39043184998122300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jazda

 

A kiedyś tak mu kubicowałem… Pamiętam dobrze, w tamtym mieszkaniu, z tą leżanką, kiedy oglądanie go było jedyną rzeczą nie sprawiającą mi bólu. Te dwie godziny wyrwane z codzienności, podczas których o wszystkim zapominałem, koncentrując się precyzyjnie na jeździe…

A jak miał wypadek… Wkurzyło mnie to niemiłosiernie. Pragnąłem wtedy mocno, żeby wygrał, zaciskałem kciuki, a on miał se po prostu wypadek = i te nogi wystające z bolidu. Wstań! – wrzeszczałem, wstań i jedź! Zróbcie coś do jasnej cholery! Obudźcie go! Przecież może jeszcze jechać! Dawaj, dawaj, jeszcze nie wszystko stracone!

I dziś do ostatniej chwili… te cholerne testy. To testowanie. Sranie w banie. Ten brak zaufania, jakby nie docierało do nich, że jest po prostu najlepszy. A wątpliwości w komentarzach?! W każdym komentarzu kurna jakaś wątpliwość, że to, że tamto. A ja wierzyłem! Do ostatniego przejazdu. Do ostatniej sekundy. I wykręcił.

Reklamy

3520521795081000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zgryz

 

Nie ma osób szczególnych, szczególnie dla nas. Wiążemy się z pewną wypadkową, medianą, rozsiewem statystycznym, który przy sprzyjających okolicznościach traktujemy wyjątkowo, sądząc, że był on nam, jak to się mówi, pisany. Bujda! Równie dobrze mógł on być zastąpiony zupełnie odmienną konfiguracją uśmiechów, stwierdzeń, uwodzących zasmuceń, westchnień, zmarszczek mimicznych, wypowiedzianych w porę zdań, pocałunków i tym podobnych cech, gestów tudzież zachowań przypisanych innej osobie. Przypadek, który z całym dobrodziejstwem inwentarza bierzemy za pewnik, kpi z nas za naszymi plecami – i to w żywe oczy. Drobne przesunięcia rysów twarzy, tu dodany pieprzyk, tam troszeczkę dłuższy nos, tutaj odmienna artykulacja, przebłysk inteligencji, elokwencja, puenta, tam figlarnie opadający za uchem kosmyk włosów, oczy – zamiast zielonych, brązowe, bardziej spiczasty dowcip albo wyższe czoło, to wszystko, zamiast tego, co już dobrze znamy, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, mogło przecież równie dobrze składać się na idealny (według nas) wizerunek osoby, z którą mogliśmy się związać, którą mogliśmy, jak to się mówi, kochać.

Najśmieszniejsze jest to, że sami również jesteśmy zastępowalni. Jesteśmy bardzo łatwo zastępowalni w swoim zrzędzeniu, skrzywieniach i monotematyczności.

link

1595161992684660000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

7 listopada

 

Polubić siebie. Ale czy polubić nieprzewidywalność i bezwład, prostactwo i złość? Polubić, polubić. Polubić, póki nie jest za późno.
Lecz nie polubić – bo tak wypada, polubić – bo można, bo istnieje możliwość polubienia i należy z niej skorzystać, choćby za cenę wyrzutów.
Polubić, a nie pisać mi tu w nieskończoność o niemożności polubienia! Nie rozpisywać się! Nie filozofować! Polubić raz dwa! Ot tak.

105451312200418000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

paluszki

 

Późną nocą kompulsywne przeglądanie portali. Wyposażony w dzban kawy, herbatniki i paluszki podążam za największymi bzdurami, które (taką mam nadzieję) doprowadzą mnie do świtu. Przeszedłem przez gąszcz testów. Przeprawiłem się przez morze quizów. Ściągnąłem nawet skarpetkę, tylko po to by przekonać się, co kształt prawej stopy zdradza na temat mojej osobowości.

 

„Płomienna stopa” albo „stopa Greka” – tak bywają określane stopy u ludzi, których drugi palec jest najdłuższy. Posiadacze tego typu stóp bywają impulsywni i wybuchowi. Nie oznacza to oczywiście, że trzeba chodzić wokół nich na paluszkach. Należy jednak mieć na uwadze, że to ich cecha charakteru i przesadnie nie brać sobie do serca ich kąśliwych uwag.

36138207717265900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Cuchnące kanały informacyjne, którymi codziennie dopychają się do jego uszu i oczu niestrawne treści. Ciągle te same nieobliczalne polityczne łby wyskakujące z konopi jak Flipy i Flapy ze swymi obmierzłymi gagami. Medialny swąd powtórzeń mimo zatkanego nosa. Nie potrafi się skupić. Z przerażeniem zauważa, że nie umie już nawet słuchać muzyki, nawet najpiękniejsze dźwięki natychmiast układają mu się w głowie w kakofonię.

link

793591407804151000000000000000000000000000000000000000000000000000

zsemiotyzuj się!

Nie wystarczy bredzić jak obłąkany. Każdy przypadek wymaga bowiem dokładnej oceny, czy mamy do czynienia z adaptacją jakiejś starej semiotyki, nową odmianą danej semiotyki mieszanej, czy też procesem tworzenia nieznanego jeszcze ustroju. Przykładowo, względnie łatwo jest odrzucić posługiwanie się zaimkiem „ja”, to jednak nie wystarczy, by wykroczyć poza ustój upodmiotowienia. I na odwrót, można nadal posługiwać się „ja” dla zabawy i przyjemności, a należeć już do innego ustroju, w którym zaimki osobowe funkcjonują wyłącznie w charakterze fikcji.

(…)

Przestań! Nudzisz mnie! Eksperymentuj, a nie oznaczaj, nie interpretuj! Znajdź sobie własne miejsca, własne terytorialności, własne deterytorializacje, własny ustrój, własne linie ujścia! Zsemiotyzuj się, zamiast szukać w swym zamkniętym już dzieciństwie i zachodniej semiologii!

Gilles Deleuze, Felix Guattari, Tysiąc plateau, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, ss. 166-167.

2464593359921180000000000000000000000000000000000000000000000000

„Każdy powinien znaleźć sobie język mniejszy, dialekt, a raczej idiolekt, w oparciu na którym umniejszościowi swój własny większościowy język. W tym tkwi siła autorów zwanych przez nas »mniejszymi«*, a którzy są zarazem największymi, jedynymi wielkimi (T. Bernhard! – przyp. mój**): w konieczności podbicia własnego języka, innymi słowy, osiągnięcia owej oszczędności w używaniu języka większościowego, pozwalającej wprawić go w stan stałego odmieniania (przeciwieństwo regionalizmu)”.

Gilles Deleuze, Felix Guattari,  Tysiąc plateau, tłum. S. Królak, P. Laskowski, M. Janik, Warszawa 2015, s. 124.

 


*Pamiętam szok, jakiego doznałem, gdy dowiedziałem się, że istnieje cudzysłów niemiecki.

 **Pamiętam, że czytałem „przyp. autora” jako „przypływ autora”. Do dziś tak czytam.