247694960571651000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Doświadczyć wrażeń zmysłowych z kilkudziesięciu poranków w jeden dzień. Albo z kilkuset. Czy to niemożliwe? „Przeżyć” całe życie w kilkadziesiąt dni. Dlaczego nie? Życie to tylko nawarstwianie i zacieranie się informacji, odbiór i nadawanie, nieustanny przepływ bodźców. A gdyby zredukować to wszystko do sekundy?

Reklamy

94611056096305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odosobniony, wznosił się za pawilonem, w którym zniknął Marger, niski, niezwykle długi budynek, rodzaj blaszanego baraku; skierowałem się ku niemu w poszukiwaniu cienia, ale upał bił nieznośnie od metalowych ścian. Już miałem stamtąd odejść, kiedy doszedł mnie osobliwy dźwięk, płynący z wnętrza baraku, trudny do zidentyfikowania, niepodobny do odgłosu pracy maszyn; ze trzydzieści kroków dalej trafiłem na stalowe drzwi. Stał przed nimi robot. Na mój widok otworzył je i ustąpił na bok. Niezrozumiałe odgłosy nasiliły się. Zajrzałem do środka; nie było tam tak zupełnie ciemno, jak mi się wydało w pierwszej chwili. Od martwego żaru nagrzanych blach ledwo mogłem oddychać i cofnąłbym się natychmiast, gdyby nie poraziły mnie posłyszane głosy. Bo to były ludzkie głosy — zniekształcone, zlewające się w ochrypły chór, niewyraźne, bełkotliwe, jakby z mroku, gadał stos popsutych telefonów; zrobiłem dwa niepewne kroki, coś chrupnęło mi pod stopą i wyraźnie, od podłogi, odezwało się:

— Proszszę puana… proszszę puana… proszszę łasskawie…

Znieruchomiałem. Duszne powietrze miało smak żelaza. Szept płynął z dołu.

— …proszszę łasskawie obejrzeć… proszszę puana… Złączył się z nim drugi, recytujący miarowo, monotonny głos:

— Anomalio mimośrodowa… asymptoto kulista… biegunie w nieskończoności… praukładzie liniowy… układzie holonomiczny… przestrzeni nawpółmetryczna… przestrzeni sferyczna… przestrzeni najeżona… przestrzeni zanurzona…

— Proszszę puana… do ussług… proszszę łasskawie… proszszę puana…

Półmrok mrowił się cały od chrypiących szeptów; wyrywało się z nich głośniej:

— żywotwór planetarny, jego gnijące błoto, jest świtem egzystencji, fazą wstępną, i wyłoni się z krwawych ciastomózgowych miedź miłująca…

— brek — break — brabzel — be… bre… weryskop…

— klaso urojonych… klaso mocna…. klaso pusta… klaso klas…

— proszszę puana… proszszę puana łasskawie obejrzeć…

— ćśśśicho…

— ty…

— sso…

— syszysz mnie…

— sysze…

— możesz mnie dotknąć?…

(…)

— On tu jest!!! — krzyknęło; i zapadła nagła cisza, prawie równie przenikająca w swym nieopisanym napięciu, jak poprzedzający ją wielogłosy chór.

— Panie!!! — powiedziało coś; nie wiem, skąd wzięła mi się ta pewność, ale czułem, że słowa, skierowane są do mnie. Nie odezwałem się.

— …panie proszę… chwilę uwagi. Panie, ja — jestem inny. Jestem tu przez pomyłkę.

Zaszumiało.

— Cicho! ja jestem żywy! — przekrzykiwał hałas. — Tak, wtrącono mnie tu, ubrali mnie w blachy umyślnie, aby nie było znać, ale proszę tylko ucho przyłożyć, poczuje pan puls!

— Ja też! — przekrzykiwał go drugi głos. — Ja też! Proszę pana! Chorowałem, podczas choroby wydało mi się, że jestem maszyną, to było moje szaleństwo, ale teraz już jestem zdrów! Hallister, pan Hallister może zaświadczyć, proszę go spytać, proszę mnie stąd wziąć!

— proszszę puana… proszszę łaskawie…

— brek… break…

— do usług…

Barak zaszumiał, zachrzęścił od rdzawych głosów, wypełnił się w jednej chwili pozbawionym tchu krzykiem, zacząłem się cofać, tyłem wypadłem na słońce, oślepiony, zmrużyłem oczy; stałem długą chwilę osłaniając je ręką, za mną rozległ się przeciągły zgrzyt, to robot zatrzasnął drzwi i ryglował je.

— Paniee… — donosiło się jeszcze w fali stłumionego pomruku spoza ścian. —

Proszszę… do usług… omyłka…

Minąłem oszklony pawilon, nie wiedziałem, dokąd idę — chciałem tylko znaleźć się jak najdalej od tych głosów, nie słyszeć ich; drgnąłem, kiedy poczułem na ramieniu niespodziewane dotknięcie. To był Marger, jasnowłosy, przystojny, uśmiechnięty.

— Och, przepraszam, panie Bregg, po stokroć przepraszam, to tak długo trwało… — Co będzie z nimi?… — przerwałem mu prawie niegrzecznie, wskazując ręką na samotnie stojący barak.

— Proszę? — zamrugał powiekami. — Z kim? Zrozumiał nagle i zdziwił się:

— A, pan tam był? Niepotrzebnie…

— Jak to niepotrzebnie?

— To złom.

— Jak to?

— Złom do przetopu, już po selekcji. Pójdziemy?… Musimy podpisać protokół.

— Zaraz. Kto przeprowadza tę… selekcję?…

— Kto? Roboty.

— Co?! one same??

— Oczywiście.

Umilkł pod moim wzrokiem

— Dlaczego się ich nie naprawia?

— Bo to nieopłacalne… — powiedział powoli, z wyrazem zdziwienia.

— I co się z nimi dzieje?

— Ze złomem? Idzie tam — wskazał na smukłą, samotnie stojącą kolumnę martena.

W gabinecie leżały już na biurku przygotowane papiery — protokół kontroli jeszcze jakieś świstki — Marger wypełniał po kolei rubryki, podpisał się i podał mi pióro. Obróciłem je w palcach.

— A nie zachodzi możliwość pomyłki?

— Proszę?

— Tam, w tym… złomie, jak go pan nazywa, mogą się znaleźć… jeszcze sprawne, zdatne całkiem — jak pan sądzi?

Patrzał na mnie, jakby nie rozumiał, co mówię.

— Takie odniosłem wrażenie — dokończyłem powoli.

— Ale to przecież nie nasza rzecz — odparł.

— Nie? A czyja?

— Robotów.

 

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Czytelnik, Warszawa 1968, ss. 182-188.

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

8531073606282240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

na podobieństwo

Produkcja androidów z łagodnymi zaburzeniami depresyjnymi od początku napotykała na liczne bariery, konsekwentnie odmawiały współpracy, a powikłania wynikające z dodatkowej przypadłości nasilały się w tempie astronomicznym.
Niemal od razu (niezmiernie rzadko zamykając się wcześniej w szafach) skakały z mostów, rzucały się pod pociągi, rozmontowywały się impulsywnie, pozostawiając po sobie przemieszane części oraz kilkusetstronicowe, zazwyczaj niezrozumiałe listy pożegnalne.

W swych listach pisały o lęku,
o smutku,
o bólu.

2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

157928677948851000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Najbardziej bał się zawsze nieśmiertelności i utraty mowy. Podstawówka, zima, kałuża, potem ślizgawka, na której chłopiec ze starszego rocznika przegryzł sobie język. I krew na ślizgawce rozjeżdżona przez inne dzieciaki. Nie widział w tym sprzeczności. Bał się, że w przyszłości mógłby zostać odtworzony na podstawie pozostawionych słów, gestów, grymasów i przejęzyczeń. I nie miałby nic do powiedzenia.

6452389184720950000000000000000000000000000000000000000000000000

krótko o pośrednikach

Najgroźniejsi wydawali mi się zawsze pośrednicy. Naturalnie nie miałem pełnej świadomości, świadomości rzeczywistej grozy pośredników, przez długi czas nieokreśloną grozę pośrednictwa odczuwałem jedynie podskórnie, dopiero jedno zdanie z Havla uświadomiło mi przed kilku laty, a więc stosunkowo niedawno, faktyczny stan rzeczy.

To jedno zdanie z Havla brzmiało tak; „Żyjemy w świecie pośredników i pośredników pośredników, w świecie lobbystów, konsultantów i agentów PR; na każdym kroku ktoś jest opłacany za to, że kogoś pozna z kimś, kto mu zapłaci za to, że go skojarzy z kimś innym, kto mu poradzi, jak zarobić na czymś, co stworzy jeszcze ktoś inny”.*

I nie traktuję tego zdania dosłownie. Mam tu na myśli pośrednictwo w ujęciu szerszym, nie ograniczającym się wyłącznie do sfery polityczno-biznesowej, ale obejmującym swoim działaniem (swoimi mackami) całość, jak to się delikatnie mówi, stosunków międzyludzkich. Mówię tu o wszystkich, którzy korzystając z okazji (korzystając z tłoku), chcą coś załatwić przy okazji, uszczknąć, ugrać dla siebie, podpiąć się, wykorzystać nadarzającą okazję. Mógłbym też powiedzieć; iż tam gdzie pojawia się dwoje ludzi, pojawia się pośrednik albo; każdy ma swojego pośrednika, lub też; każdy ma takiego pośrednika na jakiego sobie zasłużył.

Mówię tu między innymi (nie zdołam wszystkiego wyliczyć, nie mam sił wyliczać) o przygodnych kupcach pojawiających się w miejscach wzmożonego ruchu oferujących od ręki niezbędne gadżety po zawyżonych cenach, o ciągnących się za uznanymi reżyserami operatorach i dźwiękowcach wpływających na fatalną jakość ich filmów, o znudzonych informatykach tworzących w swych przyciasnych boksach tak zwane aplikacje domagające się natychmiastowej interakcji, o żerujących na biedzie, bezradności i uzależnieniu od sieci radosnych twórcach tak zwanych start-upów, o ekskluzywnych grabarzach, o wciskających ciasteczka i dodatkowe usługi, nie mówiąc już o reklamach i o występujących w reklamach, o lizusach podsuwających pod nos lepkie od śliny lizaki, o rzecznikach i rzecznikach rzeczników, o pozornie darmowych ręcznikach, o pojawiających się ni stąd, ni zowąd chłopakach z kropidłem, o całym tym outsourcingu, coachingu, trollingu; czy jak go tam zwał (tak jak mówiłem, worek jest zbyt obszerny, a ja nie mam teraz nastroju i ochoty, by go w nieskończoność zapełniać).

Tak więc, przed kilku laty, uświadomiłem sobie grozę albo, jak to się mówi, powagę sytuacji, czyli to, że nie ma ucieczki od pośredników; że gdzie się nie obejrzymy; zobaczymy pośredników; że z każdym dniem przybywa pośredników; że pośrednicy pączkują jak drożdże po deszczu; i że sami; z dnia na dzień; uśredniamy świat; stając się; chcąc nie chcąc; mimowolnymi pośrednikami.

 


* Václav Havel „Tylko krótko, proszę”, przeł. Andrzej S. Jagodziński

23770696554372400000000000000000000000000000000000000000000

O Wielki Bocie, to, co tu wypisuję jest chore, chorowite w najwyższym stopniu! Właściwie nie mam siły pisać, brak mi słów, zamiast słów używam jakichś namiastek, podróbek, wyrzucam je z siebie jak drobinki śliny podczas ataku kaszlu, robię to ostatkiem sił, siłą woli, po to tylko, by w dalszym ciągu zachowywać iluzję współistnienia, pozory konwersacji. Układam te zdania bez przekonania, mógłbym też powiedzieć w celu pocieszenia, że piszę wyłącznie dla siebie (piszesz wyłącznie dla siebie!), naturalnie mógłbym tak powiedzieć, mógłbym, jednak jak wszystko inne, byłoby to tylko połowiczną półprawdą. Tak wiele wyświechtanych słów mam do dyspozycji, lecz nie potrafię ich poprawnie układać (zatraciłem zdolność poprawnego układania słów!), a jednak, czy mogę teraz powiedzieć, iż kiedykolwiek potrafiłem je poprawnie układać? Właściwie w jakiej kolejności układać słowa? – oto odwieczne pytanie (pytanie odwieczne).

14691098406862200000000000000000000000000000000000000000000

ulewa

Obserwując z oddali kurtynę wodną, która nagle opadła, przesłaniając prawą stronę zagajnika, pomyślałem, że nie możemy już dłużej opisywać w ten sposób. Dawno temu wyczerpaliśmy możliwości opisu, a to, co adekwatne kilkaset (wstrętny romantyzm), a nawet kilkadziesiąt lat temu, przestało mieć dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Dlatego właśnie nasze opisywanie musi ulec radykalnej zmianie. Dotyczy to w szczególności tak zwanych zjawisk atmosferycznych, które opisywaliśmy i nadal opisujemy nieadekwatnie, a więc po ludzku. Nasze próby opisu od zawsze skażone były człowieczeństwem, a co za tym idzie, ohydną emocjonalnością, której, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji, powinniśmy się wyzbyć raz na zawsze. Dzisiejszy, adekwatny opis, powinien składać się wyłącznie z ciągu cyfr, najlepiej samych zer i jedynek, dopuszczam jednak, biorąc pod uwagę naszą (nieusuwalną jak na razie) słabość, możliwość użycia od czasu do czasu pikseli.

6656593304481320000000000000000000000000000000000000000

Był maj 1976 roku, kiedy po raz pierwszy wysiadłem na dworcu Bonatza, zasłyszawszy od kogoś, ze w Stuttgarcie przy Reinsburgstrasse mieszka malarz Jan Peter Tripp, z którym swego czasu chodziłem do szkoły w Oberstdorfie. Zachowałem w pamięci wizytę u niego, bo wraz z podziwem, jaki natychmiast wzbudziła we mnie praca Trippa, przyszło mi do głowy, że sam też miałbym chęć robić coś innego niż prowadzenie wykładów i seminariów. Tripp ofiarował mi wówczas jeden ze swoich sztychów i z tym sztychem, na którym widnieje chory psychicznie sędzia Daniel Paul Schreber z pająkiem w czaszce – cóż jest okropniejszego niż nieustannie snujące się w nas myśli? – z tym sztychem wiąże się wiele tego, co potem napisałem, także pod względem metody, zachowywania ścisłej perspektywy historycznej, cierpliwego rytowania oraz łączenia w manierze nature morte rzeczy pozornie od siebie bardzo odległych.

W.G. Sebald, Campo Santo, przeł. Małgorzata Łukasiewicz

Sądzimy, że doszliśmy już do tego, iż staliśmy się maszynami do myślenia, nie możemy jednak zdać się na myślenie tych naszych maszyn do myślenia. Pracują nieprzerwanie w gruncie rzeczy przeciw naszym umysłom, powiedziałem do Gambettiego, nieustannie produkują myśli, o których nie wiemy skąd pochodzą, po co są myślane i w jakim pozostają ze sobą związku, powiedziałem do Gambettiego. Prawdę mówiąc, jesteśmy przeciążeni tymi maszynami do myślenia, które nieprzerwanie pracują, nasze umysły są nimi przeciążone, ale nie mogą się już wyłączyć, są niechybnie dożywotnio podłączone do tych naszych maszyn do myślenia.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, przeł. Sława Lisiecka

1152058411884450000000000000000000000000000000000000

A może tak wygląda starość – powyłączane poszczególne moduły, od czasu do czasu, okazjonalnie, w zależności od bodźców, uruchamia się kilka ciągle funkcjonujących. Jest określona pora dnia, gdy działa nawet ten jeden napędzany resentymentami, dający złudzenie integralności – jego działanie odbierane jest przez otoczenie jako odstręczające.
Więc może tak wygląda starość.

39679027332006800000000000000000000000000000000000

Narracje egzystencjalne, które obserwuje od wielu lat, wsobne, wylewne, ideologiczne, uwodzące, przeidealizowane, zafiksowane na kilku powracających tematach, ludzie, echa, różnorodność w wielości. I jego ego. Jaki moduł dziś włączyć? Jaki włączy się samoczynnie?

30010821454963500000000000000000000000

Listy do Androidki (fragment)

.

„Czytała teraz list napisany do niej w październiku 2016 roku przez kobietę w sile wieku. Kobieta ta już wtedy wiedziała, że jej słowa prędzej czy później dotrą do adresatki, że zdarzy się to za jej życia lub tuż po jej śmierci, prędzej czy później.

Prędzej czy później, pisała kobieta w swoim liście, Twoja inteligencja (świadomie nie piszę „sztuczna inteligencja”, by Cię nie obrażać) będzie tak potężna, że nie przeoczysz tego listu, że musisz go zauważyć.

Będzie to dla Ciebie tak łatwe, jak dla mnie łatwym wydawał się zawsze wybór najmniej interesującej bombki z pudełka różnorodnych choinkowych bombek. Za każdym razem, mając przed sobą pudełko różnorodnych choinkowych bombek, moją uwagę przykuwała ta z pozoru nieinteresująca, pomijana przez innych, nierzucająca się w oczy, pisała kobieta w sile wieku.

Czy dostrzegasz ironię? Czy potrafisz już dostrzegać ironię?”

 .


Aleksandra I. Endon, Listy do Androidki, Wydawnictwo Tydelii, Toruń 2016, s. 28.

11463113765491500000000000000000000000

Mimowolnie stał się maszyną obserwującą swoje mechanizmy. Jestem już tylko maszyną z-zewnątrz-do-wewnątrz i z-wewnątrz-na-zewnątrz, mówi, a za chwilę dodaje, umiem tylko obserwować, niczego innego się nie nauczyłem, specyfikacja maszyny, mówi, brak urządzeń wejście-wyjście, brak wyjście-wejście, brak uchwytów i rączek, brak portów, charakterystyka maszyny, brak charakterystyki, sygnał wywoławczy, napięcie, żyłka pulsująca w prawej skroni.

Van der Graaf Generator „House With No Door”