359165509019894000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

co cieszy

 

1. Znowu mam przyjaciela, który rozumie najbardziej zwariowane eskapady mojego umysłu.

2. Obejrzałem wczoraj długi wywiad z moim ulubionym Carlem Ancelottim opowiadającym o swojej karierze piłkarskiej oraz trenerskiej. Przy podsumowywaniu przez niego tej drugiej najpierw uśmiechnąłem się (a), a następnie zaśmiałem głośno (b).

a) Chelsea, […], to był bardzo owocny okres, nauczyłem się nowego języka.

b) Bayern, […], to był bardzo owocny okres, nauczyłem się nowego, trudnego języka.

Tak więc, jeśli naprawdę chce się nauczyć nowego języka, warto zostać piłkarzem albo trenerem [ew. to i to].

3. Słońce

Reklamy

84787475302008800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podwójne sito

 

Staram się jak najmniej pisać od kiedy zauważyłem, że Thomas mnie zdradza. Jak już wcześniej gdzieś tam wspomniałem wszelkie wpisy na tym blogu zatwierdza osobiście Thomas Bernhard z Moich nagród. Za każdym razem, zanim nacisnę publikuj, zasięgam jego opinii – i niemal zawsze, za każdym razem, jest to opinia pozytywna.

A wygląda to mniej więcej tak; napiszę coś, zerkam na twarz Thomasa z Moich nagród, na twarzy Thomasa dostrzegam charakterystyczny, niepodrabialny uśmieszek dumnej akceptacji, publikuję.

Tak było. Do tej pory.

Jednak kilka dni temu, przeglądając moje wpisy, zauważyłem, że to nie funkcjonuje. Bynajmniej nie tak, jakbym ja sobie tego życzył.

 

Dlatego dzisiaj, na biurku, tuż obok Moich nagród, ustawiłem sobie tyłem Czuję. Zawrót głowy. Od dzisiaj każdy wpis na tym blogu przechodził będzie podwójną weryfikację. Już nie tylko Thomas z jego, nie oszukujmy się, zakulisowym pokpiwaniem z moich wpisów, który wszystko przepuszcza, lecz również W.G. Sebald, pisarz, z którego zdaniem bardzo się liczę  (Sebald to taki Bernhard, tylko bez poczucia humoru, co niewątpliwie stanowi o jego przewadze).

Od dzisiaj każdy wpis, zanim pojawi na tym blogu, zderzyć się będzie musiał z niezwykle surowym obliczem W.G. Sebalda z okładki Czuję. Zawrót głowy. Z jego krytycznym spojrzeniem.

20015607811858600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

20190213 (przedpołudnie)

 

Niechciane wspomnienia są jak koniki trojańskie, przyczajone, ukryte koniki trojańskie, które tylko czekają na właściwą komendę (myśl), by się rozpanoszyć.

Źródło myślenia ironicznego nieustannie we mnie bije. Myślę, że wiem skąd się wzięło. Przed laty stanowiło sposób na odwrócenie uwagi poprzez rozśmieszenie interlokutora. Jednak to długa historia sięgająca w głąb dzieciństwa, do którego nie zamierzam nigdy więcej wracać.

Poszło mi świetnie w quizie dotyczącym zdrowego odżywiania, chociaż nie stosuję się do żadnej z wymienionych tam zasad.

A może to ja powinienem dopasowywać się do każdej reklamy?

1804806230506830000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

zamiast

 

Dlaczego nie urodziłem się wcześniej?! – pomyślałem ze smutkiem, dlaczego nie urodziłem się w XIX lub na początku XX wieku, kiedy wokół nie było tylu rozpraszaczy, mam tu na myśli przede wszystkim internet, który nieustannie odciąga mnie od pisania; zamiast pisać, co powinienem tu i teraz czynić nie oglądając się na nic, co kilka minut zaglądam do internetu, sprawdzam co też się tam zdążyło pozmieniać w świecie podczas mojej nieobecności, klikam, przewijam, odświeżam pocztę, chociaż od wielu lat nikt, prócz darmowych subskrypcji do mnie nie pisze, otwieram, zamykam okna, a na dokładkę, jakby tego było mało, dokarmiam reklamowe boty ciasteczkami. O ile łatwiej mieli dawno umarli pisarze, powiedziałem głośno – i natychmiast wyobraziłem sobie wszystkich tych moich dawnych mistrzów przed ekranami komputerów (myślę, że zachowaliby oni resztki zdrowego rozsądku i nie posługiwali się mimo wszystko smartfonami), przed moimi oczami stanęli, a właściwie rozsiedli się wygodnie wszyscy ci moi dawni mistrzowie, a ich twarze, rozjaśnione teraz niebieskawą, pulsującą nierównomiernie poświatą, wydały mi się jeszcze bardziej martwe. Co robiliby teraz moi dawni mistrzowie? – powiedziałem. Z pewnością mieliby problem. Zamiast pisać, co i ja powinienem teraz czynić, siedzieliby jak jeden mąż w internecie; taki David Foster Wallace od świtu do nocy nie spuszczałby z oka YouTube’a, oglądając w międzyczasie serial za serialem, taki Bernhard wspiąłby się niechybnie na szczyty odrazy i zniesmaczenia obserwując fluktuacje ludzkiej ignorancji podlewanej na okrągło katolicko-narodowym sosem – co tam gazety!, internet to dopiero źródło niekończonej się irytacji! Ciekawe czy Joyce napisałby Ulissesa, gdyby miał dostęp do internetu? Myślę, że nie. Na pewno nie. A Proust? Cóż robiłby Marcel podłączony w swoim łóżku do laptopa? Czy zaprzątałby sobie głowę poszukiwaniem straconego czasu, gdyby tracił czas na scrollowanie?
Zazdrościmy dawnym umarłym pisarzom tego, że mieli oni okazję urodzić się wcześniej od nas. Dzięki temu właśnie, dzięki takiemu, a nie innemu zbiegowi (chyba nie zbiegu?) okoliczności, mieli oni okazję napisać to, czego my, urodzeni znacznie później, nie jesteśmy już w stanie napisać, jedynie dzięki takiemu właśnie, szczęśliwemu dla nich, nieszczęśliwemu dla nas, zrządzeniu losu, to oni napisali pierwsi to, co my zawsze zamierzaliśmy napisać i, niestety, dzięki takiemu właśnie a nie innemu, nieszczęśliwemu dla nas, szczęśliwemu dla nich zrządzeniu losu, my nie możemy napisać właściwie już niczego, ponieważ w, jak to się mówi, dobie internetu, jesteśmy; a) roztrzęsieni, b) zasmuceni, c) znerwicowani i) do-dat-ko-wo skołowani porozrzucanymi po internecie cząstkami naszych tożsamości, a przez to niespójni, ponieważ nawet gdybyśmy teraz jakimś cudem cokolwiek napisali, stalibyśmy się jedynie żałosnymi, żalącymi się bez przerwy niekompetentnymi imitatorami.

100578404047763000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tak, to prawda, wszyscy byliśmy uzależnieni od internetu. Gdyby nam tylko zaproponowano, by tam wejść – wejść, natychmiast wejść do internetu, stać się ciągiem zer i jedynek, rozgałęzieniem, alfabetem, kłączem, biec jednocześnie we wszystkich kierunkach, łączyć ze sobą wszystko, wszystkie słowa – nie wahalibyśmy się ani chwili. Wyróżniać się krojem czcionki. Patrzeć jak z nieba lecą piksele.

62160872235737800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ludzie do pewnego momentu. I ludzie nieukształtowani.

Ludzie do momentu, kiedy po raz ostatni im wierzyłeś, zanim obrali skostniałe formy, sprzeniewierzyli się sobie, zastygli w wygodnych pozach, a rysy ich charakteru, które wiele lat wcześniej zapowiadały ten nieuchronny etap, zostały raz na zawsze ustalone. Lecz to nie przekreśla tego, kim dla ciebie byli.

Ludzie kominy i ludzie cyprysy. Podążaj za ludźmi cyprysami.

9069149035398720000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

chaos w fabryce czekolady

 

Nie wyciągać ogólnych wniosków, bronić się rękami i nogami przed ogólnymi wnioskami, w przeszłości, a więc niedawno, gubiło mnie wyciąganie ogólnych wniosków, poszukiwanie (bezcelowe) celowości, rzecz znamienna, bardzo charakterystyczna dla mojego umysłu, z czego dopiero teraz tak naprawdę zdaję sobie sprawę. Z każdej, najbłahszej nawet sytuacji, starałem się błyskawicznie (królik) wyciągnąć ogólne, rzekłbym nawet ramowe wnioski prowadzące (złudnie) do rozstrzygnięcia tak zwanych kwestii życiowych, co było błędem.

Częstotliwość mojego pisania w sieci. Częstotliwość z jaką publikuję tak zwane posty. Mnie samego niepokoi ona. Stanowi być może problem. Częstokroć, po opublikowaniu kolejnego tak zwanego posta, zastanawiam się godzinami, czy powinienem był go mimo wszystko publikować, czy aby nie nazbyt pochopnie post ów opublikowałem, zważywszy, iż całkiem niedawno opublikowałem był  poprzedni post. I tak w kółko.

Otwierać plik  w o r d o w s k i  i  czekać, cierpliwie czekać, aż plik  w o r d o w s k i rozkwitnie, rozwinie się przed (oczym(a)mi), czekać wytrwale, nie śpieszyć się, cokolwiek przychodzi z czasem.

Ślad bosej stopy pozostawiony na łazienkowym chodniku o godzinie jedenastej przed południem — ciągle widoczny o godzinie siedemnastej.

W literaturze szukam samotności, jedynie stłumiony, cichy, samotny głos jest w stanie mnie przyciągnąć, przywołać, tylko takiemu głosowi mogę, jak to się mówi, w pełni zaufać, nie cierpię fikcji.

Do wszystkiego podchodzić powoli, rozgaszczać się.

Fífill