21976735970058000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

31 mija

 

I znów to święto. W porę tropnąłem się jednak (ogarnąłem się?), że moja reakcja na nie byłaby teraz kolejnym pustym gestem, charakterystycznym dla mojego układu nerwowo-odpornościowego tikiem, irytującym również coraz bardziej mnie samego samonapędzającym się słowopędnym lejtmotywem wywoływanym rokrocznie przez takie właśnie, a nie inne cykliczne punkty zapalne, do których na zasadzie bodziec-reakcja bezwiednie powraca mój mózg, i dlatego właśnie w tym roku postanowiłem pominąć je milczeniem. Absurdalność wymaga od nas absurdalności. Cóż, takie czasy. Postanawiam zatem zachować cierpliwość i spokój, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, iż od dziecka sutanna działa na mnie jak płachta na byka – i niech tak zostanie. Moją główną cechą jest złośliwość, zaraz potem niewdzięczność, z natury jestem złośliwy, zaraz potem niewdzięczny, a dodatkowo niesłychanie wprost wściekły na otaczające nas od lat realia. Mówiąc jeszcze inaczej, nie chcemy być przecież jak radio Zet dbające dwadzieścia cztery godziny na dobę o podtrzymywanie bełkotliwego, otumaniającego przekazu, gdzie nawet wiadomości (wiadomości radia Zet) co chwila przerywane są wstawkami w rodzaju  t o s ą w i a d o m o ś c i r a d i a Z e t, a to tylko po to, aby zgromadzeni przy odbiornikach nie zasłuchali się aby za bardzo i nie zaczęli za dużo myśleć.

Reklamy

1981641046217180000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

utensylia

 

Nie być sobą, ograniczyć się do przepływu intensywności, łatwo powiedzieć. Zapomnieć o sobie, o wymaganiach ja, teoretyzujmy sobie, teoretyzujmy panie miły, terroryzujmy.

Wszystko drażni. Każde słowo, każdy ukośnik, przecinek, ogonek wzbudza irrytację.

289117532242004000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

20180524

 

Zakładam śmieszne skarpetki, bo tylko takie mam pod ręką (i tak nikt mnie nie widzi), rozpoczynając ten dzień refleksją dotyczącą sposobu funkcjonowania pamięci. Zasypiając byłem niemal pewien – przywiązujemy zbyt dużą wagę do konstytuujących wspomnień, powracamy do nich maniakalnie, upierając się przy tym, iż należą do nas (i tylko do nas), podczas gdy tak naprawdę mogłyby one należeć do dowolnie wybranej, przypadkowej osoby. Czepiamy się jak rzep naszych pierwszych wspomnień, nadajemy im nie wiem jakie znaczenie, nawiązując przy tym do okresu szkolnego, przedszkolnego, przywołując nieustannnie otaczające nas wówczas nieznośne bachory oraz całe grono pedagogiczne, podczas gdy tak naprawdę nie mamy już z nimi wszystkimi od kilkudziesięciu lat nic wspólnego, poza tym, że codziennie do nich powracamy, powodując, że niemal zrastają się z nami, właśnie z nami, a więc z tymi (a nie z innymi), którzy przez przypadek, czy tam ślepe zrządzenie losu, do nich bez przerwy powracają. Jakim trzeba być kretynem, myślę, by zaprojektować tego typu skarpetki, pomarańczowe, z okalającym palce paskiem czerni oraz dodatkowym, biegnącym po ich zewnętrznej stronie a kończącym się nierówno na pięcie.

 

36684474316080900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

30 marca 2018

 

Dzisiaj, powodowany potrzebą skrupulatnej dokumentacji, nie wiedzieć po co zapisuje, że z ulgą skończył wreszcie czytać przygnębiającą książkę o rybach.

Dokładnie trzy lata wcześniej z satysfakcją odnotowywał, iż po raz nie wie który udało mu się wprowadzić facebooka w błąd; widzę to wyraźnie po jego reakcjach – skrobał w swoim pamiętniczku – zupełnie mnie nie rozumie, wyświetlając chybione reklamy, propozycje grup i stron o architekturze, gekonach orzęsionych i terrariach.

780874387080162000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

18 marca 2018

 

Według mnie nie ma czegoś takiego jak starzenie. To tylko lustra, inni oraz fotografie utwierdzają nas w tym błędnym przekonaniu. Ja (na przykład) nie osiągnąłem wieku produkcyjnego, nigdy nie dorosłem do żadnej roli, zawsze czułem się głupi i naiwny. Tak jak teraz.

Wmawiamy sobie proces starzenia, aby bez szemrania wypełniać korporacyjne obowiązki, aby dojrzewać i zakładać rodziny, aby w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku w pełni korzystać z praw wyborczych, jednym słowem – umrzeć.

70411399558423400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mili wanili

 

– Jak byś określił nasze pokolenie? Jednym słowem.

– Nigdy nie miałem poczucia przynależności do jakiegokolwiek pokolenia. Przeciwnie, gdy inni robili to czy tamto, ja starałem się robić coś wręcz odwrotnego; dla zasady, w ramach przekory, żeby wkurwić i tym podobne.

– Zobacz, jak na tym wyszedłeś…

– Poza tym niedobrze mi się robi, kiedy słyszę te zmyślne, unifikujące określenia, powstałe tylko po to, by dorabiać lepsze i głupsze, szczytne poczytne teorie.

– Ale na pewno, gdybyś dobrze poszukał, znalazłbyś jakieś charakterystyczne cechy, wyodrębniające obyczaje, wspólne zainteresowania…

– Lubiłem lody.

– Jakie?

– Waniliowe.

– O! To tak jak ja!

– Więc już mam: vanilliowcy.

 

26894761435868400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Hillman zwracał uwagę, że depresja, nerwica, wściekłość czy rozpacz, są często jak najbardziej adekwatnymi reakcjami na to, co dzieje się w świecie. Psychoterapia i psychiatria próbują „zrzucić” wszystko na pacjenta, próbują „umieścić” jego problemy wyłącznie w jego wnętrzu – tymczasem coraz częściej chora bywa tak naprawdę rzeczywistość polityczna i społeczna (a nawet estetyczna – czasami przygnębienie może wywoływać po prostu brzydota miasta, w którym się mieszka). W tym sensie psychoterapia – uważał Hillman – może służyć konserwowaniu zastanego porządku politycznego i społecznego. Może być – nawet nie zdając sobie z tego sprawy – klasycznym „opium dla ludu”. Dlatego właśnie w połowie lat 80. Hillman przestał prowadzić indywidualną terapię, argumentując to tym, że nie jednostki, ale kultura i cywilizacja Zachodu wymagają gruntownej terapii.

Tomasz Stawiszyński

 

Są takie chwile, kiedy z rolki papieru toaletowego patrzy na nas pantera śnieżna, a my mamy minę lisa tybetańskiego. Dzieje się tak najczęściej po zapoznaniu się z aktualnościami dotyczącymi wydarzeń z kraju i ze świata. Co wtedy robić?

Słuchać podcastów Pana Tomasza!

37845458344187300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Bo każde wejście tam było uruchomieniem pewnego sposobu myślenia, a nie chciał myśleć w ten sposób. Muzeum twarzy uszeregowanych według  jasnego, narzuconego kryterium. Zestaw przewidywalnych bodźców oddziałujących z przewidywalnych stron, echo, echo, ego. Wyświetlany w pierwszej kolejności format odstręczającego rozbawienia. Dlatego nie wchodzi.

8934100808864830000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

16 stycznia

 

Intensywny styczeń. Staram się czytać jak najwięcej, by jak najmniej myśleć i, broń Bocie, niczego nie pisać, co, jak widać na załączonym blogu, nie do końca mi się udaje. Wiele dyletanckich (wynikających z mojej niewiedzy) odkryć, wiele nowych pojęć (neurony babcine!), wiele pozytywnych obrazków determinujących mi dni. Kilka ożywczych przemilczeń.

117533612915925000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

3 stycznia

 

…natłok myśli i głupich pomysłów. Fizycznie lepiej. Muszę wykonać dzisiaj dziesięć pompek i dziesięć skłonów.

2018?, postanowiłem nie pisać tutaj, że coś postanawiam, bo to takie banalne. A jednak:

postanowiłem w tym roku mniej się bać, zadowalać się fragmentem (nie drążyć), być bardziej, dłużej ze sobą (i po swojej stronie), odpowiadać sobie na wszystkie pytania, mówić do siebie łagodniej.

10597999265301500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

27 grudnia
.

Oglądałem wczoraj film o niedźwiedziach polarnych. Żadna idylla. Wszystko tam rozmarzło i nie wiedziały co ze sobą zrobić. Wariowały. Wspinały się na jakieś półki skalne i atakowały ptaki w gniazdach, przepływały setki kilometrów, by dotrzeć do wysp, na których również nie znajdowały właściwego pożywienia. Leżały potem w pełnym słońcu, oganiając się przed robactwem, nie mogąc zasnąć. To młode, które umierały.

Stare osobniki wypracowały sposób na przetrwanie. Po prostu nic nie jadły. Nic a nic, aby nie zaburzać metabolizmu, by organizm żywił się jedynie zgromadzonym tłuszczem. Podobno znajdowały się wtedy w jakimś półśnie. Tak funkcjonowały.

A dziś jestem taki choromański. Przez te niedźwiedzie choromańskie miałem sny.

1595161992684660000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

7 listopada

 

Polubić siebie. Ale czy polubić nieprzewidywalność i bezwład, prostactwo i złość? Polubić, polubić. Polubić, póki nie jest za późno.
Lecz nie polubić – bo tak wypada, polubić – bo można, bo istnieje możliwość polubienia i należy z niej skorzystać, choćby za cenę wyrzutów.
Polubić, a nie pisać mi tu w nieskończoność o niemożności polubienia! Nie rozpisywać się! Nie filozofować! Polubić raz dwa! Ot tak.