337467291449099000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wspomnienie o pętlach

Pętle, miejsca szczególne, trwale zapisane w pamięci. Ile ich było? Nie zliczę. Tam autobusy (albo tramwaje) znajdowały wreszcie ukojenie, ich przednie szyby narażone na najokrutniejsze zimno zimą, najstraszliwszy skwar latem, służyły mi za lustro, w którym przeglądałem się godzinami, studiując zniekształconą fizjonomię. Wierne pyski. Zdyszane maszyny nareszcie zwolnione z obowiązku.

Lubiłem tam przychodzić (zawsze miałem niedaleko) i patrzeć na ich odpoczynek: na czas zawieszony, świąteczny. Widoczny już z daleka rozkład pośpiechu, zatrzymana w porę gonitwa myśli.

Jak to się stało, że niemal zawsze mieszkałem przy pętli? i dlaczego nigdy wcześniej tego nie zauważyłem?

Nieważne, czy była to północ, północny wschód, północny zachód, sam wschód albo sam zachód, czy też albo południe, zawsze mieszkałem przy pętli. Nie miało znaczenia gdzie, ważne przy czym.

Wychodziłem z wynajmowanego mieszkania i od razu trafiałem na pętlę; siadałem, patrzyłem. Trawy różnorodnych gatunków, źdźbła wślizgujące się między wolne przestrzenie, grudki ziemi, opony, popłochy, głaszczące szyny mlecze, ubłocone ostrożnie pleniące się bez opamiętania.

To właśnie tam i tam i tam i tam i tam i tam, na pętlach zwolna przestawało interesować mnie bycie człowiekiem, a więc podmiotem pragnącym. To tam, na pętlach, uczyłem się wyzwalającej obcości, tego maszynowego stanu, w którym już wszystko jedno, co wokół powiedzą.

Więc tam, wśród przegubowców, nadwozi, bodiaków, mogłem spokojnieć. Spojrzeć na siebie jak na odprysk statystyki. Siedzieć na pętli, dojrzewać i patrzeć, spokojnie przepatrywać historię swojego życia jako typową prowincjonalną historię przeciętności. Na okrągło przeżuwać swoje nazwisko jako typowe, pospolite, przeżuwalne, jedno z wielu typowych dla danego regionu, spowszedniałych mi nazwisk w klasie.

7183408493178320000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

stulecia samotności

Byłem świadkiem prawdziwej zimy. Przedzierałem się przez zaspy, chuchałem w zaczerwienione dłonie, lepiłem, odgarniałem, na własnej skórze odczuwałem siarczysty mróz, śnieg sypał nieprzerwanie. Gramoliłem się pod górkę, zjeżdżałem z górki, na własne oczy widziałem zwisające do samej ziemi sople lodu [‘’’]. Mówiłem – śnieg, mówiłem – zaspy, mówiłem – siarczysty mróz.

Byłem świadkiem względnej normalności. Mówiłem, gaworzyłem, wypowiadałem rozbudowane zdania nad wyraz spokojnie, bo wydawało mi się, że słowa coś znaczą. Teraz moim marzeniem jest przeżyć jak najmniej, za wszelką cenę nie dopuścić do siebie zdeprawowanej rzeczywistości tego nepotycznego kraju. Przeżyć tak mało, żeby nie było tu czego wspominać, żeby nie było do czego wracać. Przeżyć tak mało, żeby ubyło cierpienia, by zabrakło rojeń. Teraz, gdy osiłkowata Polska [zupełnie jak biedronka azjatycka] wdziera się każdą szparą, chcę jak najmniej.

Czy doczekamy wiosny, nie wiem. Myślę, że najbardziej rozczarowane byłyby zwierzęta, które zapadły (tudz-jeż zapadną) w sen zimowy, bo byłoby niewyobrażalnie smutne, gdyby któregoś dnia niespodziewanie wybudziły się i zobaczyły, że nic nie ma tu sensu.