4109266378488060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Będąc dzieckiem zbyt często marzyłem o tym, żeby już tylko lecieć w skrojonej na miarę moich skromnych potrzeb rakietce wystrzelonej, ot tak, bez celu, w Kosmos, oddalającej się z każdym dniem od Matki Ziemi. Wyobrażałem sobie wtedy siebie siedzącego przed zaparowanym okienkiem, oddalonego i oddalającego się jednocześnie od wszystkiego, w skupieniu obserwującego próżnię. Dzisiaj, kiedy od wielu lat znajduję się w tym położeniu, wyglądając od czasu do czasu przez okno, myślę, że moje marzenia chyba się ziściły.

Dzisiaj więc, kiedy już tak dobrze rozumiem spiralę dni, w której się obracam, w której obracam się i obracam jak bezwolna figurka wyjęta z baletu triadycznego Oskara Schlemmera, kiedy całymi dniami lewituję i ożywiam się dopiero po północy, by umieścić swoją głowę w imadle, by uciszyć myślenie, by wykluczyć wspomnienia, natłok wspomnień dobijający się od wewnątrz, od środka, walący, mówiąc głośno łomocący w poszycie mojej czaszki, dzisiaj więc, kiedy już rozumiem, zbyt dobrze rozumiem, że muszę, tak, tak, muszę pisać, codziennie, niewiele, choćby kilka zdań, nie oglądając się na nic – dzisiaj więc piszę.

Doskonale pamiętam jak któregoś dnia uświadomiono mi mimochodem, że popełniam niewybaczalny karygodny błąd mówiąc „na dworzu” zamiast „na dworze” (dwór-dworze dwór-dworze pamiętaj), dotąd zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, iż mówienie „na dworzu” jest niewybaczalnym karygodnym błędem, zamiast „na dworze” mówiłem „na dworzu”, popełniając niewybaczalny karygodny błąd. W domu od zawsze mówiono „na dworzu”, matka mówiła „na dworzu”, ojciec mówił „na dworzu”, siostry mówiły „na dworzu”, do tej pory tak mówią. I natychmiast przypomniałem sobie wszystkie sytuacje, wszystkie zapamiętane sytuacje z poczekalni i z pracy, spotkania w kręgu byłych znajomych i toczące się tam rozmowy tudzież wszystkie oficjalne oraz nieoficjalne rozmowy odbyte w tak zwane cztery oczy, kiedy za każdym razem zamiast „na dworzu” mówiłem „na dworze”, ośmieszając się, popełniając niewybaczalny karygodny błąd.

Mam stosunkowo małą czaszkę, która idealnie pasuje do moich dłoni.

 

Reklamy

20649058376862900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

definicja

 

Zaś jeśli chodzi o pracę, o ile sobie teraz dobrze przypomina, to zawsze w pośpiechu. Wieczny pośpiech odwiecznie kojarzący się z pracą, co jest nonsensem. Każda praca, którą wykonywał, była zatem nonsensem. Praca w pośpiechu, z pośpiechem, dla pośpiechu (pojawia się nawet akord) w żadnym razie nie może być określana mianem pracy. Stosowne słowo robota.

11098672708526900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

19 sierpnia

 

Lubiłem patrzeć jak kładą asfalt. Podchodziłem najbliżej jak tylko się dało, by poczuć żar. Lubiłem zapach świeżo kładzionego asfaltu, idealną błyszczącą wyrównującą stal walca, postęp, krzątaninę robotników. Wydawało mi się, że wystarczy zaasfaltować cały świat, a wszystko będzie odtąd proste i gładkie.

78478930303301300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Przeoczyłem tegoroczne przesilenie, jednocześnie natychmiast uzmysłowiłem sobie, że dawno temu, również w czerwcu, pisywałem tego typu koszmarne, fatalne wiersze, i teraz wcale tego nie żałuję:

 

Więdnięcia

Nie przeżyjemy nadchodzącej zimy.
To raczej niemożliwe.

Dzień się skraca.

Już się zaczęło
wszystko
i bezmyślnie trwa.

Dosłownie można to sobie
tłumaczyć uwarunkowaniami
Realiów.

Tak samo ma w końcu swoje
trzy minuty,
dwa wymiary,
jednak w tak fałszywy sposób
nie potrafię ich opisać.

Lubię padać na wznak,
oglądać drobiny kurzu
przez pryzmat
Okoliczności.

32913358638779000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Przypomniałem sobie (tego nie mówiłem), że jako dzieciak wolałem rozrzucone. Lubiłem żółty piach i pozostawione w nieładzie płyty chodnikowe (obietnica wiecznej zabawy). Potem to tracimy, wolimy uporządkowane, solidne i na miejscu. To naturalnie banalne spostrzeżenie, ale dopiero wczoraj przyszło mi do głowy.

Przypomniałem sobie również, że bardzo chciałem być poetą. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, iż prawdziwy poeta powinien własnoręcznie wytatuować sobie na ciele swój pierwszy wiersz, by już do końca życia pamiętać jak bardzo bolą słowa i jak szybko się dezaktualizują.

46314638123912600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

z jednej gliny

     prawdziwym detektywom

 

To ja byłem tym dobrym
i ja byłem złym.
Dwaj w jednym,
co by nie mówić.
.

.
(brainardiana)  

Pamiętam, że słyszałem Blues White Sióstr zamiast Blue Suede Shoes.
Pamiętam, że mój szkolny kolega, który kochał się w Tanicie Tikaram, wyglądał jak Tanita Tikaram.
Pamiętam Vibovit. Pamiętam Visolvit.

 

cud narodzin

Aby było zdrowe.

 

 

985864329041133000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dwie książki

 

Wczoraj w nocy, tuż przed snem, przypomniałem sobie dwie książki formacyjne, a właściwie widmowe zarysy ich okładek (nie potrafię odnaleźć w sieci). Po pierwszą z nich (przetrzebioną i bez okładki) sięgam teraz, by przytoczyć; autora: W. Jan, tytuł: „Statek fenicki”, wydawnictwo: „Prasa  wojskowa”, nakład: 15 tys. egzemplarzy. Książka ukazała się w 1950 roku (wydanie drugie, uzupełnione i poprawione), przełożona została z rosyjskiego przez Martę Malicką i opatrzona rysunkami art. mal. W. Bechtiejewa. Odnalazłem ją szybko, naturalnie bez kartki, na której znajdował się alfabet fenicki, a którą wtedy wyrwałem, przyciąłem w ząbki na ojcowskiej obcinarce do zdjęć i ukryłem w trawie pod tamtym domem, zabezpieczywszy dołek szkłem i pokrzywami. Zrobiłem tak, gdyż sądziłem, że zawiera w sobie największą tajemnicę ludzkości.
Druga z książek, zatytułowana „Raku”, po której nie pozostał żaden materialny ślad, posiadająca (z tego co pamiętam) więcej zdjęć niż treści, opowiadała o (teraz to wiem) japońskiej technologii wypalania ceramiki w warunkach naturalnych, o której to technologii przekazywał wiedzę grupce dzieci (w praktyce) nauczyciel. Pamiętam, że całe to milczące, odziane w kurty i palta towarzystwo snuło się po jesiennych łąkach i polach, przysiadając od czasu do czasu to tu, to tam przed skleconymi naprędce z kamieni i cegieł prymitywnymi piecami, w których płonął czerwono-żółty ogień. Pamiętam, że było tam dużo ziemi, dymu, gliny, liści i kontrastujących z tym wszystkim żywych kolorów.

2464593359921180000000000000000000000000000000000000000000000000

„Każdy powinien znaleźć sobie język mniejszy, dialekt, a raczej idiolekt, w oparciu na którym umniejszościowi swój własny większościowy język. W tym tkwi siła autorów zwanych przez nas »mniejszymi«*, a którzy są zarazem największymi, jedynymi wielkimi (T. Bernhard! – przyp. mój**): w konieczności podbicia własnego języka, innymi słowy, osiągnięcia owej oszczędności w używaniu języka większościowego, pozwalającej wprawić go w stan stałego odmieniania (przeciwieństwo regionalizmu)”.

Gilles Deleuze, Felix Guattari,  Tysiąc plateau, tłum. S. Królak, P. Laskowski, M. Janik, Warszawa 2015, s. 124.

 


*Pamiętam szok, jakiego doznałem, gdy dowiedziałem się, że istnieje cudzysłów niemiecki.

 **Pamiętam, że czytałem „przyp. autora” jako „przypływ autora”. Do dziś tak czytam.