348147399115490000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dzień lekcyjny

Przypomniała mi się sala gimnastyczna, właściwie salka z pnącymi się pod sam sufit sczerniałymi drabinkami i piecem kaflowym, na podłodze rozłożono już maty. Wyposażenie stosunkowo ubogie; skrzynia gimnastyczna czteropiętrowa (niesłusznie mylona z koniem) i kozioł. W takiej skrzyni można się schować, wystarczy zdjąć wieko przypominające trumnę, potrzebne są do tego jednak dodatkowe osoby. Usiłowałem przypomnieć sobie dalsze szczegóły, na szczęście opamiętałem się w porę; przypomniałem sobie bowiem, iż chodzi przecież tylko o kwas deoksyrybonukleinowy, to on jest najważniejszy. Wszystko, co się dzieje (losy świata, cywilizacje, indywidualne historie) jest tylko pochodną (nie mylić z pochodnią) istnienia kwasu deoksyrybonukleinowego, gwarantem jego przetrwania.

 

 

PS

Bo na dworze robi się zimo i wieje.

 

Reklamy

132980473367242000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wycinanka

dla Marcina

                                                                                                               

Zobaczyłem na zdjęciu konia ciągnącego wóz i od razu przyszedł mi na myśl tort. Można się uśmiechnąć, śmiech jest bardzo zdrowy i czasami wystarczy się po prostu uśmiechnąć, równie dobrze można jednak posłuchać tej historii do końca.

Tort to pogłos, retrospekcja, jak zwał tak zwał, w każdym razie rzecz dzieje się kilkadziesiąt lat temu w małym nikczemnym miasteczku, jest piękny wiosenny dzień, jeden z tych niezapomnianych i ja i moi szkolni koledzy jesteśmy po lekcjach. Ulicą, obłe, postrzępione bloki krawężników, oślepianą raz po raz przez ogłupiałe od nadmiaru szczęścia słońce sunie chłopska furmanka. Dzień jest chyba targowy,

chociaż niekoniecznie (w tamtym czasie był to częsty widok, dopiero z dnia na dzień wszystko niepostrzeżenie wyewoluuje w mechaniczne formy, obsypie się, zmieni upierzenie albo ulegnie atrofii). Krzyś, który idzie obok mnie z takim samym tornistrem na plecach (wszystkie dzieciaki na zakończenie przedszkola dostały takie same tornistry z głową kota, któremu odklejały się powieki), dusi coś w sobie, widzę to po jego twarzy (ściągnięte brwi, zaciśnięte szczęki), by wreszcie, kiedy trafnie dobierze w myślach najwłaściwsze słowa, wyartykułować coś, co sprawi, że odtąd, ilekroć w dalszym swoim życiu, czy to na filmie, czy na fotografii (bo już przecież nie w naturze) ujrzę zaprzężonego do furmanki konia – będę widział tort:

– Każdemu koniowi ciągnącemu wóz powinno dawać się w nagrodę tort.

 

link

 

Dlaczego przytaczam tę historię? Tak jak mówiłem, zobaczyłem na zdjęciu konia ciągnącego wóz i od razu przyszedł mi na myśl tort, mógłbym jeszcze dodać, że Jurek (teraz Jerzy) słusznie zauważa, iż konie nie jedzą tortów, ale to nie miało dla mnie wtedy najmniejszego znaczenia. Rozumiałem Krzysia, lubił podjeść, a tort był dla niego największą nagrodą. Krzyś miał po prostu złote serce.

Złote serce. Dobre sobie! Skąd mi to nagle przyszło do głowy? Gdy tylko słyszę sformułowanie złote serce, chce mi się rzygać. Dosłownie.

Złote serce. Łee, nie chcę.

 

Bo przytaczam tę historię także z innego powodu, mógłbym powiedzieć teraz: ku przestrodze, dość powiedzieć, że niczego w świecie nienawidzę bardziej od metafory serca, która już od małego wydawała mi się sztuczna, podejrzana, zalatywała jakąś kruchtą, romantycznym uniesieniem, jednym słowem obrzydliwością. Jeszcze dzisiaj (w XXI wieku!) można, jeśli się tylko czyta jeszcze ludzkie wiersze, natknąć się na tego typu skuchę dyskwalifikującą już w przedbiegach ich autorkę/autora.

Krzysztof jest teraz wziętym neurochirurgiem i nie wiem, czy pamięta o torcie.

Ja natomiast pamiętam. Pamiętam wszystko, niepotrzebnie pamiętam, wywlekam na światło dzienne jakieś szczeniackie historie, chociaż od dekad nie mam ze sobą tamtym, kilkuletnim absolutnie nic wspólnego. Jego mózg, zatrzymany na wczesnym etapie rozwoju mózg dziecięcy, ma się do mojego, po części obrosłego w nowe połączenia synaptyczne, po części skorodowanego już niestety, dorosłego mózgu, jak przysłowiowa pięść do nosa. Jego sposób myślenia, postrzegania świata, rodzaj wrażliwości, różnią się radykalnie od tego w jaki sposób ja myślę, ja postrzegam, jaką ja mam drażliwość i pasują do mnie jak tort do twarzy.

Przechowujemy w pamięci resztki, pozostałości z naszego dzieciństwa i przywiązujemy do nich nadmierną uwagę. Opowiadamy jakieś szczeniackie historie, które nijak się mają do nas samych zmęczonych i starych. Wywołujemy z pamięci duchy dzieciaków, którymi kiedyś byliśmy, chociaż od wieków nie mamy ze swoim dzieciństwem nic wspólnego. Posiadamy w pamięci śmietnik, z którego od czasu do czasu wywlekamy na światło dzienne przeterminowane ciasta, którym przyglądamy się potem z niezdrowym upodobaniem.

4109266378488060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Będąc dzieckiem zbyt często marzyłem o tym, żeby już tylko lecieć w skrojonej na miarę moich skromnych potrzeb rakietce wystrzelonej, ot tak, bez celu, w Kosmos, oddalającej się z każdym dniem od Matki Ziemi. Wyobrażałem sobie wtedy siebie siedzącego przed zaparowanym okienkiem, oddalonego i oddalającego się jednocześnie od wszystkiego, w skupieniu obserwującego próżnię. Dzisiaj, kiedy od wielu lat znajduję się w tym położeniu, wyglądając od czasu do czasu przez okno, myślę, że moje marzenia chyba się ziściły.

Dzisiaj więc, kiedy już tak dobrze rozumiem spiralę dni, w której się obracam, w której obracam się i obracam jak bezwolna figurka wyjęta z baletu triadycznego Oskara Schlemmera, kiedy całymi dniami lewituję i ożywiam się dopiero po północy, by umieścić swoją głowę w imadle, by uciszyć myślenie, by wykluczyć wspomnienia, natłok wspomnień dobijający się od wewnątrz, od środka, walący, mówiąc głośno łomocący w poszycie mojej czaszki, dzisiaj więc, kiedy już rozumiem, zbyt dobrze rozumiem, że muszę, tak, tak, muszę pisać, codziennie, niewiele, choćby kilka zdań, nie oglądając się na nic – dzisiaj więc piszę.

Doskonale pamiętam jak któregoś dnia uświadomiono mi mimochodem, że popełniam niewybaczalny karygodny błąd mówiąc „na dworzu” zamiast „na dworze” (dwór-dworze dwór-dworze pamiętaj), dotąd zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, iż mówienie „na dworzu” jest niewybaczalnym karygodnym błędem, zamiast „na dworze” mówiłem „na dworzu”, popełniając niewybaczalny karygodny błąd. W domu od zawsze mówiono „na dworzu”, matka mówiła „na dworzu”, ojciec mówił „na dworzu”, siostry mówiły „na dworzu”, do tej pory tak mówią. I natychmiast przypomniałem sobie wszystkie sytuacje, wszystkie zapamiętane sytuacje z poczekalni i z pracy, spotkania w kręgu byłych znajomych i toczące się tam rozmowy tudzież wszystkie oficjalne oraz nieoficjalne rozmowy odbyte w tak zwane cztery oczy, kiedy za każdym razem zamiast „na dworzu” mówiłem „na dworze”, ośmieszając się, popełniając niewybaczalny karygodny błąd.

Mam stosunkowo małą czaszkę, która idealnie pasuje do moich dłoni.