20341574322680400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Klon, Ukrop, Urwis Żółw

 

Zawdzięczam odkrycie Tydelii połączeniu fotografowania i internetu. Fotografowanie zaniepokoiło mnie podczas głębokiego snu w altanie w ogrodzie należącym do mojego najlepszego przyjaciela, którego inicjały postanowiłem zachować dla siebie, internet towarzyszył mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Ów pozbawiony inicjałów przyjaciel, który owego upalnego popołudnia zajęty był przeglądaniem rodzinnego albumu, zauważył podczas mego snu, że niemal na każdej grupowej fotografii chowam się za plecami stojącej przede mną osoby, zaś ja, tuż po przebudzeniu, dokładnie zrelacjonowałem mu swój sen, w którym na próżno usiłował przepołowić skorupę ogromnego, odznaczającego się niezwykłym poczuciem humoru żółwia – za każdym razem, gdy zbliżał się do niego z piłą spalinową, żółw ów wykonywał zręczny unik, co więcej, za pomocą smartfona robił mojemu przyjacielowi kompromitujące zdjęcie, po czym od razu wrzucał je na facebooka. Podczas gwałtownej wymiany zdań, która zaraz potem nastąpiła, obaj doszliśmy do wniosku, że syrop klonowy bywa wstrętny.

Następnego dnia mój pozbawiony inicjałów przyjaciel zadzwonił do mnie z Buenos Aires. Powiedział, że ma przed oczyma zdanie, na które natrafił przypadkowo w archiwum internetu, znajdując się dokładnie nad Oceanem Atlantyckim. Zdanie owo brzmiało: „Zabija się człowieka, każąc mu pozować do fotografii”. Powiedziałem mu, zgodnie z prawdą, że chętnie zobaczyłbym to zdanie. Kilka lat później podesłał mi link. W taki oto sposób dotarłem w końcu do Tydelii.

Reklamy

74938658661142300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

reklama

 

Przerywam czytanie najbardziej przerażającej książki Bernharda i sprawdzam w wyszukiwarce czy rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith i rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith, zabieram się więc z powrotem do czytania, a gdy ponownie zaglądam do internetu, zaczynają mi się wyświetlać oferty hoteli i biur podróży.

Tak! Polecę do Palma de Mallorca i zabiorę ze sobą Beton Bernharda! I przeczytam Beton Bernharda w jakimś okropnym, przygnębiającym, betonowym hotelu w Palma de Mallorca! Cóż za brak taktu!

1952132532477490000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wybieg No. 5

Jednym z wybiegów, a może nawet trików, bo trudno w tym wypadku użyć poważniejszego słowa, jest patrzenie na teraźniejszość z przyszłości. Tak, właśnie z przyszłości. Z przyszłości  to znaczy widzieć już teraz, w każdym nieznośnym, uporczywym, a co za tym idzie absorbującym momencie, jedynie fragment tej pozbawionej znaczenia powłoki, która dla patrzącego od wewnątrz (zapatrzonego w teraźniejszość, zaabsorbowanego) jest niewidoczna.

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne*, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 *„Najważniejszym warunkiem kompromisu było to, że osobie w depresji wolno będzie wyjawić wobec przyjaciółek własny opór przed dzieleniem się owymi resentymentami i uświadomieniami oraz poinformować je (tzn. przyjaciółki), że zdaje sobie sprawę z tego, jak żałośnie i mazgajowato mogą one (tzn. resentymenty i uświadomienia) brzmieć, a także wyznać, że dzieli się z nimi tym zapewne żałosnym doświadczeniem „przełomu” tylko i wyłącznie na wyraźną sugestię terapeutki. Przyjmując ten warunek, terapeutka wyraziła zastrzeżenie jedynie do użycia przez osobę w depresji określenia „żałosne” podczas dzielenia się myślami z Układem Wsparcia. Terapeutka oświadczyła, że znacznie chętniej poparłaby użycie przez osobę w depresji określenia „słabe” niż „żałosne”, ponieważ jej instynkt (tzn. instynkt terapeutki) podpowiada jej, że u podłoża stosowania przez osobę w depresji określenia „żałosne” leży nie tylko nienawiść do samej siebie, ale też żebranie o litość, a nawet pewien odruch manipulacji. Słowo „żałosne”, zauważyła łagodnie terapeutka, jej osobiście wydawało się mechanizmem obronnym używanym przez osobę w depresji dla ustrzeżenia się przed ewentualną negatywną oceną słuchacza dzięki jasnemu stwierdzeniu, że ona, osoba w depresji, już osądza się znacznie surowiej, niż jakikolwiek jej słuchacz miałby serce to zrobić”.
David Foster Wallace, Osoba w depresji, [W:] Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, przeł. Jolanta Kozak

14691098406862200000000000000000000000000000000000000000000

ulewa

Obserwując z oddali kurtynę wodną, która nagle opadła, przesłaniając prawą stronę zagajnika, pomyślałem, że nie możemy już dłużej opisywać w ten sposób. Dawno temu wyczerpaliśmy możliwości opisu, a to, co adekwatne kilkaset (wstrętny romantyzm), a nawet kilkadziesiąt lat temu, przestało mieć dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Dlatego właśnie nasze opisywanie musi ulec radykalnej zmianie. Dotyczy to w szczególności tak zwanych zjawisk atmosferycznych, które opisywaliśmy i nadal opisujemy nieadekwatnie, a więc po ludzku. Nasze próby opisu od zawsze skażone były człowieczeństwem, a co za tym idzie, ohydną emocjonalnością, której, w dobie rozwoju sztucznej inteligencji, powinniśmy się wyzbyć raz na zawsze. Dzisiejszy, adekwatny opis, powinien składać się wyłącznie z ciągu cyfr, najlepiej samych zer i jedynek, dopuszczam jednak, biorąc pod uwagę naszą (nieusuwalną jak na razie) słabość, możliwość użycia od czasu do czasu pikseli.

3468097888158340000000000000000000000000000000000000000000

– Od wielu tygodni znajduję się w strefie bez opisu, każda próba wyjścia ze strefy bez opisu kończy się ośmieszeniem.
– …
– Jakaś rada?
– Przede ewsztskim nie przestawać się z siebiee śmiać.
– Ehe, z niedoskonałości, nietrwałości, nieumiejętności, niezgodności z?
– ototo

4114000911454430000000000000000000000000000000000000000

przeskok

Znacie ten przeskok w budziku? Takim chińskim, plastikowym, sprawiającym wrażenie pancernego, a przecież leciutkim jak brudna wystrzępiona gąbka ze zlewu, z kwadratową tarczą i srebrnym rozdygotanym sekundnikiem? Przeskok o dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej z minutami, gdy leżycie w przerażeniu w swoim łóżku, na biurku świeci odwrócona do ściany lampka, a wokół panuje cisza nie do wytrzymania? Przeskok, może inaczej; chrobot, chrzęst, zgrzytnięcie, przeznaczony dla waszych uszu sygnał od mechanizmu, że coś się tam w środku zablokowało, przestawiło, uniemożliwiając budzenie?

971183874599339000000000000000000000000000000000000000

naczynia

Obudzony nocą, trzyma się pościeli (przed chwilą wydawało mu się, że spoczywa bezpiecznie w foteliku dziecięcym), w garściach poręcze, nylonowe siatki z ziemniakami, perz samodzielności, który kazała mu wyrywać do późnego popołudnia (żadnego podziękowania, tylko ten jej kaszel), wilgotne rozmazujące się w palcach grudy ziemi – to z nich wylezą dżdżownice (pozbiera robale w doniczkę i zostawi na słońcu, potem przyjdą goście). Dlaczego jesteś okrutny? Dlaczego nie jesteś jak inni? Wszystko, co robimy, robimy dla ciebie. Przecież wiesz.

871347450517368000000000000000000000000

Pierwszy opis bloga znajdujemy oczywiście u Salingera:

Znalazłszy się w pokoju, ledwie rzucił wkoło okiem. Natychmiast odwrócił się twarzą do płyty, niegdyś śnieżnobiałej, przybitej bezpośrednio na wewnętrznej stronie drzwi. Była to płyta ogromnych rozmiarów, prawie tej samej długości i szerokości, co same drzwi. Można było bez trudu uwierzyć, że kiedyś ta biel, ta wielka gładka płaszczyzna głośno i żałośnie wołała o tusz i wykaligrafowane litery. Jeśli tak, to wołała nie na próżno. Cała jej powierzchnia została pokryta czterema dość imponująco ozdobnymi kolumnami cytatów z rozmaitych dzieł literatury światowej. Litery były maleńkie, ale czarne jak węgiel i doskonale czytelne, chociaż niekiedy fantastyczne w rysunku, pisma nie szpeciły nigdzie kleksy ani poprawki. Robotę wykonano czysto nie zaniedbując precyzji nawet u samego dołu płyty, tuz nad progiem, mimo że dwaj kopiści musieli niewątpliwie pracować na zmianę leżąc na brzuchach. Nie próbowali wcale uporządkować cytatów wedle autorów lub jakichkolwiek innych kryteriów. Toteż lektura tekstu od górnego wiersza aż do najniższego, kolumna za kolumną, przypominała niejako przechadzkę po salach jakiegoś punktu ratunkowego zorganizowanego doraźnie na zalanym przez powódź terenie, gdzie na przykład Pascal bez obrazy cnoty dzieliłby łóżko z Emily Dickinson a szczoteczki do zębów Tomasza à Kempis i Baudelaire’a sąsiadowałby z sobą zgodnie na jednej półce.(…)

To się lubiło zdarzać.
M a r e k  A u r e l i u s z

O ślimaku, Wspinaj się na górę Fudżi, Ale powoli, powoli.
I s s a
(…)

Wątek miłosny i jego kulminacyjny moment wprowadzimy, gdy dwie nie znające się przedtem osoby, mężczyzna i kobieta, nawiążą rozmowę w pociągu wracając na wschód. – A więc – powiedziała pani Croot, bo ona to była – co pan myśli o Wielkim Kanionie? – Niezły parów – rzekł współtowarzysz podróży. – Jakże zabawnie pan to określił! – powiedziała pani Croot. – A teraz niech mi pan coś zagra.
R i n g  L a r d n e r „Jak pisać opowiadania”

(…)

„Czy nie chce się pan do nas przyłączyć?” – zapytał mnie niedawno pewien znajomy, gdy siedziałem sam po północy w pustej już prawie kawiarni. „Nie, nie chcę” – odpowiedziałem.
K a f k a

Szczęście przebywania wśród ludzi.
K a f k a

J.D. Salinger „Franny i Zooey”, tłum. Maria Skibniewska, Czytelnik, Warszawa 1966, ss. 212-215.