57535841731394300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zawsze i wszędzie szukałem ludzi podobnych do mnie i nigdy nie mogłem ich znaleźć. Przez całe życie rozpaczliwie rozglądałem się na boki za ludźmi przypominającymi mnie choćby w najmniejszym stopniu, a jednak nigdy nie dane mi było nikogo takiego dostrzec. Przez całe życie rozpaczliwie rozglądamy się na boki, kręcimy głową we wszystkie świata strony, zatrzymujemy nagle, teraz, nieoczekiwanie, robimy minę i obracamy gwałtownie na pięcie, lecz ani po bokach, ani za plecami, ani w ogóle nigdzie nie dostrzegamy nikogo.

Reklamy

26069711619248300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jestem odbiornikiem, powiedział nagle Benno, odbieram na wszystkich falach, dostępne fale: długie, krótkie, ultrakrótkie, fale słów i oceanów, fale świetlne, dosłowne i przenośne, widzialne/niewidzialne, fale-loki, ultrafiolet we włosach, wzburzony rentgen i gamma, buczenie mikrofalówki, pędzące fale fale fale rozbijające się jak bańki, wielkie mydlane bańki rozbijające się o ortęć świata. Po północy przestaję przetwarzać wiadomości regionalne, mózg lepi się od brudu, rzęzi na zwolnionych obrotach, tylko się usnąć. Siedem sposobów na lepsze tańsze, ten steps tu mejk to i tamto, hordy, mordy, kleszcze, albo niech pan spojrzy na to brunatne aż bordowe, wpadające w czerń. Dlatego wybieram zielone. Przez resztę życia patrzeć na zielone, wpatrywać się w zielone, w zielonym szukać ukojenia, to moje najnowsze postanowienie, postanowienie powzięte dziś rano, powiedział Benno. Jak bardzo zaniedbałem zielone, jakże lekceważyłem sobie zielone, a przecież nie istnieje nic bardziej wartego naszej uwagi niż właśnie zielone. Gdy zawsze tylko budynki; mieszkalne, biurowe, pracownicze, gdy zawsze tylko plastik i materiały termoizolacyjne, ścianki, lakier i pustka, to tam, na zewnątrz, zaniedbane zielone. Gdy nasze oczy piekące, szczypiące od wpatrywania się w kauczuk, metal, poliester, to wtedy należy rzucić to wszystko, i wyjść, patrzeć na zielone.

4654683669341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (II)

 

Tak więc szliśmy.

Pagórki i mile.

Pagórki i mile.

Ktoś, kto nigdy nie był w tych rejonach, nie zrozumie uczucia nigdy nie kończącego się dystansu potęgowanego ukształtowaniem terenu; co innego jeśli się jedzie, ale chodzenie, a zwłaszcza chodzenie do określonego celu, w wybranym kierunku. kiedy mamy do przebycia tak zwany szmat drogi (a mieliśmy do przebycia dobre 13 mil), bardzo szybko staje się koszmarem ze względu na tutejsze stromizny zaskakujące idącego swoją nużącą powtarzalnością. Mimo wszystko nie było najgorzej. Nie padało. Cztery i pół godziny żwawego marszu w dość sprzyjających warunkach.

Ja i moi dwaj współlokatorzy połykaliśmy dystans z zadziwiającą łatwością. Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat naszej przeszłości; moi współlokatorzy wypytywali mnie o moją przeszłość, i ja opowiadałem im zdawkowo o mojej przeszłości, następnie ja pytałem moich współlokatorów o ich przeszłość (tak naprawdę wcale nie obchodziła mnie ich przeszłość, nie była mi ich przeszłość do niczego potrzebna, niemniej grzecznościowo wypytywałem ich o ich przeszłość) i oni opowiadali mi o swojej przeszłości. Przez cały ten czas starałem się być podobny do nich, mówiłem jak oni, poruszałem się jak oni, oddychałem pośpiesznie jak oni, nie zwracając uwagi na mój instynkt samozachowawczy. Dystans skracał się.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat ukształtowania terenu. Jeden z moich współlokatorów był człowiekiem wykształconym, posiadał wszechstronną wiedzę, której mogłem mu tylko pozazdrościć, i teraz dzielił się nią  zarówno ze mną, jak i drugim współlokatorem. Wskazywał na skutki zlodowaceń, występowanie żłobów i cyrków, posługiwał się przy tym słownictwem plejstoceńskim, którego nie rozumiałem, nie zamierzałem rozumieć.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat mijanego krajobrazu. Moi współlokatorzy zwracali moją uwagę na specyfikę tutejszej urbanizacji, z którą od lat byli za pan brat. Ja zwracałem uwagę moich współlokatorów na pasące się na okolicznych łąkach owce o czarnych łbach. Zarówno ja, jak i moi współlokatorzy wzajemnie zwracaliśmy swoją uwagę na szybko skracający się dystans.

Nie wiem, po co to ciągnę, ale tak nam właśnie upływało.

cdmn.

2876752714532190000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (I)

 

Robiłem wtedy w Anglii. W fabryce. Ale to tak jakbym przebywał na koloniach. Jakbym był w piekle. Do dzisiaj się z tym nie pogodziłem. I nie pogodzę się aż do śmierci.

Pewnego dnia poszliśmy do Haworth. Ja i moi dwaj współlokatorzy. Nie cierpiałem swoich współlokatorów, nie chciałem mieć z nimi do czynienia, ale od początku byłem na nich skazany, nie miałem wyboru. Zawsze jesteśmy skazani na jakichś ludzi i nie mamy wyboru. Tam, w Anglii, skazany byłem na pracowników fabryki, na wszystkich pracowników fabryki, w tym na moich współlokatorów.

Dzień był zimny. Pochmurny. Zanosiło się na deszcz.

Weekend, a więc czas zapomnienia o fabryce, o wykonywaniu tych wszystkich mechanicznych czynności, o tkwieniu dzień w dzień przy taśmie w ogłuszającym huku z idiotyczną nadzieją na jedną krótką, jedną jeszcze krótszą przerwę, o niemożności zakończenia procesu myślenia o bezsensie, o bólu. Stupor. Opiłki. Marionetkowość. Przed laty, kiedy wydawało mi się, że świat jest do zniesienia, wypowiadałem wiele zdań, rozmawiałem z ludźmi. Tam w Anglii nauczyłem się milczeć, jeśli potem mówiłem, nie mówiłem łagodnie. Odszczekiwałem.

Powiedziałem, że idę do Haworth, do sióstr. I oni poszli ze mną. Naturalnie podczas jednego z naszych wieczorków zapoznawczych, w trakcie których każdy z nas próbował wytyczyć nieprzekraczalną granicę a jednocześnie wybadać, a następnie otworzyć się przed pozostałymi, na ile tylko oczywiście można, w rozsądnych, odpowiednich do wrodzonej nieufności proporcjach, opowiedziałem im o mojej fascynacji twórczością sióstr, o fragmentach, o prozie.  Jeden z nich, nie wiem czy naprawdę, czy tylko chcąc mi się przypodobać, powiedział, że coś tam kiedyś czytał, drugi natychmiast dorzucił, że oglądał film.

Dlatego, gdy teraz powiedziałem, że idę do sióstr, oni poszli ze mną. Podobno jest coś takiego w człowieku, że jeżeli już raz wyrazi swoją opinię na jakiś temat, to się z nią utożsamia i trzyma się jej potem rękami i nogami, nie zważając na to, jak bardzo jest głupia. Tak więc poszli. Nie mieli wyboru.

Było to jeszcze w okresie, kiedy dopiero się ze sobą zapoznawaliśmy, tak to sobie teraz tłumaczę. Pierwszy tydzień. Pierwszy weekend. Fakt zamieszkiwania razem w jednym domu nie przerażał wtedy jeszcze tak bardzo ani mnie, ani ich. Zawsze, na samym początku tak zwanej znajomości, dawałem ludziom pewien kredyt zaufania i zawsze ten kredyt szybko się wyczerpywał. Zawsze, kiedy poznawałem ludzi, na samym początku, byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw, starałem się mimo wszystko ułatwiać (mówię tylko ja, więc to co mówię może okazać się kłamstwem) i zawsze okazywało się, iż ludzie są niesamowicie rozczarowujący. Tak było i w tym przypadku – jeden z nich był mocno skrzywiony w jedną, drugi w drugą stronę.

To rozwichrzenie było nawet zabawne. Początkowo przysłuchiwałem się ich dyskusjom, które szybko zaczęły przeradzać się w kłótnie; jakieś partie, twarde fakty, zaszłości, dowody, szybko jednak zaczęło mnie to nużyć. Najzabawniejsze było to, iż ciągle próbowali skaptować mnie, zawłaszczyć, gorąco pragnęli, abym w końcu się opowiedział, zdecydowanie stanął po czyjejś stronie [(2+1)>(1+1+1)], nie wiedzieli, że jak nic innego nie cierpię ludzi w typie wszystkowiedzącym, nadopiekuńczym, apostolskim. A gdyby nawet wiedzieli i tak nie przyjęliby tego do wiadomości.

cdmn.

117533612915925000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

3 stycznia

 

…natłok myśli i głupich pomysłów. Fizycznie lepiej. Muszę wykonać dzisiaj dziesięć pompek i dziesięć skłonów.

2018?, postanowiłem nie pisać tutaj, że coś postanawiam, bo to takie banalne. A jednak:

postanowiłem w tym roku mniej się bać, zadowalać się fragmentem (nie drążyć), być bardziej, dłużej ze sobą (i po swojej stronie), odpowiadać sobie na wszystkie pytania, mówić do siebie łagodniej.

6254449428820550000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

błędne mniemanie

Stałem na rogu Es i De, kiedy podszedł do mnie w czymś na kształt kamizelki (kamizelka ochronna, ale beżowa z kieszonkami) pod nią koszula w kratę, w dole mokasyny: pół do trzeciej, rzuciłem. Gdybym musiał wydestylować moje lektury, gdybym był nagle zmuszony do wybrania tylko kilku (resztę spalić), to w zdecydowanej większości byłby to właśnie On. Wiele zdań zapamiętanych, wiele podkreślonych, „nie chciałbym być zrozumiany”,  „pisaniem można jednak jako tako przetrwać, na przykład niezbędne do zaśnięcia dwie godziny, pisane dwie godziny, które w innym wypadku byłby nie do wytrzymania”, wyłuskane cytaty, wydrukowane, rozwieszone na ścianach. Ulubiony, dodałem. Umiłowany. W tej chwili potrzebował jedynie dokładnej informacji.

2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

844617150046923000000000000000000000000000000000

Miejsca

  

Coraz częściej przechodził na stronę snów. Po przebudzeniu zostawał tam na dłużej, jak najdłużej się dało, uporczywie odwlekał moment, kiedy powracała świadomość, a co za tym idzie powracało poczucie winy. A powracało za każdym razem. Wystarczało otworzyć oczy.

We śnie brak jest impulsów związanych z ciałem. Po przebudzeniu przez chwilę trwa ten stan, homeostaza. Potem, z minuty na minutę, odżywa poczucie ciała, a tym samym dyskomfortu. Tylko przez krótką chwilę ja nie znajduje się w układzie odniesienia do żywych ludzi.

W wielu snach znajdował się na wysokościach; na wieżach, kominach, rusztowaniach, a nawet na wielopiętrowych, sięgających nieba łóżkach skonstruowanych z metalowych rurek powleczonych białą emalią; nie wiedział jak się tam znalazł, nie pamiętał.

Zazwyczaj był z nim ktoś jeszcze. Raczej mężczyzna.

Tamta druga postać kuliła się w podobny sposób; podkurczone nogi, ręce skrzyżowane na piersiach. Nigdy nie udało mu się dostrzec jej twarzy. Starał się nie zwracać na niego uwagi, a i on nie był zainteresowany jego osobą. Przeżywali swój strach osobno.

Problemem było zejście, i tylko to zaprzątało ich uwagę, nie było tam miejsca na żadną współpracę.

Wiedział, że jeśli zacznie pytać, nie uzyska odpowiedzi, dlatego o nic nie pytał. Co gorsza, mógłby narazić się na śmieszność; tak, chyba najbardziej bał się ośmieszenia, bał się, że tamten tylko udaje, że jeśli tylko powie mu cokolwiek, tamten wyśmieje jego strach. Dlatego milczał.

Za każdym razem wydawało mu się, że jest tam nielegalnie. Że nie powinien, stąd poczucie winy. Każdy dzień był torturą zwielokrotnioną absurdalnością sytuacji, która – a tak rzeczywiście myślał – w oczach osoby postronnej powinna wyglądać w najlepszym wypadku na aberrację. Być może zdawał sobie sprawę ze zbyt wielu rzeczy na raz, a być może rzeczywiście nie nadawał się do życia.

Od kilku dni zbierał informacje; ile kosztuje, gdzie dokonują, jakie warunki trzeba spełnić itp. Odpychały go procedury, odległość i cena, dlatego eutanazja pozostawała nadal w sferze marzeń.

5034645418285010000000000000000000000000000

Pokój (szkic opowiadania*)
.

Sufit obniża się z każdym dniem (centymetr po centymetrze).

Duchota. Wilgoć?

Nadaktywne nozdrza wychwytują znajomy zapach, jednak nie potrafi go skojarzyć.

Po kilku miesiącach zauważa na swoich stopach lakierki z pamiętnej pierwszej komunii świętej.

Ściany czernieją. Pojawiają się pierwsze ornamenty.

Rozpoznaje zapach naftaliny.

Pewnego dnia zaczynają wyłazić robaki.

(*nie mam już siły pisać tego typu rzeczy, jeśli komuś się chce – proszę bardzo, służę)