84787475302008800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podwójne sito

 

Staram się jak najmniej pisać, od kiedy zauważyłem, że Thomas mnie zdradza. Jak już wcześniej gdzieś tam wspomniałem wszelkie wpisy na tym blogu zatwierdza osobiście Thomas Bernhard z Moich nagród. Za każdym razem, zanim nacisnę publikuj, zasięgam jego opinii – i niemal zawsze, za każdym razem, jest to opinia pozytywna.

A wygląda to mniej więcej tak; napiszę coś, zerkam na twarz Thomasa z Moich nagród, na twarzy Thomasa dostrzegam charakterystyczny, niepodrabialny uśmieszek dumnej akceptacji, publikuję.

Tak było. Do tej pory.

Jednak kilka dni temu, przeglądając moje wpisy, zauważyłem, że to nie funkcjonuje. Bynajmniej nie tak, jakbym ja sobie tego życzył.

 

Dlatego dzisiaj, na biurku, tuż obok Moich nagród, ustawiłem sobie tyłem Czuję. Zawrót głowy. Od dzisiaj każdy wpis na tym blogu przechodził będzie podwójną weryfikację. Już nie tylko Thomas z jego, nie oszukujmy się, zakulisowym pokpiwaniem z moich wpisów, który wszystko przepuszcza, lecz również W.G. Sebald, pisarz, z którego zdaniem bardzo się liczę  (Sebald to taki Bernhard, tylko bez poczucia humoru, co niewątpliwie stanowi o jego przewadze).

Od dzisiaj każdy wpis, zanim pojawi na tym blogu, zderzyć się będzie musiał z niezwykle surowym obliczem W.G. Sebalda z okładki Czuję. Zawrót głowy. Z jego krytycznym spojrzeniem.

Reklamy

20015607811858600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

20190213 (przedpołudnie)

 

Niechciane wspomnienia są jak koniki trojańskie, przyczajone, ukryte koniki trojańskie, które tylko czekają na właściwą komendę (myśl), by się rozpanoszyć.

Źródło myślenia ironicznego nieustannie we mnie bije. Myślę, że wiem skąd się wzięło. Przed laty stanowiło sposób na odwrócenie uwagi poprzez rozśmieszenie interlokutora. Jednak to długa historia sięgająca w głąb dzieciństwa, do którego nie zamierzam nigdy więcej wracać.

Poszło mi świetnie w quizie dotyczącym zdrowego odżywiania, chociaż nie stosuję się do żadnej z wymienionych tam zasad.

A może to ja powinienem dopasowywać się do każdej reklamy?

1804806230506830000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zamiast

 

Dlaczego nie urodziłem się wcześniej?! – pomyślałem ze smutkiem, dlaczego nie urodziłem się w XIX lub na początku XX wieku, kiedy wokół nie było tylu rozpraszaczy, mam tu na myśli przede wszystkim internet, który nieustannie odciąga mnie od pisania; zamiast pisać, co powinienem tu i teraz czynić nie oglądając się na nic, co kilka minut zaglądam do internetu, sprawdzam co też się tam zdążyło pozmieniać w świecie podczas mojej nieobecności, klikam, przewijam, odświeżam pocztę, chociaż od wielu lat nikt, prócz darmowych subskrypcji do mnie nie pisze, otwieram, zamykam okna, a na dokładkę, jakby tego było mało, dokarmiam reklamowe boty ciasteczkami. O ile łatwiej mieli dawno umarli pisarze, powiedziałem głośno – i natychmiast wyobraziłem sobie wszystkich tych moich dawnych mistrzów przed ekranami komputerów (myślę, że zachowaliby oni resztki zdrowego rozsądku i nie posługiwali się mimo wszystko smartfonami), przed moimi oczami stanęli, a właściwie rozsiedli się wygodnie wszyscy ci moi dawni mistrzowie, a ich twarze, rozjaśnione teraz niebieskawą, pulsującą nierównomiernie poświatą, wydały mi się jeszcze bardziej martwe. Co robiliby teraz moi dawni mistrzowie? – powiedziałem. Z pewnością mieliby problem. Zamiast pisać, co i ja powinienem teraz czynić, siedzieliby jak jeden mąż w internecie; taki David Foster Wallace od świtu do nocy nie spuszczałby z oka YouTube’a, oglądając w międzyczasie serial za serialem, taki Bernhard wspiąłby się niechybnie na szczyty odrazy i zniesmaczenia obserwując fluktuacje ludzkiej ignorancji podlewanej na okrągło katolicko-narodowym sosem – co tam gazety!, internet to dopiero źródło niekończonej się irytacji! Ciekawe czy Joyce napisałby Ulissesa, gdyby miał dostęp do internetu? Myślę, że nie. Na pewno nie. A Proust? Cóż robiłby Marcel podłączony w swoim łóżku do laptopa? Czy zaprzątałby sobie głowę poszukiwaniem straconego czasu, gdyby tracił czas na scrollowanie?
Zazdrościmy dawnym umarłym pisarzom tego, że mieli oni okazję urodzić się wcześniej od nas. Dzięki temu właśnie, dzięki takiemu, a nie innemu zbiegowi (chyba nie zbiegu?) okoliczności, mieli oni okazję napisać to, czego my, urodzeni znacznie później, nie jesteśmy już w stanie napisać, jedynie dzięki takiemu właśnie, szczęśliwemu dla nich, nieszczęśliwemu dla nas, zrządzeniu losu, to oni napisali pierwsi to, co my zawsze zamierzaliśmy napisać i, niestety, dzięki takiemu właśnie a nie innemu, nieszczęśliwemu dla nas, szczęśliwemu dla nich zrządzeniu losu, my nie możemy napisać właściwie już niczego, ponieważ w, jak to się mówi, dobie internetu, jesteśmy; a) roztrzęsieni, b) zasmuceni, c) znerwicowani i) do-dat-ko-wo skołowani porozrzucanymi po internecie cząstkami naszych tożsamości, a przez to niespójni, ponieważ nawet gdybyśmy teraz jakimś cudem cokolwiek napisali, stalibyśmy się jedynie żałosnymi, żalącymi się bez przerwy niekompetentnymi imitatorami.

100578404047763000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tak, to prawda, wszyscy byliśmy uzależnieni od internetu. Gdyby nam tylko zaproponowano, by tam wejść – wejść, natychmiast wejść do internetu, stać się ciągiem zer i jedynek, rozgałęzieniem, alfabetem, kłączem, biec jednocześnie we wszystkich kierunkach, łączyć ze sobą wszystko, wszystkie słowa – nie wahalibyśmy się ani chwili. Wyróżniać się krojem czcionki. Patrzeć jak z nieba lecą piksele.

62160872235737800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ludzie do pewnego momentu. I ludzie nieukształtowani.

Ludzie do momentu, kiedy po raz ostatni im wierzyłeś, zanim obrali skostniałe formy, sprzeniewierzyli się sobie, zastygli w wygodnych pozach, a rysy ich charakteru, które wiele lat wcześniej zapowiadały ten nieuchronny etap, zostały raz na zawsze ustalone. Lecz to nie przekreśla tego, kim dla ciebie byli.

Ludzie kominy i ludzie cyprysy. Podążaj za ludźmi cyprysami.

9069149035398720000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

chaos w fabryce czekolady

 

Nie wyciągać ogólnych wniosków, bronić się rękami i nogami przed ogólnymi wnioskami, w przeszłości, a więc niedawno, gubiło mnie wyciąganie ogólnych wniosków, poszukiwanie (bezcelowe) celowości, rzecz znamienna, bardzo charakterystyczna dla mojego umysłu, z czego dopiero teraz tak naprawdę zdaję sobie sprawę. Z każdej, najbłahszej nawet sytuacji, starałem się błyskawicznie (królik) wyciągnąć ogólne, rzekłbym nawet ramowe wnioski prowadzące (złudnie) do rozstrzygnięcia tak zwanych kwestii życiowych, co było błędem.

Częstotliwość mojego pisania w sieci. Częstotliwość z jaką publikuję tak zwane posty. Mnie samego niepokoi ona. Stanowi być może problem. Częstokroć, po opublikowaniu kolejnego tak zwanego posta, zastanawiam się godzinami, czy powinienem był go mimo wszystko publikować, czy aby nie nazbyt pochopnie post ów opublikowałem, zważywszy, iż całkiem niedawno opublikowałem był  poprzedni post. I tak w kółko.

Otwierać plik  w o r d o w s k i  i  czekać, cierpliwie czekać, aż plik  w o r d o w s k i rozkwitnie, rozwinie się przed (oczym(a)mi), czekać wytrwale, nie śpieszyć się, cokolwiek przychodzi z czasem.

Ślad bosej stopy pozostawiony na łazienkowym chodniku o godzinie jedenastej przed południem — ciągle widoczny o godzinie siedemnastej.

W literaturze szukam samotności, jedynie stłumiony, cichy, samotny głos jest w stanie mnie przyciągnąć, przywołać, tylko takiemu głosowi mogę, jak to się mówi, w pełni zaufać, nie cierpię fikcji.

Do wszystkiego podchodzić powoli, rozgaszczać się.

Fífill

2140935670430740000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

udzielam sobie grudniowego wspparccia przez dwa ce jak cappuccino

 

cały czas czuję się jakbym tracił czas, przemożne poczucie straty czasu towarzyszyło mi o dziecka, wzmagało się wraz z upływem czasu, w każdej sekundzie nie robię nic innego, tylko tracę czas, utrata czasu a jednocześnie bezustanna świadomość utraty czasu

jestem najzagorzalszym czytelnikiem. Nie ma drugiego takiego najzagorzalszego czytelnika na świecie. Podczas gdy wszyscy czytają książki po to, by obeszły ich bez echa, we mnie echo każdej książki wybrzmiewa w samych trzewiach, podczas gdy wszyscy dyskutują o książkach, beznamiętnie kartkują książki (puk, puk, nic tam do nich nie dociera), co gorsza piszą bzdury o książkach, które błyskawicznie odkładają na półki, ja przeżuwam w sobie każdą książkę tak, jakbym miał dwa żołądki

jestem najzagorzalszym przeciwnikiem wędliny w plasterkach, nie ma nic bardziej przerażającego jak wędlina przygotowana do spożycia, pokrojona w plasterki, perwersyjność w zadawaniu cierpienia uwidaczniająca się w wyłożonej na spodek, pokrojonej w plasterki wędlinie, spożywanie wędliny, a już najbardziej spożywanie wędliny w plasterkach napawa mnie wstrętem, naturalnie rzecz jasna znajdują się jeszcze ludzie posługujący się pojęciem wędlinka, którzy budzą moje największe obrzydzenie

odpowiadam, chociaż przez nikogo nie jestem pytany, pytam, chociaż nie spodziewam się znikąd odpowiedzi, i tak w kółko. Błędne kółka jak błędne ogniki, fire, uszkodzenie błędnika

im więcej wiedzy, tym więcej faktów bezpowrotnie łączy się ze sobą, powstaje groźna pajęczyna niedostrzegalna dla tych, którzy nie poszukują. Mimo to twierdził będę: edukacja jest najważniejsza

nie posiadam ustrukturyzowanej wiedzy. Moja wiedza jest nieustrukturyzowana. Dalej, wszystko z czasem staje się resentymentem

 

PS

Uwaga: WordPress zaśmieca tę stronę reklamami. Dzisiaj to zauważyłem, kiedy wszedłem tu bez Adblocka.

Fífill

817764658377501000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jak się tam wchodziło, w całym budynku fatalne oświetlenie, zwłaszcza jesienią i zimą, wieczorami, piwniczne, fabryczne oświetlenie. W każdym pomieszczeniu żarówki najbardziej energooszczędne, a przez to najciemniejsze, przyprawiające od razu o myśli samobójcze. Siedzieli w tych pomieszczeniach, zwłaszcza jesienią i zimą, długimi wieczorami, w fatalnym, samobójczym oświetleniu. Z ich pokoju, najmniejszego, oświetlonego najfatalniej, dobywały się wrzaski naturszczyków, porykiwania reklam, skamlania seriali. Jak się tam wchodziło, to od razu, nie pytając nikogo, przechodziło się do kuchni. Nikogo to nie obchodziło. Przechodziło się do kuchni, bo tam było najciszej, bo tam było najwięcej żarówek.

Rankami brał górę szron i pewnie by nie wyłazili, gdyby nie obrządki: głowy jaków, dzikich koni, reniferów, a wszystkie spragnione miłości, parujące języki zlizujące z paznokci sól, wielkie oczy patrzące z komórki. Rankami, gdy górę brał szron, pewnie by nie wyłazili, gdyby nie nadzieja: przyjąć do wiadomości, że wszystko jest jeszcze możliwe, w każdej chwili cała paleta nieszczęścia, i żyć z myślą, że wszystko jest jeszcze możliwe, wszystkie plagi, godziny, szpitale. Zmienność losu. Odchylenie standardowe.

119310255727776000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

AI

 

AI nigdy nie będzie miała nic wspólnego z człowiekiem, który dla niej jawił się będzie zawsze jeno jako bakteryjka. Opowieść jest zawsze jedna. Dla człowieka opowieść jest zawsze jedna, snuta w określonym miejscu i czasie – cóż, taki aparat poznawczy, taka percepcja. Wyobraźmy sobie, jeśli umiemy, AI snującą równolegle, śledzącą, łączącą ze sobą miliony, miliardy, biliony, czy co tam dalej idzie, opowieści. Jakie znaczenie będzie miała dla niej jednostkowa opowieść bakteryjki?

17407131716929800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Był bardzo długi okres, kiedy to starałem się nie oglądać swojej twarzy. Trwało to, bo ja wiem, ze dwa lata. Unikałem przede wszystkim luster, ale też kałuż, szyb autobusowych, witryn sklepowych, jednym słowem szkła. Naturalnie zdarzały się chwile, gdy przez niedopatrzenie popełniałem nagle jakiś błąd i dostrzegałem na ułamek sekundy,  gdzieś tam po drugiej stronie, swoje odbicie, błyskawicznie zamieniałem wtedy spojrzenie na to przymglone i zapominałem o sprawie. Pamiętam jak któregoś dnia w  pracy zobaczyłem swoją postać uchwyconą przypadkowo na filmie. Nie mogłem się nadziwić, że ten pokraczny, łysawy człowieczek to właśnie ja, a gdy tak zwany mędrzec salowy, jakich pełno w każdej korporacji, odburknął, że tak jest zawsze, i zmienił nagle temat, chyba właśnie wtedy, tak, właśnie wtedy zaczęło rodzić się we mnie podejrzenie.

4109266378488060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Będąc dzieckiem zbyt często marzyłem o tym, żeby już tylko lecieć w skrojonej na miarę moich skromnych potrzeb rakietce wystrzelonej, ot tak, bez celu, w Kosmos, oddalającej się z każdym dniem od Matki Ziemi. Wyobrażałem sobie wtedy siebie siedzącego przed zaparowanym okienkiem, oddalonego i oddalającego się jednocześnie od wszystkiego, w skupieniu obserwującego próżnię. Dzisiaj, kiedy od wielu lat znajduję się w tym położeniu, wyglądając od czasu do czasu przez okno, myślę, że moje marzenia chyba się ziściły.

Dzisiaj więc, kiedy już tak dobrze rozumiem spiralę dni, w której się obracam, w której obracam się i obracam jak bezwolna figurka wyjęta z baletu triadycznego Oskara Schlemmera, kiedy całymi dniami lewituję i ożywiam się dopiero po północy, by umieścić swoją głowę w imadle, by uciszyć myślenie, by wykluczyć wspomnienia, natłok wspomnień dobijający się od wewnątrz, od środka, walący, mówiąc głośno łomocący w poszycie mojej czaszki, dzisiaj więc, kiedy już rozumiem, zbyt dobrze rozumiem, że muszę, tak, tak, muszę pisać, codziennie, niewiele, choćby kilka zdań, nie oglądając się na nic – dzisiaj więc piszę.

Doskonale pamiętam jak któregoś dnia uświadomiono mi mimochodem, że popełniam niewybaczalny karygodny błąd mówiąc „na dworzu” zamiast „na dworze” (dwór-dworze dwór-dworze pamiętaj), dotąd zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, iż mówienie „na dworzu” jest niewybaczalnym karygodnym błędem, zamiast „na dworze” mówiłem „na dworzu”, popełniając niewybaczalny karygodny błąd. W domu od zawsze mówiono „na dworzu”, matka mówiła „na dworzu”, ojciec mówił „na dworzu”, siostry mówiły „na dworzu”, do tej pory tak mówią. I natychmiast przypomniałem sobie wszystkie sytuacje, wszystkie zapamiętane sytuacje z poczekalni i z pracy, spotkania w kręgu byłych znajomych i toczące się tam rozmowy tudzież wszystkie oficjalne oraz nieoficjalne rozmowy odbyte w tak zwane cztery oczy, kiedy za każdym razem zamiast „na dworzu” mówiłem „na dworze”, ośmieszając się, popełniając niewybaczalny karygodny błąd.

Mam stosunkowo małą czaszkę, która idealnie pasuje do moich dłoni.

 

3012657015979780000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zoo

 

  1. Klatka

Rzecze źrebię zebrze żebrzę.

 

  1. Klatka

Ta scena w „Porwaniu Michela Houellebecqa”, kiedy Houellbecq grany przez Houellebecqa stojąc w gronie swoich porywaczy, zauważa nieśmiało: od początku zastanawia mnie fakt, że nie nosicie masek, widzę wasze twarze, w powieściach to nie jest dobry znak, porywacze odkrywają twarze, gdy się nie boją, że ofiara mogłaby ich rozpoznać, bo zamierzają ją zabić, po czym uśmiecha się głupio.

 

  1. Klatka

 

 

  1. Klatka

Tukan.

 

1861924432321340000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

drobne uszczypliwości

 

Gogol obraził się na mnie i utrudnia mi życie. Poszło o pocztę*. Nie spodobało mu się, że nie spodobała mi się (i to bardo) nowa poczta, którą w końcu i tak wcisnął mi na siłę.

Najpierw anonsował. Prosił, żebym wypróbował (przecież zawsze będę mógł powrócić do starego wyglądu). Spróbowałem. Nowa poczta od razu wydała mi się odrażająca.

Poczta to poczta. Wychodzę z założenia, że na poczcie najważniejsze powinny być listy. Nic poza tym. Żadnych ozdobników, rozpraszaczy, kolorowych dodatków, ikonek. Po co mi kalendarz?

Jakby tego było mało, nowa poczta ładowała się dłużej. W nieskończoność musiałem czekać, aż w okienku powitalnym przemieli się pasek. To było naprawdę frustrujące.

Natychmiast powróciłem do starego wyglądu, jednak, jak wszystko, nie trwało to długo. Nie minęły dwa tygodnie, a już miałem nową pocztę ustawioną złośliwie na stałe.

Od czego jednak moja pomysłowść? Na samym dole strony, wypisany maleńkimi literami, znajdował się był lineczek: Ładuj podstawowy widok HTML (dla wolnych połączeń).. Załadowałem.

 

No a teraz Gogol utrudnia mi życie. Wystarczy, że zaczynam grzebać w wyszukiwarce, a natychmiast przerywa mi brutalnie, niby prosząc tylko, bym potwierdził, iż nie jestem robotem. Zasłania się przy tym wytartym frazesem o naszych systemach, które wykryły nietypowy ruch pochodzący z Twojej sieci komputerowej.

To prawda, może i nazbyt często korzystam z wyszukiwarki, poszukując rzeczy, które takiemu Gogolowi mogą nie mieścić się w głowie. Rzeczy wszelakich. Różnorodnych. Rzekłbym nawet nietypowych. Potrafię przy tym błyskawicznie przechodzić od hasła do hasła, jak jaki dziki skakać z linku na link, zauroczony frazą, nazwiskiem, nie znanym pojęciem. Ale żeby od razu z tego powodu odmawiać mi człowieczeństwa?

W ramach zemsty za niekorzystanie z najnowszej poczty niemal przy każdym wyszukiwaniu Gogol poleca mi teraz wykonanie testu**. Podsuwa przy tym szereg obrazków, z których muszę wybrać wyłącznie te z: a) samochodami, b) witrynami sklepowymi, c) sygnalizacjami świetlnymi, d) przejściami dla pieszych, itp. Nie wie, że lubię takie łamigłówki***.

 


*Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pocztę.

**Wykonanie testu CAPTCHA może być czasem wymagane, jeśli korzystasz z zaawansowanych haseł wyszukiwania, z których korzystają najczęściej roboty, lub gdy bardzo szybko wysyłasz żądania.

***I to bardo.

1150732583658440000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zostaną po nas GIF-y i dywizy

 

Maszyna językowa, w której objęciach się chronię, która zapewnia mi całodobową ochronę, rytm, język maszynowy. Temat? Nie ważny jest temat. Nie ma żadnego tematu. Chodzi o ochronę.

Schronić się całkowicie przed światem, uciec przed zakusami świata.

Mieć zawsze w głowie wewnętrzny głos, który podpowie; głos tubalny, przekonywający, zrytmizowany.

Rytm jako próba przetrwania w rozregulowanym świecie.

Rytm jako forma monologu pozbawiona zdania racji.

271651113667356000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wiatrak

 

Zgodnie z przewidywaniami Ziemia odwraca się do Słońca, wieczorami temperatura obniża się do tego stopnia, że zmuszony jestem zamykać okno. Na noc nie wyłączam komputera, szum wydawany przez wiatrak od zasilacza ma moc usypiającą (plus), za to rano budzę się w pomieszczeniu pozbawionym tlenu (minus). Powiedział mi o tym S.

S. powiedział mi niedawno, że wiatrak w moim komputerze ma dużą przepustowość, że to bardzo mocny wiatrak, że taki wiatrak w ciągu kilku godzin potrafi zassać całe znajdujące się w zamkniętym pokoju powietrze, że w moim pokoju, zwłaszcza w tak małym pokoju, taki wiatrak w ciągu kilku godzin stać na kilkukrotne zassanie znajdującego się wewnątrz powietrza.

Chciałbym mu nie wierzyć. Dopóki mi o tym nie powiedział, dopóty całymi latami w okresie jesienno-zimowym siedziałem w zamkniętym pomieszczeniu, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopóki nie przyszło mu do głowy podzielić się ze mną swoją wiedzą, dopóty miałem spokój. Musiałbym to sam obliczyć, ale nie jestem mocny z fizyki.

Teraz budzę się, przypominam sobie, co mi powiedział S., i zaczynam się dusić.