32913358638779000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Przypomniałem sobie (tego nie mówiłem), że jako dzieciak wolałem rozrzucone. Lubiłem żółty piach i pozostawione w nieładzie płyty chodnikowe (obietnica wiecznej zabawy). Potem to tracimy, wolimy uporządkowane, solidne i na miejscu. To naturalnie banalne spostrzeżenie, ale dopiero wczoraj przyszło mi do głowy.

Przypomniałem sobie również, że bardzo chciałem być poetą. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, iż prawdziwy poeta powinien własnoręcznie wytatuować sobie na ciele swój pierwszy wiersz, by już do końca życia pamiętać jak bardzo bolą słowa i jak szybko się dezaktualizują.

Reklamy

46314638123912600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

z jednej gliny

     prawdziwym detektywom

 

To ja byłem tym dobrym
i ja byłem złym.
Dwaj w jednym,
co by nie mówić.
.

.
(brainardiana)  

Pamiętam, że słyszałem Blues White Sióstr zamiast Blue Suede Shoes.
Pamiętam, że mój szkolny kolega, który kochał się w Tanicie Tikaram, wyglądał jak Tanita Tikaram.
Pamiętam Vibovit. Pamiętam Visolvit.

 

cud narodzin

Aby było zdrowe.

 

 

985864329041133000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dwie książki

 

Wczoraj w nocy, tuż przed snem, przypomniałem sobie dwie książki formacyjne, a właściwie widmowe zarysy ich okładek (nie potrafię odnaleźć w sieci). Po pierwszą z nich (przetrzebioną i bez okładki) sięgam teraz, by przytoczyć; autora: W. Jan, tytuł: „Statek fenicki”, wydawnictwo: „Prasa  wojskowa”, nakład: 15 tys. egzemplarzy. Książka ukazała się w 1950 roku (wydanie drugie, uzupełnione i poprawione), przełożona została z rosyjskiego przez Martę Malicką i opatrzona rysunkami art. mal. W. Bechtiejewa. Odnalazłem ją szybko, naturalnie bez kartki, na której znajdował się alfabet fenicki, a którą wtedy wyrwałem, przyciąłem w ząbki na ojcowskiej obcinarce do zdjęć i ukryłem w trawie pod tamtym domem, zabezpieczywszy dołek szkłem i pokrzywami. Zrobiłem tak, gdyż sądziłem, że zawiera w sobie największą tajemnicę ludzkości.
Druga z książek, zatytułowana „Raku”, po której nie pozostał żaden materialny ślad, posiadająca (z tego co pamiętam) więcej zdjęć niż treści, opowiadała o (teraz to wiem) japońskiej technologii wypalania ceramiki w warunkach naturalnych, o której to technologii przekazywał wiedzę grupce dzieci (w praktyce) nauczyciel. Pamiętam, że całe to milczące, odziane w kurty i palta towarzystwo snuło się po jesiennych łąkach i polach, przysiadając od czasu do czasu to tu, to tam przed skleconymi naprędce z kamieni i cegieł prymitywnymi piecami, w których płonął czerwono-żółty ogień. Pamiętam, że było tam dużo ziemi, dymu, gliny, liści i kontrastujących z tym wszystkim żywych kolorów.

2464593359921180000000000000000000000000000000000000000000000000

„Każdy powinien znaleźć sobie język mniejszy, dialekt, a raczej idiolekt, w oparciu na którym umniejszościowi swój własny większościowy język. W tym tkwi siła autorów zwanych przez nas »mniejszymi«*, a którzy są zarazem największymi, jedynymi wielkimi (T. Bernhard! – przyp. mój**): w konieczności podbicia własnego języka, innymi słowy, osiągnięcia owej oszczędności w używaniu języka większościowego, pozwalającej wprawić go w stan stałego odmieniania (przeciwieństwo regionalizmu)”.

Gilles Deleuze, Felix Guattari,  Tysiąc plateau, tłum. S. Królak, P. Laskowski, M. Janik, Warszawa 2015, s. 124.

 


*Pamiętam szok, jakiego doznałem, gdy dowiedziałem się, że istnieje cudzysłów niemiecki.

 **Pamiętam, że czytałem „przyp. autora” jako „przypływ autora”. Do dziś tak czytam.