mostów spinających pokawałkowaną i pozostawioną samej sobie naturę, z lektury, która jest jak natura, która jest jak życie”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

29056702380934300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mutacja kultury ludzkiej zmieniła ją w socjopatyczną machinę marketingową, zdominowaną przez priorytety gospodarcze i psychologiczną manipulację. Nigdy wcześniej indoktrynacja systemu kulturowego nie nakłoniła swoich uczestników do stłumienia tak dużej części ich człowieczeństwa. Tym wrogim przejęciem zbiorowej psychiki przewodzą coraz bardziej wyrafinowane przemysły propagandowe i dezinformacyjne, które mamią iluzją konsumenckiego szczęścia, szaleńczo nadmuchując nasze oczekiwania wobec materialnego świata. Współcześni konsumenci są najzacieklej atakowanymi przez propagandę osobami w historii. Bezwzględnie uporczywy, powtarzany efekt jest wysoce hipnotyczny, upośledza zdolność krytycznego myślenia, redukuje poczucie własnego „ja” i przekształca komercyjną nierzeczywistość w imitację znaczenia i celu.
(…)
Przedstawiciele młodszych pokoleń nie unikną kursu nudy, rozczarowania i demoralizacji. Jako produkty niewidzialnych rodziców, skomercjalizowanej edukacji, marketingu „od kołyski” i obłąkańczego programu kulturowego muszą dostroić się do modelu konsumpcyjnego, wiedząc przy tym doskonale, że niszczy planetę i zagraża ich przyszłości. W sposób zrozumiały młodzież należy zatem do pokolenia transu, z nienasyconym apetytem na każdą technologię, która może zredukować świadomość i przytłumić emocje. Gdy społeczeństwo pogrążone jest w kryzysie egzystencjalnym, zaś trajektoria życia emocjonalnego prowadzi w dół, trans pozostaje najprężniej rozwijającym się rynkiem konsumenckim.
John F. Schumaker, tłumaczenie: exignorant
źródło