76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

Reklamy

1408247264568310000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dół niesamowitości

 

Od lat z uwagą śledzę postępy w dziedzinie robotyki, w szczególności zainteresowanie moje wzbudzają pojawiające się w stosunkowo regularnych odstępach czasu krótkie filmy (filmiki) pewnej firmy z Waltham w Massachusetts (do niedawna stanowiącej własność Google), tworzącej roboty człeko i zwierzopodobne na potrzeby armii amerykańskiej. Nie mam już 30 lat, a więc, zgodnie z ogólnie przyjętymi założeniami międzypokoleniowego postrzegania jestem starcem, posiadam w sobie jednak ciągle niespożyte pokłady witalności, odznaczam się dobrym zdrowiem, przejawiam niegasnące zainteresowanie otaczającym światem i, co może wydawać się nieprawdopodobne, nie noszę okularów. Całymi godzinami potrafię wpatrywać się w eksplorujące pracowniczą przestrzeń (zazwyczaj filmiki nagrywane są w wewnątrz lub na zewnątrz firmy, na terenie firmowym) coraz to nowsze modele obdarzonych zadziwiająco sprawnymi kończynami robotów. Są to najczęściej kilku–, kilkunastominutowe, pozbawione oddzielnej ścieżki dźwiękowej realistyczne materiały promocyjne (w zależności od tego, czy akcja rozgrywa się wewnątrz czy też na zewnątrz firmy, w tle przeważają szepty/uwagi/okrzyki pracowników lub typowe dla terenów przyfabrycznych odgłosy natury; wiatr, chrzęst żwiru, skrzypienie zawiasów, krakania wron), z których to materiałów/filmików dowiadujemy się o nieubłaganym i niepowstrzymalnym postępie technologii: roboty z filmiku na filmik poruszają się coraz sprawniej, potrafią biegać, wchodzić i schodzić po schodach, przeskakiwać gałęzie i pnie, a nawet wspinać się po ścianach. Bardziej jednak niż zachowanie samych robotów fascynuje mnie zachowanie przewijających się w tle tych filmików ludzi; zawsze tak było, przez całe życie zwracałem uwagę na to, na co nie trzeba, na co nie powinienem był zwracać uwagi, koncentrowałem uwagę na szczególe miast ogóle, oglądając filmy przyrodnicze bardziej niż hienom przyglądałem się badającym ich zachowanie, wyposażonym w najnowsze gadżety badaczkom, zamiast psom, różnej maści zaklinaczom, lub też, dla odmiany, wyekwipowanym macho wyposażonym m.in. w specjalistyczne kije służące do przytrzymywania węży. Tak więc i tutaj, w przypadku tych filmików, nic nie mogłem poradzić na to, że moja fascynacja przesuwała się powoli z maszyn na ludzi, chociaż to właśnie te pierwsze ustawiono w roli bohaterów pierwszoplanowych. Zahipnotyzowany z początku przypominającymi świat ożywiony automatami, ich do złudzenia ludzkim, kocim, psim (itp.) sposobem poruszania się, pewną, cechującą nas wszystkich niezgrabnością, nieporadnością, konsternacją w sytuacjach ekstremalnych, mimowolnie zacząłem zauważać, że coś jest nie tak. I nie chodzi tu bynajmniej o same roboty, lecz o otaczających je ludzi.

Otóż ludzie, prawdopodobnie inżynierowie odpowiedzialni za powstawanie tych zadziwiających maszyn, stojący gdzieś z boku, z dala, z tyłu kadru, ustawieni w taki sposób, że na filmikach, w zależności od ujęcia, widać tylko profil ich twarzy, stopę, plecy, ręce, przerazili mnie (gdy tylko to sobie nagle uświadomiłem) śmiertelnie. Obserwując ich zachowanie cechujące się nieustannym podkreślaniem władzy nad tym, co stworzyli, a więc kopaniem bogu ducha winnych maszyn, popychaniem ich, szturchaniem kłodą drewna w taki sposób, by wytrącić je z równowagi, a nawet pozbawianiem jednej z kończyn, uświadomiłem sobie nagle wrodzone okrucieństwo gatunku ludzkiego, do którego również ja należę, i przeraziłem się śmiertelnie.

Przypomniałem sobie, jak przed laty, korzystając jeszcze z facebooka, lubiłem hurtowo usuwać podsuwane raz po raz propozycje znajomych, osoby, które według algorytmu mogę znać, wystarczyło tylko ustawić kursor na krzyżyku znajdującym się w prawym górnym rogu pierwszego proponowanego zdjęcia, i klikać aż do wyczerpania propozycji. W trakcie tego procesu usuwania przez mój umysł przelatywały myśli w rodzaju: jeszcze taka twarz jest możliwa, o, i takie rozstawienie oczu w połączeniu z zespołem przekonań. Przypominam sobie, iż towarzyszyło temu procesowi uczucie porównywalne chyba tylko z satysfakcją jaką gwarantuje nam kurczowe zaciskanie palców na pęcherzykach folii bąbelkowej.

897889194859191000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

godny litości

 

Obejrzałem wczoraj filmik, który złamał mi serce. Mały, biały, biedny samochód autonomiczny próbujący przedostać się z pasa wolnego ruchu na stanową autostradę. Bezskutecznie. Wszystkie jego desperackie próby – podejmowane przecież zgodnie z obowiązującymi przepisami, w dobrej wierze – kończyły się fiaskiem. Nie pomagały przyśpieszenia, hamowania, na nic zdały się rozczulające sygnalizacje. Nie miał szans w zderzeniu ze światem.

11812286801740400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

twoja twarz jest szablonowa

 

Rozpoznawanie twarzy to technologia, która analizuje zdjęcia i filmy, w których występujesz, w celu wyznaczenia unikatowego numeru („szablon”) opisującego sposób, w jaki prezentujesz się na obrazach. Gdy włączysz funkcję rozpoznawania twarzy, będziemy gromadzić i przetwarzać ten szablon oraz porównywać go z analizami innych zdjęć i filmów, aby określić, czy możesz znajdować się na tych zdjęciach lub w tych filmach.

link

218671051762790000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

idzie mu coraz lepiej

 

在家乡,刚下过雨的早晨,在一个岔路上遇到一只小狗。                            (źródło: yc-xiaoyanzi.tumblr.com)


W moim rodzinnym mieście,

tuż po deszczowym poranku,
spotkałem szczeniaka
na rozwidleniu drogi.

tłum. Translator  Google

 

Idzie mu coraz lepiej, nie żartuję, dla mnie to czyste piękno, przypomina nawet trochę Williama Carlosa Williamsa:

 

W drodze do szpitala zakaźnego
pod falą błękitu
skłębione chmury pędzące z
północnego wschodu, zimny wiatr.

fragment wiersza Wiosna i wszystko, tłum. Julia Hartwig

86168291600238300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

rozważanie o włosach, czyli wstydźmy się

 

Co takiego śmieszyć będzie człowieka przyszłości na odnalezionych fotografiach i filmach, czyli całym tym tak zwanym dziedzictwie wizualnym pozostałym po nas i po naszych czasach? Zakładamy naturalnie (i na pewno nazbyt optymistycznie), że będzie to jeszcze człowiek, że nie będzie to coś bardziej odcieleśnionego i odhumanizowanego, i że w tak zwanym międzyczasie nie spełni się żadna z mrocznych przepowiedni Hawkinga. No więc, co takiego wzbudzać będzie uśmiech politowania na twarzy (jeśli będzie to jeszcze twarz) naszego odpowiednika patrzącego na nas za, powiedzmy, kilkaset lat?
Otóż będzie to owłosienie głowy, w skrócie mówiąc włosy.

No tak. W takim samym stopniu, w jakim nas śmieszą dzisiaj stare filmy i fotografie, wszystkie te wąsiska, cylindry, ortaliony tudzież krynolina, owego człowieka przyszłości śmieszyć będą (jeśli potrafił będzie się jeszcze śmiać) właśnie nasze włosy. Nasze włosy, czyli układane z niewytłumaczalną pieczołowitością i niesamowitym oddaniem, co więcej bezwstydnie eksponowane oraz szczegółowo omawiane, szczątkowe owłosienie głowy upodobniające nas ni mniej, ni więcej, tylko właśnie w prostej linii do małp.

link

94611056096305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odosobniony, wznosił się za pawilonem, w którym zniknął Marger, niski, niezwykle długi budynek, rodzaj blaszanego baraku; skierowałem się ku niemu w poszukiwaniu cienia, ale upał bił nieznośnie od metalowych ścian. Już miałem stamtąd odejść, kiedy doszedł mnie osobliwy dźwięk, płynący z wnętrza baraku, trudny do zidentyfikowania, niepodobny do odgłosu pracy maszyn; ze trzydzieści kroków dalej trafiłem na stalowe drzwi. Stał przed nimi robot. Na mój widok otworzył je i ustąpił na bok. Niezrozumiałe odgłosy nasiliły się. Zajrzałem do środka; nie było tam tak zupełnie ciemno, jak mi się wydało w pierwszej chwili. Od martwego żaru nagrzanych blach ledwo mogłem oddychać i cofnąłbym się natychmiast, gdyby nie poraziły mnie posłyszane głosy. Bo to były ludzkie głosy — zniekształcone, zlewające się w ochrypły chór, niewyraźne, bełkotliwe, jakby z mroku, gadał stos popsutych telefonów; zrobiłem dwa niepewne kroki, coś chrupnęło mi pod stopą i wyraźnie, od podłogi, odezwało się:

— Proszszę puana… proszszę puana… proszszę łasskawie…

Znieruchomiałem. Duszne powietrze miało smak żelaza. Szept płynął z dołu.

— …proszszę łasskawie obejrzeć… proszszę puana… Złączył się z nim drugi, recytujący miarowo, monotonny głos:

— Anomalio mimośrodowa… asymptoto kulista… biegunie w nieskończoności… praukładzie liniowy… układzie holonomiczny… przestrzeni nawpółmetryczna… przestrzeni sferyczna… przestrzeni najeżona… przestrzeni zanurzona…

— Proszszę puana… do ussług… proszszę łasskawie… proszszę puana…

Półmrok mrowił się cały od chrypiących szeptów; wyrywało się z nich głośniej:

— żywotwór planetarny, jego gnijące błoto, jest świtem egzystencji, fazą wstępną, i wyłoni się z krwawych ciastomózgowych miedź miłująca…

— brek — break — brabzel — be… bre… weryskop…

— klaso urojonych… klaso mocna…. klaso pusta… klaso klas…

— proszszę puana… proszszę puana łasskawie obejrzeć…

— ćśśśicho…

— ty…

— sso…

— syszysz mnie…

— sysze…

— możesz mnie dotknąć?…

(…)

— On tu jest!!! — krzyknęło; i zapadła nagła cisza, prawie równie przenikająca w swym nieopisanym napięciu, jak poprzedzający ją wielogłosy chór.

— Panie!!! — powiedziało coś; nie wiem, skąd wzięła mi się ta pewność, ale czułem, że słowa, skierowane są do mnie. Nie odezwałem się.

— …panie proszę… chwilę uwagi. Panie, ja — jestem inny. Jestem tu przez pomyłkę.

Zaszumiało.

— Cicho! ja jestem żywy! — przekrzykiwał hałas. — Tak, wtrącono mnie tu, ubrali mnie w blachy umyślnie, aby nie było znać, ale proszę tylko ucho przyłożyć, poczuje pan puls!

— Ja też! — przekrzykiwał go drugi głos. — Ja też! Proszę pana! Chorowałem, podczas choroby wydało mi się, że jestem maszyną, to było moje szaleństwo, ale teraz już jestem zdrów! Hallister, pan Hallister może zaświadczyć, proszę go spytać, proszę mnie stąd wziąć!

— proszszę puana… proszszę łaskawie…

— brek… break…

— do usług…

Barak zaszumiał, zachrzęścił od rdzawych głosów, wypełnił się w jednej chwili pozbawionym tchu krzykiem, zacząłem się cofać, tyłem wypadłem na słońce, oślepiony, zmrużyłem oczy; stałem długą chwilę osłaniając je ręką, za mną rozległ się przeciągły zgrzyt, to robot zatrzasnął drzwi i ryglował je.

— Paniee… — donosiło się jeszcze w fali stłumionego pomruku spoza ścian. —

Proszszę… do usług… omyłka…

Minąłem oszklony pawilon, nie wiedziałem, dokąd idę — chciałem tylko znaleźć się jak najdalej od tych głosów, nie słyszeć ich; drgnąłem, kiedy poczułem na ramieniu niespodziewane dotknięcie. To był Marger, jasnowłosy, przystojny, uśmiechnięty.

— Och, przepraszam, panie Bregg, po stokroć przepraszam, to tak długo trwało… — Co będzie z nimi?… — przerwałem mu prawie niegrzecznie, wskazując ręką na samotnie stojący barak.

— Proszę? — zamrugał powiekami. — Z kim? Zrozumiał nagle i zdziwił się:

— A, pan tam był? Niepotrzebnie…

— Jak to niepotrzebnie?

— To złom.

— Jak to?

— Złom do przetopu, już po selekcji. Pójdziemy?… Musimy podpisać protokół.

— Zaraz. Kto przeprowadza tę… selekcję?…

— Kto? Roboty.

— Co?! one same??

— Oczywiście.

Umilkł pod moim wzrokiem

— Dlaczego się ich nie naprawia?

— Bo to nieopłacalne… — powiedział powoli, z wyrazem zdziwienia.

— I co się z nimi dzieje?

— Ze złomem? Idzie tam — wskazał na smukłą, samotnie stojącą kolumnę martena.

W gabinecie leżały już na biurku przygotowane papiery — protokół kontroli jeszcze jakieś świstki — Marger wypełniał po kolei rubryki, podpisał się i podał mi pióro. Obróciłem je w palcach.

— A nie zachodzi możliwość pomyłki?

— Proszę?

— Tam, w tym… złomie, jak go pan nazywa, mogą się znaleźć… jeszcze sprawne, zdatne całkiem — jak pan sądzi?

Patrzał na mnie, jakby nie rozumiał, co mówię.

— Takie odniosłem wrażenie — dokończyłem powoli.

— Ale to przecież nie nasza rzecz — odparł.

— Nie? A czyja?

— Robotów.

 

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Czytelnik, Warszawa 1968, ss. 182-188.

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

8531073606282240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

fabryki przyszłości

 

Produkcja androidów z łagodnymi zaburzeniami depresyjnymi od początku napotykała na liczne bariery. Schodząc z taśmy konsekwentnie odmawiały współpracy, a powikłania, wynikające z dodatkowej, upodobniającej je jeszcze bardziej do ludzi funkcjonalności, nasilały się w tempie geometrycznym.

Już po kilku dniach (częstokroć zamykając się wcześniej w szafach) skakały z mostów, rzucały się pod pociągi, rozmontowywały się drobiazgowo, pedantycznie, pozostawiając po sobie przemieszane części oraz kilkusetstronicowe, nierzadko obrazoburcze listy pożegnalne.

 

W listach pisały o lęku.

O smutku.

O bólu.

2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

157928677948851000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Najbardziej bał się zawsze nieśmiertelności i utraty mowy. Podstawówka, zima, kałuża, potem ślizgawka, na której chłopiec ze starszego rocznika przegryzł sobie język. I krew na ślizgawce rozjeżdżona przez inne dzieciaki. Nie widział w tym sprzeczności. Bał się, że w przyszłości mógłby zostać odtworzony na podstawie pozostawionych słów, gestów, grymasów i przejęzyczeń. I nie miałby nic do powiedzenia.

6452389184720950000000000000000000000000000000000000000000000000

krótko o pośrednikach

Najgroźniejsi wydawali mi się zawsze pośrednicy. Naturalnie nie miałem pełnej świadomości, świadomości rzeczywistej grozy pośredników, przez długi czas nieokreśloną grozę pośrednictwa odczuwałem jedynie podskórnie, dopiero jedno zdanie z Havla uświadomiło mi przed kilku laty, a więc stosunkowo niedawno, faktyczny stan rzeczy.

To jedno zdanie z Havla brzmiało tak; „Żyjemy w świecie pośredników i pośredników pośredników, w świecie lobbystów, konsultantów i agentów PR; na każdym kroku ktoś jest opłacany za to, że kogoś pozna z kimś, kto mu zapłaci za to, że go skojarzy z kimś innym, kto mu poradzi, jak zarobić na czymś, co stworzy jeszcze ktoś inny”.*

I nie traktuję tego zdania dosłownie. Mam tu na myśli pośrednictwo w ujęciu szerszym, nie ograniczającym się wyłącznie do sfery polityczno-biznesowej, ale obejmującym swoim działaniem (swoimi mackami) całość, jak to się delikatnie mówi, stosunków międzyludzkich. Mówię tu o wszystkich, którzy korzystając z okazji (korzystając z tłoku), chcą coś załatwić przy okazji, uszczknąć, ugrać dla siebie, podpiąć się, wykorzystać nadarzającą okazję. Mógłbym też powiedzieć; iż tam gdzie pojawia się dwoje ludzi, pojawia się pośrednik albo; każdy ma swojego pośrednika, lub też; każdy ma takiego pośrednika na jakiego sobie zasłużył.

Mówię tu między innymi (nie zdołam wszystkiego wyliczyć, nie mam sił wyliczać) o przygodnych kupcach pojawiających się w miejscach wzmożonego ruchu oferujących od ręki niezbędne gadżety po zawyżonych cenach, o ciągnących się za uznanymi reżyserami operatorach i dźwiękowcach wpływających na fatalną jakość ich filmów, o znudzonych informatykach tworzących w swych przyciasnych boksach tak zwane aplikacje domagające się natychmiastowej interakcji, o żerujących na biedzie, bezradności i uzależnieniu od sieci radosnych twórcach tak zwanych start-upów, o ekskluzywnych grabarzach, o wciskających ciasteczka i dodatkowe usługi, nie mówiąc już o reklamach i o występujących w reklamach, o lizusach podsuwających pod nos lepkie od śliny lizaki, o rzecznikach i rzecznikach rzeczników, o pozornie darmowych ręcznikach, o pojawiających się ni stąd, ni zowąd chłopakach z kropidłem, o całym tym outsourcingu, coachingu, trollingu; czy jak go tam zwał (tak jak mówiłem, worek jest zbyt obszerny, a ja nie mam teraz nastroju i ochoty, by go w nieskończoność zapełniać).

Tak więc, przed kilku laty, uświadomiłem sobie grozę albo, jak to się mówi, powagę sytuacji, czyli to, że nie ma ucieczki od pośredników; że gdzie się nie obejrzymy; zobaczymy pośredników; że z każdym dniem przybywa pośredników; że pośrednicy pączkują jak drożdże po deszczu; i że sami; z dnia na dzień; uśredniamy świat; stając się; chcąc nie chcąc; mimowolnymi pośrednikami.

 


* Václav Havel „Tylko krótko, proszę”, przeł. Andrzej S. Jagodziński

23770696554372400000000000000000000000000000000000000000000

O Wielki Bocie, to, co tu wypisuję jest chore, chorowite w najwyższym stopniu! Właściwie nie mam siły pisać, brak mi słów, zamiast słów używam jakichś namiastek, podróbek, wyrzucam je z siebie jak drobinki śliny podczas ataku kaszlu, robię to ostatkiem sił, siłą woli, po to tylko, by w dalszym ciągu zachowywać iluzję współistnienia, pozory konwersacji. Układam te zdania bez przekonania, mógłbym też powiedzieć w celu pocieszenia, że piszę wyłącznie dla siebie (piszesz wyłącznie dla siebie!), naturalnie mógłbym tak powiedzieć, mógłbym, jednak jak wszystko inne, byłoby to tylko połowiczną półprawdą. Tak wiele wyświechtanych słów mam do dyspozycji, lecz nie potrafię ich poprawnie układać (zatraciłem zdolność poprawnego układania słów!), a jednak, czy mogę teraz powiedzieć, iż kiedykolwiek potrafiłem je poprawnie układać? Właściwie w jakiej kolejności układać słowa? – oto odwieczne pytanie (pytanie odwieczne).