102216385354134000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

landrynki w latrynie

 

Tak więc zaczął się najcięższy miesiąc roku, jednocześnie (jak zwykle) coś się skończyło. Początki poplątane z końcami i końce galopujące w nieskończoność, natręctwo prozaicznych skojarzeń, odnośniki, mecyje rozkojarzenia, wszystko to słowa przynoszące jakąś tam ulgę, od których należy się opędzać.

Reklamy

63173200356011900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Czas był wypełniony niesamowitością i niepoczytalnością, a także nieustanną potwornością i niewiarygodnością. Montaigne pisze, że to bardzo bolesne doświadczenie, musieć przebywać w miejscu, w którym obchodzi nas i dotyczy wszystko, co ogarniamy wzrokiem. I dalej: moja dusza była poruszona, tworzyłem sobie własną opinię o otoczeniu i próbowałem uporać się z nią bez pomocy obcych ludzi. Jednym z moich przeświadczeń było, że prawda w żadnym wypadku nie może ulegać przymusowi i przemocy. I dalej: pragnę dać się poznać i jest mi obojętne, do jakiego stopnia, jeśli tylko to się naprawdę dzieje. I dalej: nie ma niczego trudniejszego, ale też niczego bardziej pożytecznego niż autoopis. Należy badać samego siebie, rozkazywać sobie i stawiać się na właściwym miejscu. Zawsze jestem na to gotów, gdyż zawsze opisuję siebie, a nie opisuję własnych czynów, tylko własną istotę. I dalej: pewne sprawy, których ujawniania zabraniają przyzwoitość i rozsądek, podawałem do wiadomości otoczenia dla nauczki. I dalej: uczyniłem swoją zasadą mówienie wszystkiego, co ośmielam się powiedzieć, zatem wyjawiam nawet myśli, których właściwie nie można upublicznić. I dalej: jeśli chcę siebie poznać, to dlatego, abym poznał, jaki jestem naprawdę, dokonuję więc krytycznej analizy na swój temat”.

Thomas Bernhard, Autobiografie, przeł. S. Lisiecka

39043184998122300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jazda

 

A kiedyś tak mu kubicowałem… Pamiętam dobrze, w tamtym mieszkaniu, z tą leżanką, kiedy oglądanie go było jedyną rzeczą nie sprawiającą mi bólu. Te dwie godziny wyrwane z codzienności, podczas których o wszystkim zapominałem, koncentrując się precyzyjnie na jeździe…

A jak miał wypadek… Wkurzyło mnie to niemiłosiernie. Pragnąłem wtedy mocno, żeby wygrał, zaciskałem kciuki, a on miał se po prostu wypadek = i te nogi wystające z bolidu. Wstań! – wrzeszczałem, wstań i jedź! Zróbcie coś do jasnej cholery! Obudźcie go! Przecież może jeszcze jechać! Dawaj, dawaj, jeszcze nie wszystko stracone!

I dziś do ostatniej chwili… te cholerne testy. To testowanie. Sranie w banie. Ten brak zaufania, jakby nie docierało do nich, że jest po prostu najlepszy. A wątpliwości w komentarzach?! W każdym komentarzu kurna jakaś wątpliwość, że to, że tamto. A ja wierzyłem! Do ostatniego przejazdu. Do ostatniej sekundy. I wykręcił.

14913169640232700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Divine

.

– Powiem ci coś w sekrecie.
[…]
– Wiem jednak, że możesz się przestraszyć. Może inaczej; wiem, że to, co teraz powiem zabrzmi cokolwiek dziwnie i niepoprawnie, i wiem, że raczej nie powinienem tego mówić, dusiłem to w sobie jednak przez długi, być może nawet zbyt długi czas i właśnie dziś nadszedł ten moment, moment, nazwijmy go dla uproszczenia decydujący, w którym nie pozostało mi nic innego, niż to po prostu wyrzec. Muszę ci to powiedzieć, Muszę. Wiedz, że to konieczne.
[…]
– Nie, nie dla twojego dobra, raczej dla… dla mojej satysfakcji. Tak. Właśnie tak. Temat jest zadawniony, od dawna prowadziłem w tym kierunku żmudne obserwacje, obserwacje na tyle odstręczające, że dla własnego zdrowia musiałem je z czasem porzucić, sporządziłem przy tym wielostronicowe notatki, wyciągając z nich na koniec zatrważające wnioski, wnioski, które przeraziły mnie samego, i to do tego stopnia, że bałem się nimi z kimkolwiek podzielić, kiełkowało to we mnie, kłuło mnie dniami i nocami, nie dawało spać, bałem się, że jeśli to kiedyś powiem, znienawidzisz mnie do końca życia, ale dziś pomyślałem sobie – trudno, pozostanie mi satysfakcja. Tak, przyznaję, wypowiedzenie tego sprawi mi ogromną satysfakcję…
[…]
– Tak, właśnie satysfakcję. Mam na myśli nie tylko satysfakcję, ale i… perwersję.
[…]
– perwersjęperwersjęperwersję! Ależ ja nigdy nie ukrywałem, że jestem perwersyjny! Perwersja to moja druga natura. Cały zbudowany jestem z perwersji. Moje myślenie jest myśleniem na wskroś perwersyjnym, każda myśl opuszczająca moje zwoje, jest myślą perwersyjną, nie zamierzam tego negować.
[…]
– Jeśli naprawdę znienawidzisz? Trudno. Najważniejsze, że ja poczuję ulgę, przecież tu chodzi o mnie, zawsze chodziło tylko o mnie, nigdy nie chodziło mi o nic innego.
[…]
– Jakoś się z tym pogodzę.
[…]
– Nie ma powodu do obaw, przyzwyczaiłem się, przecież i tak myślisz o mnie w ten sposób. Tego się nie da ukryć.
[…]
[…]
– Dlatego wypowiem to szeptem. Wyszepczę ci to do ucha, tak będzie łatwiej.
[…]
– Dobrze. Powiesz, kiedy będziesz.
[   ]
– Teraz?
[   ]
– Już?

[…]
– Istnieją mężczyźni uwodzący na feminizm i gender.

5696323922575860000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

na dziś*
.
.

W niechcący usłyszanej dziś rano reklamie zdążył powiedzieć, że za telewizor plazmowy zapłacę tyle a tyle, natomiast za smartfona zapłacę już tylko tyle a tyle.
A JA NIE ZAPŁACĘ!

oraz cytat:

„Zamiast od razu, jak wcześniej obiecałem, opisać Gambettiemu Wolfsegg, opowiedziałem mu wtedy coś o Nietzchem, czego lepiej żebym był nie mówił, coś o Kancie, co było całkiem bezsensowne, coś o Schopenhauerze, co początkowo sam uważałem za szczególnie kompetentne, później jednak musiałem uznać za dość zwariowane, już po kilku minutach, coś o Montaigne’u, czego sam nie rozumiałem nawet w momencie, kiedy mówiłem o tym do Gambettiego; ledwo bowiem wygłosiłem do niego owo zdanie dotyczące Montaigne’a, Gambetti poprosił mnie, żebym zechciał wyjaśnić mu wygłoszone właśnie zdanie, czego jednak nie potrafiłem uczynić, ponieważ w tej samej sekundzie sam już nie wiedziałem, co w ogóle powiedziałem o Montaigne’u. Mówimy coś i widzimy to całkiem jasno, a w następnej chwili w ogóle nie wiemy, cośmy właśnie powiedzieli, powiedziałem do Gambettiego, akurat powiedziałem coś o Montaigne’u, ale teraz, dwie, trzy sekundy później już wcale nie wiem, co naprawdę i rzeczywiście powiedziałem o Montaigne’u. Powinniśmy posiadać taką umiejętność, żeby móc coś powiedzieć, wygłosić i to przed chwilą wygłoszone jednocześnie zaprotokołować w umyśle, co jednak nie jest możliwe, powiedziałem do Gambettiego”.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, tłum. S. Lisiecka


.


*Ten wpis tylko po to, aby szybko odwrócić uwagę od poprzedniego (stara dobra metoda stosowana przeze mnie jak dotąd z pozytywnym skutkiem). Nie lubię swoich egzaltacji.

3520521795081000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zgryz

 

Nie ma osób szczególnych, szczególnie dla nas. Wiążemy się z pewną wypadkową, medianą, rozsiewem statystycznym, który przy sprzyjających okolicznościach traktujemy wyjątkowo, sądząc, że był on nam, jak to się mówi, pisany. Bujda! Równie dobrze mógł on być zastąpiony zupełnie odmienną konfiguracją uśmiechów, stwierdzeń, uwodzących zasmuceń, westchnień, zmarszczek mimicznych, wypowiedzianych w porę zdań, pocałunków i tym podobnych cech, gestów tudzież zachowań przypisanych innej osobie. Przypadek, który z całym dobrodziejstwem inwentarza bierzemy za pewnik, kpi z nas za naszymi plecami – i to w żywe oczy. Drobne przesunięcia rysów twarzy, tu dodany pieprzyk, tam troszeczkę dłuższy nos, tutaj odmienna artykulacja, przebłysk inteligencji, elokwencja, puenta, tam figlarnie opadający za uchem kosmyk włosów, oczy – zamiast zielonych, brązowe, bardziej spiczasty dowcip albo wyższe czoło, to wszystko, zamiast tego, co już dobrze znamy, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, mogło przecież równie dobrze składać się na idealny (według nas) wizerunek osoby, z którą mogliśmy się związać, którą mogliśmy, jak to się mówi, kochać.

Najśmieszniejsze jest to, że sami również jesteśmy zastępowalni. Jesteśmy bardzo łatwo zastępowalni w swoim zrzędzeniu, skrzywieniach i monotematyczności.

link

1344719667586150000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

żarówka

 

Na początku przepaliła się żarówka. Zupełnie nowa, kupiona kilka dni wcześniej. Tak to wyglądało. Mniej więcej. Żarówkę musiałem natychmiast wyrzucić i zakupić nową, dlatego znalazłem się wtedy tam, gdzie nie powinienem był się znaleźć, a więc na rogu Siennej i Benoit. O ile sobie przypominam, było już dobrze po siedemnastej.

Na rogu Siennej i Benoit jest sklep z różnymi takimi, dużo przedmiotów, głównie elektryka, byłem nieomal pewien, że widziałem tam wcześniej żarówki, przechodzę tamtędy codziennie i mimowolnie zerkam na wystawę, małe żółte pudełeczka ustawione w piramidkę, jednak w środku okazało się, że to galanteria albo garmażerka, w każdym razie żarówkę zmuszony byłem wybić sobie z głowy.

Crescendo.

Utraciłeś przenikliwość. Brak ci przenikliwości, pomyślałem natychmiast, od razu. A do tego jesteś mistrzem w wynajdowaniu powodów do poczucia winy, dodałem z satysfakcją, i dalej, jesteś największym mistrzem w sztuce winienia, obwiniania siebie, powtarzałem wielokrotnie, wracając bez żarówki, do tego w podłym nastroju.

W mieszkaniu, gdzie teraz siedzę, rzeczywiście przepaliła się żarówka, jedna z wielu, a więc nie jest to powód do rozpaczy. Żarówka nie stanowi powodu, mówię teraz głośno, żarówka była powodem by odwrócić uwagę i zapodać fikcję, by fikcją wypełnić czas, czas, w którym siedzę sam w mieszkaniu i obwiniam siebie. Z byle powodu. Czy to będzie żarówka, czy zapchany kibel, zawsze znajdę sobie powód do obwiniania siebie. Zwyczajnie. Bez powodu. Więc mówię teraz głośno, powtarzam, nigdzie nie wychodziłem, nie byłem dzisiaj na rogu Siennej i Benoit, po prostu, przepaliła się żarówka.

 

196191955446197000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

A dziś pomyślałem sobie, że poprzedni wpis mógł jednak zabrzmieć zbyt mądrze, dlatego prędko proszę o wybaczenie, już wyjaśniam: ja tylko wybieram ze słownika jakieś trudne słowo, a potem (niejako od tyłu) dobudowuję do niego notkę, ot cała prawda. Jak już gdzieś wcześniej zdążyłem wspomnieć, z natury jestem prosty i głupi, ot cała prawda. Dla rozluźnienia mięśni i atmosfery mój ulubiony (jakby ktoś jeszcze nie wiedział) cytat z Bernharda:

.
„Żyjemy w dwu światach, powiedziałem do Gambettiego, w rzeczywistym, który jest smutny i podły, a koniec końców zabójczy, i w sfotografowanym, który jest na wskroś zakłamany, ale przez przytłaczającą większość upragniony i idealny. Zabrać dzisiaj człowiekowi fotografię, zerwać ją ze ściany, powiedziałem do Gambettiego, i zniszczyć, raz na zawsze, to znaczy odebrać mu nieomal wszystko. W konsekwencji można powiedzieć, że ludzkość już tylko na tym wisi, że nie ma już nic innego, czego mogłaby się uczepić, a wreszcie że nie jest już zawisła od niczego więcej jak tylko od fotografii. Fotografia stanowi dla ludzi ratunek, Gambetii, powiedziałem, na co Gambetti roześmiał się, nazywając mnie porannym fantastą, czyli użył takiego wyrażenia, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałem, czego konsekwencją z mojej strony był śmiech, któremu Gambetti oczywiście zawtórował i którym przez pewien czas rozkoszowaliśmy się obaj z największą przyjemnością”.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, tłum. Sława Lisiecka

 

74938658661142300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

reklama

 

Przerywam czytanie najbardziej przerażającej książki Bernharda i sprawdzam w wyszukiwarce czy rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith i rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith, zabieram się więc z powrotem do czytania, a gdy ponownie zaglądam do internetu, zaczynają mi się wyświetlać oferty hoteli i biur podróży.

Tak! Polecę do Palma de Mallorca i zabiorę ze sobą Beton Bernharda! I przeczytam Beton Bernharda w jakimś okropnym, przygnębiającym, betonowym hotelu w Palma de Mallorca! Cóż za brak taktu!