505406353675742000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Dzielę ludzi na aktywnych, stanowiących zdecydowaną większość, oraz na nieaktywnych, którzy znajdowali się, znajdują, znajdować się zawsze będą w zdecydowanej mniejszości. Ludzie aktywni aktywnie uczestniczą w życiu, znaczą teren, rozpychają się łokciami oraz bardzo chętnie wyrażają swoją opinię. Ludzie nieaktywni, stanowiący zdecydowaną mniejszość, to ludzie milczący, nie chcą oni uczestniczyć w życiu, które, nie oszukujmy się panie Mateuszu, jest bezustannym znaczeniem terenu, rozpychaniem się łokciami oraz wyrażaniem swojej opinii, najchętniej wycofaliby się oni z tak rozumianego życia, gdyby tylko istniała taka możliwość, ale niestety, jak obaj sami doskonale wiemy, nie ma takiej możliwości. Jaskrawym przykładem ludzi aktywnych są ludzie występujący w reklamach. Nie cierpię ludzi występujących w reklamach, wszystkich jak leci, wszystkich jak leci. Nie cierpię. Naprawdę nie wiem, skąd mi się to bierze panie Mateuszu, ale zawsze, kiedy widzę ludzi występujących w reklamach, chce mi się wyć. Dosłownie. Jakaż siła, pytam teraz siebie, pcha ludzi do występowania w reklamach? Co sprawia, że nie widzą oni w tym nic niestosownego? – pytam siebie, i nie znajduję odpowiedzi. Zaskoczony? Czym? Ja nigdy nie jestem zaskoczony, zadaję tylko podstawowe pytania i żądam natychmiastowej odpowiedzi. Zadaję teraz podstawowe, mógłbym powiedzieć równie dobrze pierwotne pytanie, i spodziewam się uzyskać na nie natychmiastową odpowiedź. Jakaż to siła pcha ludzi do występowania w reklamach? Pytam. Proszę odpowiedzieć. Przykro mi, naprawdę bardzo mi przykro, ale nie sądzę, że są oni na tyle nieświadomi, iż nie zdają sobie sprawy z procederu, w którym uczestniczą, iż nie mają o nim zielonego lub jako takiego pojęcia, przeciwnie, sądzę, że ludzie występujący w reklamach mają jaskrawozielone tudzież jak najbardziej sprecyzowane pojęcie na temat swoich niecnych występków w reklamach: ogłupić pozostałych ludzi i zachowywać się dalej tak, jak gdyby nic się nie stało, oto ich dewiza, wystąpić w reklamie, nawciskać kitu, wrócić do swych zajęć. I te uśmiechy. Naturalnie wymuszone… Wiem, wiem, widzę to teraz po panu – proszę nie odwracać głowy! – mówiąc nie cierpię, automatycznie naraziłem się na pańską nienawiść, ale niech mi pan wierzy panie Mateuszu, nie dbam o to. Dosłownie.
Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, czuję się bardziej stanowczy, wręcz radykalny, wydaje mi się, że z podwiniętymi rękawami mógłbym zmieszać z błotem cały świat, ale wystarczy chwila nieuwagi, wystarczy, że rękawy odwiną się samoczynnie, a już jestem chronicznie nieśmiały. Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, mniej siebie obwiniam panie Mateuszu, ale czy pan potrafi to zrozumieć? Czy ktokolwiek może zrozumieć to, co dzieje się w moim umyśle, kiedy mam podwinięte rękawy/kiedy moje rękawy nie są podwinięte?

Reklamy

17407131716929800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Był bardzo długi okres, kiedy to starałem się nie oglądać swojej twarzy. Trwało to, bo ja wiem, ze dwa lata. Unikałem przede wszystkim luster, ale też kałuż, szyb autobusowych, witryn sklepowych, jednym słowem szkła. Naturalnie zdarzały się chwile, gdy przez niedopatrzenie popełniałem nagle jakiś błąd i dostrzegałem na ułamek sekundy,  gdzieś tam po drugiej stronie, swoje odbicie, błyskawicznie zamieniałem wtedy spojrzenie na to przymglone i zapominałem o sprawie. Pamiętam jak któregoś dnia w  pracy zobaczyłem swoją postać uchwyconą przypadkowo na filmie. Nie mogłem się nadziwić, że ten pokraczny, łysawy człowieczek to właśnie ja, a gdy tak zwany mędrzec salowy, jakich pełno w każdej korporacji, odburknął, że tak jest zawsze, i zmienił nagle temat, chyba właśnie wtedy, tak, właśnie wtedy zaczęło rodzić się we mnie podejrzenie.

21302556278029900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kotor

 

Wyrastał jak spod ziemi, siadywał na brzegu ścieżki i patrzył głęboko w oczy. Żal o coś? Skarga? Protest? Zapominałem o nim na długie miesiące, prawdopodobnie zawsze musiały nadejść najbardziej upalne dni, by pojawił się ponownie. Zawsze w tym samym miejscu i w tym samym wieku, ile mógł mieć? – zawsze tyle samo, niedużo. Czarny, cierpliwy, między klonem a śmietnikiem, ukazywał się wtedy, kiedy nie miałem już siły, w tym samym miejscu, w tej samej pozie (przednie łapki złączone), w jego zachowaniu ukryta była niema groźba, że jeśli tylko zachce, zaraz udrapnie albo przebiegnie mi drogę.

Na ścianie śmietnika, od strony ścieżki, namalowałem mu portret, żeby już nie zapomnieć.

 


Jeszcze nie tak dawno stałem przed tym opowiadaniem z niewytłumaczalnym uczuciem czegoś na kształt rysującego się coraz wyraźniej rozwiązania, wyjaśnienia, zastanawiałem się nad kontynuacją, rozważałem w którą pójść stronę, widziałem tyle możliwości. Z tego co usłyszałem; w domu nerwowość M., spowodowana po części jakimiś narzucanymi sobie w celu zagłuszania myśli dodatkowymi pracami (wywrócona drabinka), po części ich pobytem (drugi tydzień), a po części upałem.

57535841731394300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zawsze i wszędzie szukałem ludzi podobnych do mnie i nigdy nie mogłem ich znaleźć. Przez całe życie rozpaczliwie rozglądałem się na boki za ludźmi przypominającymi mnie choćby w najmniejszym stopniu, a jednak nigdy nie dane mi było nikogo takiego dostrzec. Przez całe życie rozpaczliwie rozglądamy się na boki, kręcimy głową we wszystkie świata strony, zatrzymujemy nagle, teraz, nieoczekiwanie, robimy minę i obracamy gwałtownie na pięcie, lecz ani po bokach, ani za plecami, ani w ogóle nigdzie nie dostrzegamy nikogo.

26069711619248300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jestem odbiornikiem, powiedział nagle Benno, odbieram na wszystkich falach, dostępne fale: długie, krótkie, ultrakrótkie, fale słów i oceanów, fale świetlne, dosłowne i przenośne, widzialne/niewidzialne, fale-loki, ultrafiolet we włosach, wzburzony rentgen i gamma, buczenie mikrofalówki, pędzące fale fale fale rozbijające się jak bańki, wielkie mydlane bańki rozbijające się o ortęć świata. Po północy przestaję przetwarzać wiadomości regionalne, mózg lepi się od brudu, rzęzi na zwolnionych obrotach, tylko się usnąć. Siedem sposobów na lepsze tańsze, ten steps tu mejk to i tamto, hordy, mordy, kleszcze, albo niech pan spojrzy na to brunatne aż bordowe, wpadające w czerń. Dlatego wybieram zielone. Przez resztę życia patrzeć na zielone, wpatrywać się w zielone, w zielonym szukać ukojenia, to moje najnowsze postanowienie, postanowienie powzięte dziś rano, powiedział Benno. Jak bardzo zaniedbałem zielone, jakże lekceważyłem sobie zielone, a przecież nie istnieje nic bardziej wartego naszej uwagi niż właśnie zielone. Gdy zawsze tylko budynki; mieszkalne, biurowe, pracownicze, gdy zawsze tylko plastik i materiały termoizolacyjne, ścianki, lakier i pustka, to tam, na zewnątrz, zaniedbane zielone. Gdy nasze oczy piekące, szczypiące od wpatrywania się w kauczuk, metal, poliester, to wtedy należy rzucić to wszystko, i wyjść, patrzeć na zielone.

4654683669341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (II)

 

Tak więc szliśmy.

Pagórki i mile.

Pagórki i mile.

Ktoś, kto nigdy nie był w tych rejonach, nie zrozumie uczucia nigdy nie kończącego się dystansu potęgowanego ukształtowaniem terenu; co innego jeśli się jedzie, ale chodzenie, a zwłaszcza chodzenie do określonego celu, w wybranym kierunku. kiedy mamy do przebycia tak zwany szmat drogi (a mieliśmy do przebycia dobre 13 mil), bardzo szybko staje się koszmarem ze względu na tutejsze stromizny zaskakujące idącego swoją nużącą powtarzalnością. Mimo wszystko nie było najgorzej. Nie padało. Cztery i pół godziny żwawego marszu w dość sprzyjających warunkach.

Ja i moi dwaj współlokatorzy połykaliśmy dystans z zadziwiającą łatwością. Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat naszej przeszłości; moi współlokatorzy wypytywali mnie o moją przeszłość, i ja opowiadałem im zdawkowo o mojej przeszłości, następnie ja pytałem moich współlokatorów o ich przeszłość (tak naprawdę wcale nie obchodziła mnie ich przeszłość, nie była mi ich przeszłość do niczego potrzebna, niemniej grzecznościowo wypytywałem ich o ich przeszłość) i oni opowiadali mi o swojej przeszłości. Przez cały ten czas starałem się być podobny do nich, mówiłem jak oni, poruszałem się jak oni, oddychałem pośpiesznie jak oni, nie zwracając uwagi na mój instynkt samozachowawczy. Dystans skracał się.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat ukształtowania terenu. Jeden z moich współlokatorów był człowiekiem wykształconym, posiadał wszechstronną wiedzę, której mogłem mu tylko pozazdrościć, i teraz dzielił się nią  zarówno ze mną, jak i drugim współlokatorem. Wskazywał na skutki zlodowaceń, występowanie żłobów i cyrków, posługiwał się przy tym słownictwem plejstoceńskim, którego nie rozumiałem, nie zamierzałem rozumieć.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat mijanego krajobrazu. Moi współlokatorzy zwracali moją uwagę na specyfikę tutejszej urbanizacji, z którą od lat byli za pan brat. Ja zwracałem uwagę moich współlokatorów na pasące się na okolicznych łąkach owce o czarnych łbach. Zarówno ja, jak i moi współlokatorzy wzajemnie zwracaliśmy swoją uwagę na szybko skracający się dystans.

Nie wiem, po co to ciągnę, ale tak nam właśnie upływało.

cdmn.

2876752714532190000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (I)

 

Robiłem wtedy w Anglii. W fabryce. Ale to tak jakbym przebywał na koloniach. Jakbym był w piekle. Do dzisiaj się z tym nie pogodziłem. I nie pogodzę się aż do śmierci.

Pewnego dnia poszliśmy do Haworth. Ja i moi dwaj współlokatorzy. Nie cierpiałem swoich współlokatorów, nie chciałem mieć z nimi do czynienia, ale od początku byłem na nich skazany, nie miałem wyboru. Zawsze jesteśmy skazani na jakichś ludzi i nie mamy wyboru. Tam, w Anglii, skazany byłem na pracowników fabryki, na wszystkich pracowników fabryki, w tym na moich współlokatorów.

Dzień był zimny. Pochmurny. Zanosiło się na deszcz.

Weekend, a więc czas zapomnienia o fabryce, o wykonywaniu tych wszystkich mechanicznych czynności, o tkwieniu dzień w dzień przy taśmie w ogłuszającym huku z idiotyczną nadzieją na jedną krótką, jedną jeszcze krótszą przerwę, o niemożności zakończenia procesu myślenia o bezsensie, o bólu. Stupor. Opiłki. Marionetkowość. Przed laty, kiedy wydawało mi się, że świat jest do zniesienia, wypowiadałem wiele zdań, rozmawiałem z ludźmi. Tam w Anglii nauczyłem się milczeć, jeśli potem mówiłem, nie mówiłem łagodnie. Odszczekiwałem.

Powiedziałem, że idę do Haworth, do sióstr. I oni poszli ze mną. Naturalnie podczas jednego z naszych wieczorków zapoznawczych, w trakcie których każdy z nas próbował wytyczyć nieprzekraczalną granicę a jednocześnie wybadać, a następnie otworzyć się przed pozostałymi, na ile tylko oczywiście można, w rozsądnych, odpowiednich do wrodzonej nieufności proporcjach, opowiedziałem im o mojej fascynacji twórczością sióstr, o fragmentach, o prozie.  Jeden z nich, nie wiem czy naprawdę, czy tylko chcąc mi się przypodobać, powiedział, że coś tam kiedyś czytał, drugi natychmiast dorzucił, że oglądał film.

Dlatego, gdy teraz powiedziałem, że idę do sióstr, oni poszli ze mną. Podobno jest coś takiego w człowieku, że jeżeli już raz wyrazi swoją opinię na jakiś temat, to się z nią utożsamia i trzyma się jej potem rękami i nogami, nie zważając na to, jak bardzo jest głupia. Tak więc poszli. Nie mieli wyboru.

Było to jeszcze w okresie, kiedy dopiero się ze sobą zapoznawaliśmy, tak to sobie teraz tłumaczę. Pierwszy tydzień. Pierwszy weekend. Fakt zamieszkiwania razem w jednym domu nie przerażał wtedy jeszcze tak bardzo ani mnie, ani ich. Zawsze, na samym początku tak zwanej znajomości, dawałem ludziom pewien kredyt zaufania i zawsze ten kredyt szybko się wyczerpywał. Zawsze, kiedy poznawałem ludzi, na samym początku, byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw, starałem się mimo wszystko ułatwiać (mówię tylko ja, więc to co mówię może okazać się kłamstwem) i zawsze okazywało się, iż ludzie są niesamowicie rozczarowujący. Tak było i w tym przypadku – jeden z nich był mocno skrzywiony w jedną, drugi w drugą stronę.

To rozwichrzenie było nawet zabawne. Początkowo przysłuchiwałem się ich dyskusjom, które szybko zaczęły przeradzać się w kłótnie; jakieś partie, twarde fakty, zaszłości, dowody, szybko jednak zaczęło mnie to nużyć. Najzabawniejsze było to, iż ciągle próbowali skaptować mnie, zawłaszczyć, gorąco pragnęli, abym w końcu się opowiedział, zdecydowanie stanął po czyjejś stronie [(2+1)>(1+1+1)], nie wiedzieli, że jak nic innego nie cierpię ludzi w typie wszystkowiedzącym, nadopiekuńczym, apostolskim. A gdyby nawet wiedzieli i tak nie przyjęliby tego do wiadomości.

cdmn.