1952132532477490000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wybieg No. 5

Jednym z wybiegów, a może nawet trików, bo trudno w tym wypadku użyć poważniejszego słowa, jest patrzenie na teraźniejszość z przyszłości. Tak, właśnie z przyszłości. Z przyszłości  to znaczy widzieć już teraz, w każdym nieznośnym, uporczywym, a co za tym idzie absorbującym momencie, jedynie fragment tej pozbawionej znaczenia powłoki, która dla patrzącego od wewnątrz (zapatrzonego w teraźniejszość, zaabsorbowanego) jest niewidoczna.

Reklamy

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 

14691098406862200000000000000000000000000000000000000000000

ulewa

Obserwując z oddali kurtynę wodną, która nagle opadła, przesłaniając prawą stronę zagajnika, pomyślałem, że nie możemy już dłużej opisywać w ten sposób. Dawno temu wyczerpaliśmy możliwości opisu, a to, co adekwatne kilkaset (wstrętny romantyzm), a nawet kilkadziesiąt lat temu, przestało mieć dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Dlatego właśnie nasze opisywanie musi ulec radykalnej zmianie. Dotyczy to w szczególności tak zwanych zjawisk atmosferycznych, które opisywaliśmy i nadal opisujemy nieadekwatnie, a więc po ludzku. Nasze próby opisu od zawsze skażone były człowieczeństwem, a co za tym idzie, ohydną emocjonalnością, której, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji, powinniśmy się wyzbyć raz na zawsze. Dzisiejszy, adekwatny opis, powinien składać się wyłącznie z ciągu cyfr, najlepiej samych zer i jedynek, dopuszczam jednak, biorąc pod uwagę naszą (nieusuwalną jak na razie) słabość, możliwość użycia od czasu do czasu pikseli.

3468097888158340000000000000000000000000000000000000000000

– Od wielu tygodni znajduję się w strefie bez opisu, każda próba wyjścia ze strefy bez opisu kończy się ośmieszeniem.
– …
– Jakaś rada?
– Przede ewsztskim nie przestawać się z siebiee śmiać.
– Ehe, z niedoskonałości, nietrwałości, nieumiejętności, niezgodności z?
– ototo

4114000911454430000000000000000000000000000000000000000

przeskok

Znacie ten przeskok w budziku? Takim chińskim, plastikowym, sprawiającym wrażenie pancernego, a przecież leciutkim jak brudna wystrzępiona gąbka ze zlewu, z kwadratową tarczą i srebrnym rozdygotanym sekundnikiem? Przeskok o dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej z minutami, gdy leżycie w przerażeniu w swoim łóżku, na biurku świeci odwrócona do ściany lampka, a wokół panuje cisza nie do wytrzymania? Przeskok, może inaczej; chrobot, chrzęst, zgrzytnięcie, przeznaczony dla waszych uszu sygnał od mechanizmu, że coś się tam w środku zablokowało, przestawiło, uniemożliwiając budzenie?

971183874599339000000000000000000000000000000000000000

naczynia

Obudzony nocą, trzyma się pościeli (przed chwilą wydawało mu się, że spoczywa bezpiecznie w foteliku dziecięcym), w garściach poręcze, nylonowe siatki z ziemniakami, perz samodzielności, który kazała mu wyrywać do późnego popołudnia (żadnego podziękowania, tylko ten jej kaszel), wilgotne rozmazujące się w palcach grudy ziemi – to z nich wylezą dżdżownice (pozbiera robale w doniczkę i zostawi na słońcu, potem przyjdą goście). Dlaczego jesteś okrutny? Dlaczego nie jesteś jak inni? Wszystko, co robimy, robimy dla ciebie. Przecież wiesz.

871347450517368000000000000000000000000

Pierwszy opis bloga znajdujemy oczywiście u Salingera:

Znalazłszy się w pokoju, ledwie rzucił wkoło okiem. Natychmiast odwrócił się twarzą do płyty, niegdyś śnieżnobiałej, przybitej bezpośrednio na wewnętrznej stronie drzwi. Była to płyta ogromnych rozmiarów, prawie tej samej długości i szerokości, co same drzwi. Można było bez trudu uwierzyć, że kiedyś ta biel, ta wielka gładka płaszczyzna głośno i żałośnie wołała o tusz i wykaligrafowane litery. Jeśli tak, to wołała nie na próżno. Cała jej powierzchnia została pokryta czterema dość imponująco ozdobnymi kolumnami cytatów z rozmaitych dzieł literatury światowej. Litery były maleńkie, ale czarne jak węgiel i doskonale czytelne, chociaż niekiedy fantastyczne w rysunku, pisma nie szpeciły nigdzie kleksy ani poprawki. Robotę wykonano czysto nie zaniedbując precyzji nawet u samego dołu płyty, tuz nad progiem, mimo że dwaj kopiści musieli niewątpliwie pracować na zmianę leżąc na brzuchach. Nie próbowali wcale uporządkować cytatów wedle autorów lub jakichkolwiek innych kryteriów. Toteż lektura tekstu od górnego wiersza aż do najniższego, kolumna za kolumną, przypominała niejako przechadzkę po salach jakiegoś punktu ratunkowego zorganizowanego doraźnie na zalanym przez powódź terenie, gdzie na przykład Pascal bez obrazy cnoty dzieliłby łóżko z Emily Dickinson a szczoteczki do zębów Tomasza à Kempis i Baudelaire’a sąsiadowałby z sobą zgodnie na jednej półce.(…)

To się lubiło zdarzać.
M a r e k  A u r e l i u s z

O ślimaku, Wspinaj się na górę Fudżi, Ale powoli, powoli.
I s s a
(…)

Wątek miłosny i jego kulminacyjny moment wprowadzimy, gdy dwie nie znające się przedtem osoby, mężczyzna i kobieta, nawiążą rozmowę w pociągu wracając na wschód. – A więc – powiedziała pani Croot, bo ona to była – co pan myśli o Wielkim Kanionie? – Niezły parów – rzekł współtowarzysz podróży. – Jakże zabawnie pan to określił! – powiedziała pani Croot. – A teraz niech mi pan coś zagra.
R i n g  L a r d n e r „Jak pisać opowiadania”

(…)

„Czy nie chce się pan do nas przyłączyć?” – zapytał mnie niedawno pewien znajomy, gdy siedziałem sam po północy w pustej już prawie kawiarni. „Nie, nie chcę” – odpowiedziałem.
K a f k a

Szczęście przebywania wśród ludzi.
K a f k a

J.D. Salinger „Franny i Zooey”, tłum. Maria Skibniewska, Czytelnik, Warszawa 1966, ss. 212-215.

332825110087068000000000000000000000000

Impatiens noli-tangere

 

Nie zgadza się na cierpienie i na sposób funkcjonowania świata. Uważa, że dla żadnego cierpienia nie istnieje akceptowalne wytłumaczenie. Jest przekonany, że nie istnieje tak zwane zadośćuczynienie za przeżyte cierpienie, a ci, którzy uważają inaczej, mają w tym swój interes. Stanowczo twierdzi, że każde cierpienie jest ponad ludzkie siły i żadna nagroda nie jest adekwatna do przeżytego cierpienia. Jest pewien (zaciska pięść), że chwile, kiedy cierpiał, nie zostaną przez niego nigdy zapomniane.

Chciałby to wszystko natychmiast wyartykułować, ale nie wie jak. Dlaczego wszystko chce natychmiast artykułować?  I po co?

18547707689472000000000000000000000000

Najpiękniejsze są miasta pozbawione ludzi. Należą one tym samym do rzeczy, które kochamy przez negację, takich jak: zardzewiałe, nie nadające się do użytku, drapiąca w gardle woń z kadzielnicy, odnalezione przypadkowo słowa skreślone ręką zapomnianej osoby, wybrakowane i umarłe.
Bez skrupułów wspominamy wszystkie te nieodległe letnie dni, kiedy szliśmy samotnie o czwartej, piątej nad ranem przez wyludnione ulice i place w towarzystwie pierwszych promieni słońca, w ciszy, nie myśląc o nikim, zapominając o sobie. I chociaż kątem oka dostrzegaliśmy wówczas jadące auto, to potrafiliśmy natychmiast okłamać zmysły, nie patrząc w tamtą stronę, wyobrażając sobie, że jest to jedno z tych zabłąkanych, pozbawionych kierowcy i pasażerów aut przyszłości.

 

35600075545958500000000000000000000

ex cele


Ilu współpracowników zapomniałem? Ile współpracownic? Sylwetki siedzące po lewej i prawej, z przodu i za plecami, korpusy bez twarzy i korpusy z niezaktualizowanymi twarzami, do których nie potrafię teraz przyporządkować nawet samych imion.