4585371016945310000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Cały czas obserwowałem z mojego okna na górze, z Höllerowskiej mansardy, jak Höller w swojej pracowni na dole wypycha olbrzymiego czarnego ptaka, wpychał w ptaka coraz więcej waty, myślałem, obserwowałem go z tego miejsca bardzo przydatnego do obserwacji tego typu, tak długo, aż ptak został całkowicie wypchany, a więc stałem bez ruchu co najmniej pół godziny, aż zobaczyłem, że Höller wypchał już ptaka całkowicie. Naraz Höller rzucił tego wypchanego ptaka na ziemię, zerwał się na nogi i wybiegł na zaplecze pracowni, nie widziałem go wprawdzie, ale czekałem, obserwując pracownię, dopóki ponownie nie spostrzegłem Höllera, wrócił i znowu usiadł w fotelu i znów zaczął wypychać ptaka, obok Höllera widziałem teraz na podłodze olbrzymią stertę waty, pomyślałem, że Höller stopniowo wepchnie tę olbrzymią stertę waty w tego, jak pierwotnie sądziłem, już całkowicie wypchanego ptaka. Noc jest dla niego znośna tylko dlatego, że wypycha tego ptaka, pomyślałem. Jeszcze o północy wciąż był zajęty wypychaniem ptaka. A ja wciąż zastanawiałem się, jaki to ptak, jeszcze nie widziałem takiego olbrzymiego i równie czarnego ptaka, myślałem, i że jest to chyba jakiś gatunek tutaj się niepojawiający, z zagranicy, zastanawiałem się, czy nie zejść na dół, do Höllera do pracowni, i nie zapytać go, jaki to gatunek ptaka. Możliwe, że jest to tak zwany ptak egzotyczny, że jeden z zamożniejszych myśliwych z doliny, z tych urodzajnych terenów, myśliwych, którzy bardzo często wyjeżdżają na polowania za granicę i do zamorskich krajów, przywiózł go stamtąd, z Ameryki Południowej lub z Afryki, z jaką niewiarygodną energią Höller wypychał teraz ptaka watą, nie wyobrażałem sobie, że w ptaku może być tyle miejsca na watę (…)”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

 

1751455877444440000000000000000000000000000000000000000000000000000000

maszyna z reading

„(…) pojechałem więc do Reading, do zaprzyjaźnionego ze mną, jak i z Roithamerem, nauczyciela, pracującego nad konstrukcją maszyny, do dziś nie wiem dokładnie, co to za maszyna, choć on, jej konstruktor, całymi latami wtajemniczał mnie w konstrukcję owej maszyny, również Roithamer nie wiedział, co to takiego, ta Maszyna z Reading (…)”

Thomas Bernhard „Korekta”, tłum. Marek Kędzierski

413462646668428000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Przed dwoma laty na rogu zaułka Moulins-Gemeaux i ulicy Tournebride mały bezwstydny sklepik wystawiał jeszcze reklamę Tu-pu-nez, środka owadobójczego. Prosperował w czasach, gdy handlarze głośno polecali sztokfisza na placu Świętej Cecylii, i miał sto lat. Nieczęsto myto szyby wystawowe: poprzez kurz i parę z trudem dało się rozróżnić tłum małych postaci z wosku, ubranych w kaftany płomiennego koloru, a wyobrażających szczury i myszy.
Zwierzęta wychodziły na ląd z ogromnego statku, podpierając się laskami; ledwo dotknęły ziemi, a już wieśniaczka ubrana kokieteryjnie, ale sina i czarna od brudu, zmuszała je do ucieczki skrapiając Tu-pu-ez’em. Bardzo lubiłem ten sklepik, miał wygląd uparty i cyniczny, o dwa kroki od najdroższego kościoła Francji przypominał z bezczelnością o prawach robactwa i brudu”.

Jean-Paul Sartre „Mdłości”, przeł. Jacek Trznadel

37281903592600900000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jak sporządzić sobie Ciało bez Organów?

CbO sporządzone jest w taki sposób, że zajmować, zaludniać je mogą wyłącznie intensywności. Tylko intensywności przecinają i krążą. CbO nie jest sceną, miejscem, a nawet podłożem, na którym coś by się działo. CbO przepuszcza, przewodzi intensywności, wytwarza je i rozmieszcza w pewnym spatium, które samo ma intensywny, nierozciągły charakter. Nie jest przestrzenią ani nie mieści się w przestrzeni, jest materią zajmującą przestrzeń w danym stopniu – stopniu odpowiadającym wytworzonym intensywnościom. Jest intensywną materią, nieuformowaną, nieuwarstwioną, intensywną matrycą, o intensywności = o, w tym zerze jednak nie ma nic negatywnego, nie istnieją bowiem intensywności negatywne ani przeciwne.

(…)

Chodzi o to, by przysposobić sobie ciało bez organów, tam, gdzie przepływają intensywności, które sprawiają, że znika i „ja”, i inny, nie w imię jakiejś przewyższającej je ogólności, jakiegoś szerszego zasięgu, lecz dzięki osobliwościom, których nie sposób już określić mianem osobowych.

Gilles Deleuze, Felix Guattari, Tysiąc plateau, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, ss. 183-184, 187-188.

14240420007076700000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Jeżeli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, nie donoszone, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyławiamy i rekonstruujemy, aż zaczynamy widzieć całe miłości, całe zdrady i klęski, chociaż naprawdę jesteśmy cząstkowi, byle jacy. Nasze twarze, nasze losy urabia statystyka, jesteśmy wypadkową ruchów brownowskich, ludzie to niedokończone szkice, przypadkowo zarysowane projekty. Perfekcja, pełnia, doskonałość — to rzadki Wyjątek, zdarzający się tylko dlatego, że wszystkiego jest tak niesłychanie, niewyobrażalnie wiele! Olbrzymiość świata, nieprzeliczalna jego mnogość jest automatycznym regulatorem codziennej zwyczajności, dzięki niej uzupełniają się pozornie luki i wyrwy, myśl dla własnego zbawienia odnajduje i scala odległe fragmenty. Religia, filozofia są klejem, wciąż składamy i zbieramy rozpełzające się w statystykę ochłapy, żeby je złożyć w sens, jak w dzwon naszej chwały, żeby odezwały się jednym, jedynym głosem! Tymczasem jest tylko zupa. Matematyczny ład świata to nasza modlitwa do piramidy chaosu. Na wszystkie strony wystają kawałki życia poza znaczenia, które ustaliliśmy jako jedyne, a my nie chcemy, nie chcemy tego widzieć! Tymczasem istnieje tylko statystyka”.

Stanisław Lem „Śledztwo”

359579325206583000000000000000000000000000000000000000000000000

„Wiedziałem, że wszystko zawsze, jak to się mówi, rozwiązuje się samo przez się i że nie warto zastanawiać się nad tym w przypadkach, które powszechnie nazywa się najtrudniejszymi (…)
Wiemy, że wszystko załatwi się samo przez się, nigdy jednak temu nie dowierzamy, zawsze to lekceważąc i zamieniamy swój umysł w piekło”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

84885164052257300000000000000000000000000000000000000000000000

„Właśnie dlatego drzewo tak cię fascynuje, zadziwia i daje odprężenie; dlatego że jego kora, gałęzie, liście są bezsporne bezspornością nieoczekiwaną i wolną od wszelkich oczekiwań. Może właśnie dlatego nigdy nie zabierasz na spacer żadnego psa, bo pies na ciebie patrzy, o coś cię błaga, coś do ciebie mówi. Jego oczy pełne wilgotnej wdzięczności, jego miny zbitego psa, skoki radosnego psa, nieustannie zmuszają cię do nadawania mu podłego statusu domowego zwierzęcia. Wobec psa nie możesz być obojętny, nie bardziej niż wobec człowieka. Za to nigdy nie wdasz się w dialog z drzewem. Nie mógłbyś żyć obok psa, ponieważ pies w każdej chwili będzie się domagał, abyś dał mu żyć, abyś go karmił, głaskał, był dla niego człowiekiem, stał się jego panem, gromowładnym bogiem, którego jedno pieskie słowo psa ukorzy. A drzewo o nic nie prosi. Możesz być sobie bogiem psów, bogiem kotów, bogiem biedaków, wystarczy ci smycz, płucka, trochę grosza, ale nigdy nie będziesz panem drzewa. Sam zechcesz stać się drzewem”.

Georges Perec „Człowiek, który śpi”, przeł. Anna Wasilewska

1806885656323800000000000000000000000000000000000000000000000

„Całe życie byłem oszustem. Nie przesadzam. Właściwie wszystko robię po to, żeby wykreować pewne wrażenie w oczach innych ludzi. Głównie po to, żeby mnie lubili lub podziwiali. No, może jest to nieco bardziej skomplikowane. Ale jak się doskrobać do sedna, to chodzi mi o to, żeby mnie lubili, kochali. Podziwiali, akceptowali, oklaskiwali, co kto chce. Kapujesz. W szkole szło mi dobrze, ale w głębi serca motywowała mnie nie chęć uczenia się czy doskonalenia, tylko osiągania dobrych wyników, dobrych stopni i sukcesów sportowych. Zależało mi na dobrym świadectwie czy indeksie, żeby pokazywać je ludziom. Nie bardzo mnie to cieszyło, bo stale się bałem, że nie pójdzie mi dostatecznie dobrze. Z tego strachu pracowałem naprawdę ciężko, więc zawsze szło mi dobrze i osiągałem to, co chciałem. Tylko że jak już dostałem ten najlepszy stopień, zwyciężyłem na szczeblu miasta albo namówiłem Angelę Mead, żeby mi pozwoliła dotknąć cycka, nie czułem nic specjalnego, najwyżej lęk, że drugi raz mi się to nie uda. To znaczy przy następnej okazji. Pamiętam, jak siedzieliśmy z Angelą Mead w kanciapie u niej w basemencie i wsadziłem jej rękę pod bluzkę, nie czując nawet miękkiej żywotności czy czego tam jej piersi, ponieważ cały czas myślałem sobie: »Teraz jestem facetem, któremu Mead pozwala się obmacywać«. Później wydawało mi się to bardzo smutne. To było w szkole średniej. Angela Mead była serdeczną, cichą, powściągliwą, myślącą dziewczyną – teraz jest weterynarzem z prywatną praktyką – ale ja jej nigdy naprawdę nie widziałem, nie widziałem nic poza tym, kim mogę być w jej oczach, w oczach tej cheerleaderki, jednej z dwóch czy trzech najatrakcyjniejszych w szkole dziewczyn z tamtego rocznika. Była zresztą kimś znacznie więcej, kimś ponad gównianym rankingiem popularności, ale ja w niej tego nie dostrzegałem, chociaż bardzo udatnie udawałem, że jestem kimś, kto umie prowadzić głębokie rozmowy i naprawdę chce się dowiedzieć, zrozumieć, kim ona jest w środku.

(…)

Odkrycie pierwszego paradoksu w wieku lat dziewiętnastu uświadomiło mi tylko, jakim płytkim oszustem jestem od mniej więcej czwartego roku życia, kiedy to okłamałem swojego przybranego ojca, bo zrozumiałem jakoś tak w połowie jego pytania, czy to ja stłukłem misę, że jeśli odpowiem, że tak, ale »wyznam« to w sposób niezdarny i mało wiarygodny, ojciec mi nie uwierzy i będzie pewien, że to moja siostra Fern, biologiczna córka moich przybranych rodziców, jest winna rozbicia zabytkowej szklanej misy Mosera, którą moja przybrana matka odziedziczyła po swojej biologicznej babce i kochała nade wszystko, a w dodatku skłoniłoby to ojca do widzenia we mnie dobrego przyrodniego braciszka, który osłania Fern (naprawdę ją lubiłem) przed kłopotami i gotów skłamać, by przyjąć na siebie karę”.

David Foster Wallace, Stary, dobry neon, [W:] Niepamięć, przeł. Jolanta Kozak, ss. 192-193, 201.

1116716749392770000000000000000000000000000000000000000000000

„W rezultacie tamten samotny, koszmarny panel pojawił się w oknie jako chwilowy peryferyjny błysk horrendalnej sceny, tak jak pojedyncze horrendalne przebłyski pojawiają się w złych snach – a prędkość, z jaką się pojawiają i znikają, i brak czasu na nabranie do nich dystansu, na przetrawienie tego, co się widzi, na wplecenie tego obrazu w tkankę całego snu, czyni przeżycie jeszcze gorszym i często takie błyskawiczne, peryferyjne mignięcie czegoś wyrwanego z kontekstu i straszliwego może stanowić najbardziej przerażającą część koszmaru, tę część, która najżywiej zostaje w pamięci i wraca w wyobraźni w dziwnych chwilach, na przykład kiedy szorujesz zęby albo wyjmujesz z szafki pudełko muesli na przekąskę, i znów wytrąca cię z równowagi, pewnie dlatego, że przez tę swoją momentalność we śnie zmusiło twój mózg do podświadomego nawracania do tego obrazu, żeby go jakoś rozgryźć lub inkorporować”.

David Foster Wallace, Dusza to nie jest kuźnia, [W:] Niepamięć, przeł. Jolanta Kozak, Warszawa 2017, ss. 130-131.

73822750993122700000000000000000000000000000000000000000

odzew na dowolne hasło

Usłyszał głos czyjś w otchłani bezosobowego wzroku, wpijającego się w niego z zabójczym pytaniem, na które odpowiedzi znaleźć nie mógł. Czuł się tak, jak gdyby nie obkuł się dostatecznie do egzaminu. A głos ten mówił szybko, bełkotliwie — było to zdanie z tego snu: „mieduwalszczycy skarmią na widok czarnego beata, buwaja piecyty”.

 S.I. Witkiewicz, „Nienasycenie”

28197781736352800000000000000000000000000000000000000000

Okej, więcej nie dostaniesz. Tak sobie myślę (a nie jestem w tym myśleniu odosobniona), że ludzie w celu obrony przed światem zamykają się z czasem w przegródkach specjalistycznej wiedzy i przesądów, ograniczają do wyuczonego fachu i tego, co za płotem, raz na zawsze formatują swe mózgi, by już do końca życia nie zezwolić na odstępstwa. Ty, mój drogi, musiałeś już chyba na bardzo wczesnym etapie młodości sformatować swój mózg; to znaczy ograniczyłeś swoje myślenie wyłącznie do literatury (w najwęższym tego słowa znaczeniu), i teraz nie potrafisz myśleć inaczej niż literacko (niepełnie, nieściśle, najwęziej), stąd właśnie twój bełkot.

 Iza

 PS
(napisałam monolog)

17427187520417100000000000000000000000000000000000000000

Stanowczo żądam, żebyś nie wysyłała mi więcej tych swoich zdjęć – naprawdę nie interesuje mnie to jak wyglądasz, apoteozowane przez ogłupiałą współczesność trywialne atrybuty cielesności nie interesują mnie zupełnie. Dlatego napisz coś odręcznie – najlepiej wiersz, opowiadanie i krótką powieść. Chcę zobaczyć jak piszesz.

 Tristan

6656593304481320000000000000000000000000000000000000000

„Sądzimy, że doszliśmy już do tego, iż staliśmy się maszynami do myślenia, nie możemy jednak zdać się na myślenie tych naszych maszyn do myślenia. Pracują nieprzerwanie w gruncie rzeczy przeciw naszym umysłom, powiedziałem do Gambettiego, nieustannie produkują myśli, o których nie wiemy skąd pochodzą, po co są myślane i w jakim pozostają ze sobą związku, powiedziałem do Gambettiego. Prawdę mówiąc, jesteśmy przeciążeni tymi maszynami do myślenia, które nieprzerwanie pracują, nasze umysły są nimi przeciążone, ale nie mogą się już wyłączyć, są niechybnie dożywotnio podłączone do tych naszych maszyn do myślenia”.

Thomas Bernhard, „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka