11098672708526900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

19 sierpnia

 

Lubiłem patrzeć jak kładą asfalt. Podchodziłem najbliżej jak tylko się dało, by poczuć żar. Lubiłem zapach świeżo kładzionego asfaltu, idealną błyszczącą wyrównującą stal walca, postęp, krzątaninę robotników. Wydawało mi się, że wystarczy zaasfaltować cały świat, a wszystko będzie odtąd proste i gładkie.

Reklamy

618507831590667000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

clonnad

 

Oglądam stare seriale nieoglądane latami typu Robin Hood, poszukując archetypicznych twarzy, o których z pewnością zapomniałem, a które na pewno gdzieś tam głęboko i dawno utkwiły sobie w mej nieświadomości, i teraz często (podczas gdy ja nie zdaję sobie nawet z tego sprawy) nakładają się na te, które oglądam współcześnie, wywołując określony efekt.

90239076488249600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Powinniśmy porzucać nasze strony rodzinne, nasze miejsca urodzenia, zwłaszcza wsie i miasteczka, powiedział nagle Benno, powinniśmy porzucać nasze wsie i miasteczka jak najwcześniej, już na wczesnym etapie naszego dzieciństwa powinniśmy porzucać nasze strony rodzinne, naszą ojcowiznę, nasze miejsca urodzenia, bez skrupułów, bezwarunkowo, odruchowo i bezwzględnie odżegnywać się od naszego dziedzictwa. Rodzina to najbardziej patogenna komórka społeczna. Wychodzę z takiego założenia. Na tej patogeniczności żeruje państwokościół. Żeruje na niej. I ją żyruje. Porzuciłem swoją rodzinę bardzo wcześnie, mógłbym nawet powiedzieć, powiedział Benno, na wczesnym etapie mojego dzieciństwa, tak, porzuciłem swoją rodzinę na wczesnym etapie mojego dzieciństwa; to znaczy, najpierw, na wczesnym etapie mojego dzieciństwa, porzuciłem swoją rodzinę mentalnie, a następnie, by tak rzec, w dalszej części egzystencji, porzuciłem swoją rodzinę już fizycznie, odciąłem się od rodziny jak od pępowiny i nie chciałem mieć z pępowiną nic wspólnego. Powinniśmy porzucać nasze rodziny jak najwcześniej, już na wczesnym etapie naszego dzieciństwa powinniśmy porzucać nasze rodziny nasze pępowiny, więc najpierw powinniśmy porzucać nasze rodziny mentalnie, by następnie, kiedy tylko nadarzy się ku temu sposobność, powinniśmy porzucać nasze rodziny już fizycznie; odciąć się raz na zawsze, nie mieć więcej nic wspólnego, jednym słowem, jak to się mówi, w odpowiednim, najkorzystniejszym dla nas momencie dać drapaka.

55770816383139700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

4 sierpnia

 

W stosunku do nowo poznanych osób trzeba od razu ustawić jak najwięcej znaków ostrzegających przed wejściem na nasze terytorium. Od razu, bezpardonowo lub jak kto woli bezwzględnie porozstawiać, tam gdzie tylko uznamy to za wymagane, znaki ostrzegawcze. Nie bacząc na tak zwane względy natury ludzkiej tudzież konsekwencje, rozmieścić w strategicznych punktach Mego walące już z daleka w oczy znaki zakazu wjazdu, poruszania, odezwania słowem (żadnych znaków zapytania).

21302556278029900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kotor

 

Wyrastał jak spod ziemi, siadywał na brzegu ścieżki i patrzył głęboko w oczy. Żal o coś? Skarga? Protest? Zapominałem o nim na długie miesiące, prawdopodobnie zawsze musiały nadejść najbardziej upalne dni, by pojawił się ponownie. Zawsze w tym samym miejscu i w tym samym wieku, ile mógł mieć? – zawsze tyle samo, niedużo. Czarny, cierpliwy, między klonem a śmietnikiem, ukazywał się wtedy, kiedy nie miałem już siły, w tym samym miejscu, w tej samej pozie (przednie łapki złączone), w jego zachowaniu ukryta była niema groźba, że jeśli tylko zachce, zaraz udrapnie albo przebiegnie mi drogę.

Na ścianie śmietnika, od strony ścieżki, namalowałem mu portret, żeby już nie zapomnieć.

 


Jeszcze nie tak dawno stałem przed tym opowiadaniem z niewytłumaczalnym uczuciem czegoś na kształt rysującego się coraz wyraźniej rozwiązania, wyjaśnienia, zastanawiałem się nad kontynuacją, rozważałem w którą pójść stronę, widziałem tyle możliwości. Z tego co usłyszałem; w domu nerwowość M., spowodowana po części jakimiś narzucanymi sobie w celu zagłuszania myśli dodatkowymi pracami (wywrócona drabinka), po części ich pobytem (drugi tydzień), a po części upałem.

8136852450949970000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mądrość ludowa przestrzega przed opowiadaniem snów rano na czczo. Taki przebudzony pozostaje w rzeczywistości jeszcze pod czarem snu. Mycie wydobywa na światło dzienne tylko powierzchnię ciała i jego widoczne funkcje motoryczne, gdy tymczasem w głębszych warstwach także podczas ablucji w świetle poranka trwa szara pomroka snu, a nawet umacnia się w samotności pierwszej godziny po przebudzeniu. Kto się obawia spotkania z dniem – czy to z lęku przed ludźmi, czy ze względu na wewnętrzne skupienie – temu nie chce się jeść i rezygnuje ze śniadania. W ten sposób unika przeskoku między światem nocnym a dziennym. Przezorność, którą usprawiedliwia tylko przetopienie snu w skupioną pracę poranną, jeśli nie modlitwę, inaczej bowiem prowadzi do mnożenia rytmów życia. Opowiadanie snu w takim nastroju jest fatalne, bo człowiek, w połowie zaprzysiężony jeszcze światu snu, zdradza ten świat w swoich słowach i musi oczekiwać jego zemsty. Mówiąc nowocześniej: zdradza siebie. Porzucił ochronę w postaci śniącej naiwności i odsłania się, gdy bez zastanowienia opowiada swoje widzenie senne. Tylko bowiem z innego brzegu, od strony jasnego dnia, można podjąć sen z perspektywy poddanego namysłowi wspomnienia. Tę przeciwległą stronę snu można osiągnąć tylko w oczyszczeniu, analogicznym do ablucji, lecz zupełnie od niej odmiennym. Następuje ono przez żołądek. Na czczo człowiek mówi o śnie, jakby mówił przez sen.

Walter Benjamin, Ulica jednokierunkowa, tłum. Bogdan Baran

3108001074820000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dźwięki znad rzeki

 

Wierzę w dyfrakcję, rozciągliwość cierpienia, niezrozumienie,

czarne smugi pozostawione na dwieście dwudziestej pierwszej

stronie niepotrzebnej książki. Wierzę w reakcje,

znudzenie, interferencje, napięcie, zjeżone elektrony bólu

gotowe do skoku. Wierzę w to, czego mi nie powiedziano,

wierzę w pustkę, pulsowanie tłumu.

 

1187150773510040000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

PREFACE

THIS book is designed to encourage students to observe and think. It may also furnish some information about trees, birds, and heavenly bodies which will enhance the pleasure of living wherever these things can be seen. The language is simple enough for students in the sixth or seventh grade, the facts important enough for more mature students.

Part One may well be studied in the fall, Part Two in winter, and Part Three in spring, but it would be a mistake to restrict the study of any part to a single season, or to attempt to finish one part before taking up the next. In order to become familiar with the planets and brightest stars the student should view the heavens at different seasons. The trees and birds also change their appearance as the seasons change. They should be observed at all times of the year.

TREES, STARS AND BIRDS, A Book of Outdoor Science by EDWIN LINCOLN MOSELET, A.M. Head of the Science Department State Normal College of Northwestern Ohio, ILLUSTRATED IN COLORS from paintings by Louis Agassiz Fuertes and with photographs and drawings, Yonkers-on-Hudson, New York WORLD BOOK COMPANY 1919

733699527799930000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mleko


Chcesz być mleko? Ogranicz papierowe książki, powieś trzy ściereczki.
Niechaj pierwsza ściereczka symbolizuje to, czego nienawidzisz,
na przykład krawat, mężczyznę w krawacie, faceta, który posuwa się
do zakładania krawata (nigdy nie ufałeś facetom w krawatach), proste.
Drugą wystaw na widok, na Wspólnej, ku przestrodze, niech wiedzą,
że masz w dupie ich banki, pranki, mody, obmowy i przemowy,
wszystkie frakcje i podkomisje, medialne peregrynacje ciał,
cały ten szum na bruk ulicy, dzięki któremu mogą czuć się ważni.
Trzecia ściereczka, najmniejsza, niechaj ci służy do ocierania potu.

107045318469545000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Od dawien dawna nie chcieli słuchać moich pytań, doprowadzało mnie to do szaleństwa, zadawałem pytanie, a oni, nie dość, że nie chcieli mi udzielić odpowiedzi, to jeszcze nie chcieli słyszeć żadnych dalszych pytań, a to dlatego, że zadawałem te pytania jedno po drugim, nie skończyłem zadawać pierwszego pytania, a już myślałem o następnym, pojawiało się w mojej głowie kolejne pytanie, zadawałem je, i natychmiast pojawiało się kolejne, nie nadążałem z pytaniami, a oni nie nadążali z udzielaniem odpowiedzi, postanowili zatem, dla własnej wygody, że nie będą więcej słuchać moich pytań, robili to naturalnie dla własnej wygody, nie znajduję innego wytłumaczenia, zaprzestali słuchania moich pytań, bowiem wszystkie rodzące się w mojej głowie pytania były dla nich niewygodne.

(…)

przebywając między ludźmi, bałem się odezwać, bałem się ujawnić moje prawdziwe, a więc chore myśli, bałem się, że w ten sposób zdradzę swoją pokraczność, niepewność, swój oddech, jakże bardzo chciałem znaleźć kogoś, z kim mógłbym podzielić się moim myśleniem, moimi skojarzeniami, moim naiwnym, przyznaję, czasem zaskakującym swoją naiwnością nawet mnie samego tokiem rozumowania, och jak bardzo pragnąłem wyjawić nagle WSZYSTKIE MYŚLI, ale wiedziałem, zbyt dobrze wiedziałem, iż pod żadnym pozorem nie wolno mi tego zrobić, w chwili, w której zrealizowałbym ten niemądry pomysł, iście szatański pomysł wyjawienia wszystkich swoich myśli, jednym słowem ujawnienie całości myślenia, byłbym zgubiony, raz na zawsze załatwiony, w chwili, w której przyszłoby mi przypadkiem do głowy ujawnić nagle wszystkie, a więc również te najskrytsze myśli, byłbym skończony, raz na zawsze wykończony, NIGDY przed nikim nie możemy wyjawić wszystkich swoich myśli, NIGDY i PRZED NIKIM nie możemy się otworzyć, bowiem, kiedy przyjdzie nam to niechcący do głowy, jesteśmy już zakręceni.

66157645150735500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nadal mógł czytać, ale tylko w ściśle określonym miejscu

Szerokość oczu 9 cali. A także tego brakowało w sztuce

wytrzymałość, która już po przejściu przez dwa

Przecina linie ciężkości powiek, ciśnienia i pieczenia

Same oczy powstały, pozostawiając przerwę

Widzenie stało się konieczne. Zszywanie może – jak

Często to obserwowałem – pacjent wydaje się być bardziej wytrzymały

Ale to była okoliczność

pomóc, przez regularne zamykanie oczu

za każdym razem pociągając nitkę do rzeczywistości

 

DIE THERAPIE DES AUGES MITTELS DES FARBIGEN LICHTES, LEHRBUCH, DR- LUDWIG BOEHM, Geheimen Medicinal – Rath und Professor an der Universität zu Berlin, Berlin, 1862.

1408247264568310000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dół niesamowitości

 

Od lat z uwagą śledzę postępy w dziedzinie robotyki, w szczególności zainteresowanie moje wzbudzają pojawiające się w stosunkowo regularnych odstępach czasu krótkie filmy (filmiki) pewnej firmy z Waltham w Massachusetts (do niedawna stanowiącej własność Google), tworzącej roboty człeko i zwierzopodobne na potrzeby armii amerykańskiej. Nie mam już 30 lat, a więc, zgodnie z ogólnie przyjętymi założeniami międzypokoleniowego postrzegania jestem starcem, posiadam w sobie jednak ciągle niespożyte pokłady witalności, odznaczam się dobrym zdrowiem, przejawiam niegasnące zainteresowanie otaczającym światem i, co może wydawać się nieprawdopodobne, nie noszę okularów. Całymi godzinami potrafię wpatrywać się w eksplorujące pracowniczą przestrzeń (zazwyczaj filmiki nagrywane są w wewnątrz lub na zewnątrz firmy, na terenie firmowym) coraz to nowsze modele obdarzonych zadziwiająco sprawnymi kończynami robotów. Są to najczęściej kilku–, kilkunastominutowe, pozbawione oddzielnej ścieżki dźwiękowej realistyczne materiały promocyjne (w zależności od tego, czy akcja rozgrywa się wewnątrz czy też na zewnątrz firmy, w tle przeważają szepty/uwagi/okrzyki pracowników lub typowe dla terenów przyfabrycznych odgłosy natury; wiatr, chrzęst żwiru, skrzypienie zawiasów, krakania wron), z których to materiałów/filmików dowiadujemy się o nieubłaganym i niepowstrzymalnym postępie technologii: roboty z filmiku na filmik poruszają się coraz sprawniej, potrafią biegać, wchodzić i schodzić po schodach, przeskakiwać gałęzie i pnie, a nawet wspinać się po ścianach. Bardziej jednak niż zachowanie samych robotów fascynuje mnie zachowanie przewijających się w tle tych filmików ludzi; zawsze tak było, przez całe życie zwracałem uwagę na to, na co nie trzeba, na co nie powinienem był zwracać uwagi, koncentrowałem uwagę na szczególe miast ogóle, oglądając filmy przyrodnicze bardziej niż hienom przyglądałem się badającym ich zachowanie, wyposażonym w najnowsze gadżety badaczkom, zamiast psom, różnej maści zaklinaczom, lub też, dla odmiany, wyekwipowanym macho wyposażonym m.in. w specjalistyczne kije służące do przytrzymywania węży. Tak więc i tutaj, w przypadku tych filmików, nic nie mogłem poradzić na to, że moja fascynacja przesuwała się powoli z maszyn na ludzi, chociaż to właśnie te pierwsze ustawiono w roli bohaterów pierwszoplanowych. Zahipnotyzowany z początku przypominającymi świat ożywiony automatami, ich do złudzenia ludzkim, kocim, psim (itp.) sposobem poruszania się, pewną, cechującą nas wszystkich niezgrabnością, nieporadnością, konsternacją w sytuacjach ekstremalnych, mimowolnie zacząłem zauważać, że coś jest nie tak. I nie chodzi tu bynajmniej o same roboty, lecz o otaczających je ludzi.

Otóż ludzie, prawdopodobnie inżynierowie odpowiedzialni za powstawanie tych zadziwiających maszyn, stojący gdzieś z boku, z dala, z tyłu kadru, ustawieni w taki sposób, że na filmikach, w zależności od ujęcia, widać tylko profil ich twarzy, stopę, plecy, ręce, przerazili mnie (gdy tylko to sobie nagle uświadomiłem) śmiertelnie. Obserwując ich zachowanie cechujące się nieustannym podkreślaniem władzy nad tym, co stworzyli, a więc kopaniem bogu ducha winnych maszyn, popychaniem ich, szturchaniem kłodą drewna w taki sposób, by wytrącić je z równowagi, a nawet pozbawianiem jednej z kończyn, uświadomiłem sobie nagle wrodzone okrucieństwo gatunku ludzkiego, do którego również ja należę, i przeraziłem się śmiertelnie.

Przypomniałem sobie, jak przed laty, korzystając jeszcze z facebooka, lubiłem hurtowo usuwać podsuwane raz po raz propozycje znajomych, osoby, które według algorytmu mogę znać, wystarczyło tylko ustawić kursor na krzyżyku znajdującym się w prawym górnym rogu pierwszego proponowanego zdjęcia, i klikać aż do wyczerpania propozycji. W trakcie tego procesu usuwania przez mój umysł przelatywały myśli w rodzaju: jeszcze taka twarz jest możliwa, o, i takie rozstawienie oczu w połączeniu z zespołem przekonań. Przypominam sobie, iż towarzyszyło temu procesowi uczucie porównywalne chyba tylko z satysfakcją jaką gwarantuje nam kurczowe zaciskanie palców na pęcherzykach folii bąbelkowej.