2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.

 

215414832505659000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Jedno daje nam spokój, nie próbuje ingerować w naszą psychikę, pozwala nam być sobą i rozwinąć w sobie wiele czasem wspaniałych rzeczy, drugie wciąż nam daje po głowie, rani i nie daje spokoju, nie daje spokoju przez całe życie, ale właśnie dlatego przez całe życie wciąż nas absorbuje, wprowadza w nasze życie niepokój, dzień w dzień wkracza w nas ten niepokój, którego przez całe życie nie potrafimy już z siebie wyrzucić, który przez całe życie podburza nas przeciw wszystkiemu. Dlatego wszystko, co jest moim myśleniem, bierze się z tej drugiej strony, z tego niepokoju, a nie z tego, co daje nam spokój, słowa Roithamera. Dlatego już w Altensam, we wczesnym dzieciństwie, myślenie moje naturalnie rzecz jasna brało się nie z tego, co dawało mi spokój, tylko z tego, co spokoju nie dawało. To, co wypowiadamy, wtedy kiedy wypowiadamy się całym naszym jestestwem, bierze się zawsze tylko z niepokoju, nie z tego, co daje spokój, słowa Roithamera”.

Thomas Bernhard, Korekta, przeł. Marek Kędzierski

50852543833066800000000000000000000000000000000000000000000000000000000

geo

Jacyś ludzie na wzgórzu. Mogę mówić spokojnie, ponieważ jest zła pogoda, cieszy mnie każdy dzień, kiedy na dworze jest zła pogoda, mogę wtedy mówić spokojnie (być może ma to związek z tym, że wtedy inni wydają mi się spokojniejsi). Jakby wytyczali. Dwóch razem i ten trzeci wskazujący. Trzeci instruujący. Tłumaczy, rozdziela instrukcje, gestykuluje. Razem stanowią trzy punkty. Przesuwają się w dopuszczalnych granicach przesuwu. Tworzą trójkąt. Jeszcze nie wiedzą, że sami są wytyczani.

19423943329837700000000000000000000000000000000000000000000000000000000

spokój

Czy można opisać spokój? Coś takiego, gdy nic się nie dzieje? Może tylko resztki zachodzącego słońca odbijają się w roletach obserwowanego zza żywopłotu budynku. I czy można to rozwijać, rozwijać w nieskończoność?

Przede wszystkim nie ma ludzi. Nie ma szumu. Wokół wcale nie jest cicho; słychać niezbędne owady, od czasu do czasu ulicą schowaną za plecami przejedzie konieczne auto, lecz nawet nieuchronna ciężarówka nie stanowi w tym wypadku problemu – to tylko chwila, upust, i zaraz wszystko powraca do pierwotnego stanu. Jest spokój.

To, że nie ma ludzi, oznacza równocześnie, że nie ma ja. Brak irytacji. Brak interakcji. Ktoś obserwuje – to prawda, ale ten ktoś jest sobie obojętny, zamknięty krwiobieg dostarczający tlen do mózgu.

7419286156446170000000000000000000000000000000000000000000000000000000

lynchowanie

– Można też powiedzieć, że znów robi, za przeproszeniem, rewoltę. Przecież  powrót po ćwierć wieku do tych samych twarzy, teraz naturalnie zniszczonych przez upływ czasu, to powrót do twarzy prawdziwych.

– No właśnie. Normalnie trudno jest zaobserwować w serialu proces starzenia się poszczególnych postaci. Sezon goni sezon, tak jak w życiu.

– I jeszcze te piękne dłużyzny, ta kpina z percepcji współczesnej widowni.

4585371016945310000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Cały czas obserwowałem z mojego okna na górze, z Höllerowskiej mansardy, jak Höller w swojej pracowni na dole wypycha olbrzymiego czarnego ptaka, wpychał w ptaka coraz więcej waty, myślałem, obserwowałem go z tego miejsca bardzo przydatnego do obserwacji tego typu, tak długo, aż ptak został całkowicie wypchany, a więc stałem bez ruchu co najmniej pół godziny, aż zobaczyłem, że Höller wypchał już ptaka całkowicie. Naraz Höller rzucił tego wypchanego ptaka na ziemię, zerwał się na nogi i wybiegł na zaplecze pracowni, nie widziałem go wprawdzie, ale czekałem, obserwując pracownię, dopóki ponownie nie spostrzegłem Höllera, wrócił i znowu usiadł w fotelu i znów zaczął wypychać ptaka, obok Höllera widziałem teraz na podłodze olbrzymią stertę waty, pomyślałem, że Höller stopniowo wepchnie tę olbrzymią stertę waty w tego, jak pierwotnie sądziłem, już całkowicie wypchanego ptaka. Noc jest dla niego znośna tylko dlatego, że wypycha tego ptaka, pomyślałem. Jeszcze o północy wciąż był zajęty wypychaniem ptaka. A ja wciąż zastanawiałem się, jaki to ptak, jeszcze nie widziałem takiego olbrzymiego i równie czarnego ptaka, myślałem, i że jest to chyba jakiś gatunek tutaj się niepojawiający, z zagranicy, zastanawiałem się, czy nie zejść na dół, do Höllera do pracowni, i nie zapytać go, jaki to gatunek ptaka. Możliwe, że jest to tak zwany ptak egzotyczny, że jeden z zamożniejszych myśliwych z doliny, z tych urodzajnych terenów, myśliwych, którzy bardzo często wyjeżdżają na polowania za granicę i do zamorskich krajów, przywiózł go stamtąd, z Ameryki Południowej lub z Afryki, z jaką niewiarygodną energią Höller wypychał teraz ptaka watą, nie wyobrażałem sobie, że w ptaku może być tyle miejsca na watę (…)”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

 

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 

1751455877444440000000000000000000000000000000000000000000000000000000

maszyna z reading

„(…) pojechałem więc do Reading, do zaprzyjaźnionego ze mną, jak i z Roithamerem, nauczyciela, pracującego nad konstrukcją maszyny, do dziś nie wiem dokładnie, co to za maszyna, choć on, jej konstruktor, całymi latami wtajemniczał mnie w konstrukcję owej maszyny, również Roithamer nie wiedział, co to takiego, ta Maszyna z Reading (…)”

Thomas Bernhard „Korekta”, tłum. Marek Kędzierski

1082459262056430000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Czy obcięte paznokcie trzymane odpowiednio długo w zaciśniętej pięści wrosną do środka głowy?

Każde zamknięcie drzwi na dole boli jak rosół. Twoje znamię jest zdrobnieniem, szepty wołaniem na sygnale, a jeśli dodasz więcej znajomych, w aktualnościach zostanie wyświetlonych więcej zdarzeń. Krócej oznacza więcej. Znikome cięcia na skórze zbiegną się z czasem w trwały wzorek nie do wytrzymania. Więc przestań. Nie czekaj aż zaśpiewa ci Pinokio. Brak nadchodzących wydarzeń z pewnością przyniesie wytchnienie.