17407131716929800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Był bardzo długi okres, kiedy to starałem się nie oglądać swojej twarzy. Trwało to, bo ja wiem, ze dwa lata. Unikałem przede wszystkim luster, ale też kałuż, szyb autobusowych, witryn sklepowych, jednym słowem szkła. Naturalnie zdarzały się chwile, gdy przez niedopatrzenie popełniałem nagle jakiś błąd i dostrzegałem na ułamek sekundy,  gdzieś tam po drugiej stronie, swoje odbicie, błyskawicznie zamieniałem wtedy spojrzenie na to przymglone i zapominałem o sprawie. Pamiętam jak któregoś dnia w  pracy zobaczyłem swoją postać uchwyconą przypadkowo na filmie. Nie mogłem się nadziwić, że ten pokraczny, łysawy człowieczek to właśnie ja, a gdy tak zwany mędrzec salowy, jakich pełno w każdej korporacji, odburknął, że tak jest zawsze, i zmienił nagle temat, chyba właśnie wtedy, tak, właśnie wtedy zaczęło rodzić się we mnie podejrzenie.

Reklamy

4109266378488060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Będąc dzieckiem zbyt często marzyłem o tym, żeby już tylko lecieć w skrojonej na miarę moich skromnych potrzeb rakietce wystrzelonej, ot tak, bez celu, w Kosmos, oddalającej się z każdym dniem od Matki Ziemi. Wyobrażałem sobie wtedy siebie siedzącego przed zaparowanym okienkiem, oddalonego i oddalającego się jednocześnie od wszystkiego, w skupieniu obserwującego próżnię. Dzisiaj, kiedy od wielu lat znajduję się w tym położeniu, wyglądając od czasu do czasu przez okno, myślę, że moje marzenia chyba się ziściły.

Dzisiaj więc, kiedy już tak dobrze rozumiem spiralę dni, w której się obracam, w której obracam się i obracam jak bezwolna figurka wyjęta z baletu triadycznego Oskara Schlemmera, kiedy całymi dniami lewituję i ożywiam się dopiero po północy, by umieścić swoją głowę w imadle, by uciszyć myślenie, by wykluczyć wspomnienia, natłok wspomnień dobijający się od wewnątrz, od środka, walący, mówiąc głośno łomocący w poszycie mojej czaszki, dzisiaj więc, kiedy już rozumiem, zbyt dobrze rozumiem, że muszę, tak, tak, muszę pisać, codziennie, niewiele, choćby kilka zdań, nie oglądając się na nic – dzisiaj więc piszę.

Doskonale pamiętam jak któregoś dnia uświadomiono mi mimochodem, że popełniam niewybaczalny karygodny błąd mówiąc „na dworzu” zamiast „na dworze” (dwór-dworze dwór-dworze pamiętaj), dotąd zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, iż mówienie „na dworzu” jest niewybaczalnym karygodnym błędem, zamiast „na dworze” mówiłem „na dworzu”, popełniając niewybaczalny karygodny błąd. W domu od zawsze mówiono „na dworzu”, matka mówiła „na dworzu”, ojciec mówił „na dworzu”, siostry mówiły „na dworzu”, do tej pory tak mówią. I natychmiast przypomniałem sobie wszystkie sytuacje, wszystkie zapamiętane sytuacje z poczekalni i z pracy, spotkania w kręgu byłych znajomych i toczące się tam rozmowy tudzież wszystkie oficjalne oraz nieoficjalne rozmowy odbyte w tak zwane cztery oczy, kiedy za każdym razem zamiast „na dworzu” mówiłem „na dworze”, ośmieszając się, popełniając niewybaczalny karygodny błąd.

Mam stosunkowo małą czaszkę, która idealnie pasuje do moich dłoni.

 

3012657015979780000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zoo

 

  1. Klatka

Rzecze źrebię zebrze żebrzę.

 

  1. Klatka

Ta scena w „Porwaniu Michela Houellebecqa”, kiedy Houellbecq grany przez Houellebecqa stojąc w gronie swoich porywaczy, zauważa nieśmiało: od początku zastanawia mnie fakt, że nie nosicie masek, widzę wasze twarze, w powieściach to nie jest dobry znak, porywacze odkrywają twarze, gdy się nie boją, że ofiara mogłaby ich rozpoznać, bo zamierzają ją zabić, po czym uśmiecha się głupio.

 

  1. Klatka

 

 

  1. Klatka

Tukan.

 

1861924432321340000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

drobne uszczypliwości

 

Gogol obraził się na mnie i utrudnia mi życie. Poszło o pocztę*. Nie spodobało mu się, że nie spodobała mi się (i to bardo) nowa poczta, którą w końcu i tak wcisnął mi na siłę.

Najpierw anonsował. Prosił, żebym wypróbował (przecież zawsze będę mógł powrócić do starego wyglądu). Spróbowałem. Nowa poczta od razu wydała mi się odrażająca.

Poczta to poczta. Wychodzę z założenia, że na poczcie najważniejsze powinny być listy. Nic poza tym. Żadnych ozdobników, rozpraszaczy, kolorowych dodatków, ikonek. Po co mi kalendarz?

Jakby tego było mało, nowa poczta ładowała się dłużej. W nieskończoność musiałem czekać, aż w okienku powitalnym przemieli się pasek. To było naprawdę frustrujące.

Natychmiast powróciłem do starego wyglądu, jednak, jak wszystko, nie trwało to długo. Nie minęły dwa tygodnie, a już miałem nową pocztę ustawioną złośliwie na stałe.

Od czego jednak moja pomysłowść? Na samym dole strony, wypisany maleńkimi literami, znajdował się był lineczek: Ładuj podstawowy widok HTML (dla wolnych połączeń).. Załadowałem.

 

No a teraz Gogol utrudnia mi życie. Wystarczy, że zaczynam grzebać w wyszukiwarce, a natychmiast przerywa mi brutalnie, niby prosząc tylko, bym potwierdził, iż nie jestem robotem. Zasłania się przy tym wytartym frazesem o naszych systemach, które wykryły nietypowy ruch pochodzący z Twojej sieci komputerowej.

To prawda, może i nazbyt często korzystam z wyszukiwarki, poszukując rzeczy, które takiemu Gogolowi mogą nie mieścić się w głowie. Rzeczy wszelakich. Różnorodnych. Rzekłbym nawet nietypowych. Potrafię przy tym błyskawicznie przechodzić od hasła do hasła, jak jaki dziki skakać z linku na link, zauroczony frazą, nazwiskiem, nie znanym pojęciem. Ale żeby od razu z tego powodu odmawiać mi człowieczeństwa?

W ramach zemsty za niekorzystanie z najnowszej poczty niemal przy każdym wyszukiwaniu Gogol poleca mi teraz wykonanie testu**. Podsuwa przy tym szereg obrazków, z których muszę wybrać wyłącznie te z: a) samochodami, b) witrynami sklepowymi, c) sygnalizacjami świetlnymi, d) przejściami dla pieszych, itp. Nie wie, że lubię takie łamigłówki***.

 


*Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pocztę.

**Wykonanie testu CAPTCHA może być czasem wymagane, jeśli korzystasz z zaawansowanych haseł wyszukiwania, z których korzystają najczęściej roboty, lub gdy bardzo szybko wysyłasz żądania.

***I to bardo.

1150732583658440000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zostaną po nas GIF-y i dywizy

 

Maszyna językowa, w której objęciach się chronię, która zapewnia mi całodobową ochronę, rytm, język maszynowy. Temat? Nie ważny jest temat. Nie ma żadnego tematu. Chodzi o ochronę.

Schronić się całkowicie przed światem, uciec przed zakusami świata.

Mieć zawsze w głowie wewnętrzny głos, który podpowie; głos tubalny, przekonywający, zrytmizowany.

Rytm jako próba przetrwania w rozregulowanym świecie.

Rytm jako forma monologu pozbawiona zdania racji.

271651113667356000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wiatrak

 

Zgodnie z przewidywaniami Ziemia odwraca się do Słońca, wieczorami temperatura obniża się do tego stopnia, że zmuszony jestem zamykać okno. Na noc nie wyłączam komputera, szum wydawany przez wiatrak od zasilacza ma moc usypiającą (plus), za to rano budzę się w pomieszczeniu pozbawionym tlenu (minus). Powiedział mi o tym S.

S. powiedział mi niedawno, że wiatrak w moim komputerze ma dużą przepustowość, że to bardzo mocny wiatrak, że taki wiatrak w ciągu kilku godzin potrafi zassać całe znajdujące się w zamkniętym pokoju powietrze, że w moim pokoju, zwłaszcza w tak małym pokoju, taki wiatrak w ciągu kilku godzin stać na kilkukrotne zassanie znajdującego się wewnątrz powietrza.

Chciałbym mu nie wierzyć. Dopóki mi o tym nie powiedział, dopóty całymi latami w okresie jesienno-zimowym siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopóki nie przyszło mu do głowy podzielić się ze mną swoją wiedzą, dopóty miałem spokój. Musiałbym to sam obliczyć, ale nie jestem mocny z fizyki.

Teraz budzę się, przypominam sobie, co mi powiedział S., i zaczynam się dusić.

3573738143885560000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pierwszy stopień

 

Zauważyłem, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi. Zupełnie mnie nie interesują. Wczoraj, przed zaśnięciem, przypomniałem sobie szereg sytuacji (uszeregowanych w szereg) takich jak; jazda samochodem z nieznajomą osobą (ktoś znany komuś, kogo znam, z kim muszę gdzieś dojechać), kilkudziesięciominutowe przebywanie z kimś sam na sam we wspólnym pomieszczeniu (na przykład w poczekalni u wszystko jedno kogo), a także inne tego typu, najczęściej jednak spod znaku tzw. towarzysz podróży. We wszystkich tego typu sytuacjach dobrze wychowany człowiek skazany na czasowe towarzystwo innego człowieka zapytałby tego drugiego o coś, o cokolwiek, zainteresowałby się jego losem, normalnie, grzecznościowo, po ludzku, a ja nie pytałem. Nie pytałem, ponieważ wcale mnie to nie interesowało. Zazwyczaj zapadało tak zwane kłopotliwe milczenie.

Zastanawiając się nad tym fenomenem, doszedłem w końcu do wniosku, iż nie pytałem z dwóch podstawowych powodów: po pierwsze – ich historie byłyby historiami typowymi, mogącymi przydarzyć się dowolnie wybranej osobie (rozrzut statystyczny), a to, że my znaleźliśmy się dokładnie w jednym miejscu i czasie, nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia, po drugie – nie pytałem, ponieważ wiedziałem, iż każde moje pytanie byłoby fałszywe, nie zadawałem pytań ponieważ przeczuwałem, że już po pierwszym zadanym pytaniu wylezie na wierzch fałsz zadającego pytanie, bo przecież widać od razu, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi.

322243767409511000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że coś, co jednego dnia wydawało mi się pełne znaczenia i sensu, drugiego było dla mnie już tylko niedorzecznością.

Fífill

 

 

Myśl, owszem, ciekawa… ciekawa myśl… Szkoda że niezbyt jest nowa, bo to już Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach:

„Również, a nawet zwłaszcza to, co sam kiedyś napisałem, było dla mnie już niezrozumiałe. Stale nawiedzała mnie myśl, że to czy inne zdanie jest tylko pozornie czymś sensownym, a naprawdę co najwyżej jakąś protezą, wykwitem naszej ignorancji, nieporadnym organem, którym, jak niektóre rośliny i zwierzęta morskie swoimi antenami, na ślepo wymacujemy otaczającą nas ciemność”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. M. Łukasiewicz

link

123086166487618000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kolos z RODO

 

Jesteśmy  śmiesznie ograniczeni naszymi „ja” wykształcanymi w z góry ustalonym porządku, jesteśmy ograniczeni dziedzictwem, nabytym doświadczeniem, zespołem ugruntowanych przekonań, przychylnym otoczeniem, tak zwanym światopoglądem. Boimy się wskoczyć w czyjeś buty, i nagle, gdy przyjdzie nam na to (a jakże) ochota, z tych butów wyskoczyć. Kurczowo trzymamy się naszych „ja”, bo tak jest wygodnie. Jest tak, jakby przestarzały komputer bał się rozbudowy pamięci. Zrozumiał to Borges znużony, co nie chciał być więcej Borgesem.

11098672708526900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

19 sierpnia

 

Lubiłem patrzeć jak kładą asfalt. Podchodziłem najbliżej jak tylko się dało, by poczuć żar. Lubiłem zapach świeżo kładzionego asfaltu, idealną błyszczącą wyrównującą stal walca, postęp, krzątaninę robotników. Wydawało mi się, że wystarczy zaasfaltować cały świat, a wszystko będzie odtąd proste i gładkie.

618507831590667000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

clonnad

 

Oglądam stare seriale nieoglądane latami typu Robin Hood, poszukując archetypicznych twarzy, o których z pewnością zapomniałem, a które na pewno gdzieś tam głęboko i dawno utkwiły sobie w mej nieświadomości, i teraz często (podczas gdy ja nie zdaję sobie nawet z tego sprawy) nakładają się na te, które oglądam współcześnie, wywołując określony efekt.

146009892871389000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

drobne różnice


.

A proszę uprzejmie (zawsze miałem problem, czy pisze się uprzejmie czy uprzejmnie) zwrócić uwagę na różnice. Taki program edukacyjny (w cudzysłowie) Discovery Science, naturalnie amerykański, gdzie lecą megaładunki, teorie spiskowe, kosmici, gadające, oceniające, wyrażające swoją opinię korpusy, cuda niewidy i legendy o pochowanym złocie. A taka skromna edukacyjna stacja telewizyjna przeznaczona dla dzieci i młodzieży Da Vinci Learning założona przez Ferdynanda Habsburga, stryjecznego wnuka ostatniego cesarza Austro-Węgier Karola I Habsburga, gdzie – wbrew temu co też tam już sobie sądzimy – napotykamy wartościowe, a więc poważne programy tworzone przez profesjonalistów (matematyka – profesor Marcus du Sautoy!, fizyka – profesor Jim Al-Khalili!), z których dowiadujemy się tak wiele o realnym świecie, w których natychmiast dostrzegamy szacunek dla inteligencji widza.

55770816383139700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

4 sierpnia

 

W stosunku do nowo poznanych osób trzeba od razu ustawić jak najwięcej znaków ostrzegających przed wejściem na nasze terytorium. Od razu, bezpardonowo lub jak kto woli bezwzględnie porozstawiać, tam gdzie tylko uznamy to za wymagane, znaki ostrzegawcze. Nie bacząc na tak zwane względy natury ludzkiej tudzież konsekwencje, rozmieścić w strategicznych punktach Mego walące już z daleka w oczy znaki zakazu wjazdu, poruszania, odezwania słowem (żadnych znaków zapytania).

21302556278029900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kotor

 

Wyrastał jak spod ziemi, siadywał na brzegu ścieżki i patrzył głęboko w oczy. Żal o coś? Skarga? Protest? Zapominałem o nim na długie miesiące, prawdopodobnie zawsze musiały nadejść najbardziej upalne dni, by pojawił się ponownie. Zawsze w tym samym miejscu i w tym samym wieku, ile mógł mieć? – zawsze tyle samo, niedużo. Czarny, cierpliwy, między klonem a śmietnikiem, ukazywał się wtedy, kiedy nie miałem już siły, w tym samym miejscu, w tej samej pozie (przednie łapki złączone), w jego zachowaniu ukryta była niema groźba, że jeśli tylko zachce, zaraz udrapnie albo przebiegnie mi drogę.

Na ścianie śmietnika, od strony ścieżki, namalowałem mu portret, żeby już nie zapomnieć.

 


Jeszcze nie tak dawno stałem przed tym opowiadaniem z niewytłumaczalnym uczuciem czegoś na kształt rysującego się coraz wyraźniej rozwiązania, wyjaśnienia, zastanawiałem się nad kontynuacją, rozważałem w którą pójść stronę, widziałem tyle możliwości. Z tego co usłyszałem; w domu nerwowość M., spowodowana po części jakimiś narzucanymi sobie w celu zagłuszania myśli dodatkowymi pracami (wywrócona drabinka), po części ich pobytem (drugi tydzień), a po części upałem.