1344719667586150000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

żarówka

 

Na początku przepaliła się żarówka. Zupełnie nowa, kupiona kilka dni wcześniej. Tak to wyglądało. Mniej więcej. Żarówkę musiałem natychmiast wyrzucić i zakupić nową, dlatego znalazłem się wtedy tam, gdzie nie powinienem był się znaleźć, a więc na rogu Siennej i Benoit. O ile sobie przypominam, było już dobrze po siedemnastej.

Na rogu Siennej i Benoit jest sklep z różnymi takimi, dużo przedmiotów, głównie elektryka, byłem nieomal pewien, że widziałem tam wcześniej żarówki, przechodzę tamtędy codziennie i mimowolnie zerkam na wystawę, małe żółte pudełeczka ustawione w piramidkę, jednak w środku okazało się, że to galanteria albo garmażerka, w każdym razie żarówkę zmuszony byłem wybić sobie z głowy.

Crescendo.

Utraciłeś przenikliwość. Brak ci przenikliwości, pomyślałem natychmiast, od razu. A do tego jesteś mistrzem w wynajdowaniu powodów do poczucia winy, dodałem z satysfakcją, i dalej, jesteś największym mistrzem w sztuce winienia, obwiniania siebie, powtarzałem wielokrotnie, wracając bez żarówki, do tego w podłym nastroju.

W mieszkaniu, gdzie teraz siedzę, rzeczywiście przepaliła się żarówka, jedna z wielu, a więc nie jest to powód do rozpaczy. Żarówka nie stanowi powodu, mówię teraz głośno, żarówka była powodem by odwrócić uwagę i zapodać fikcję, by fikcją wypełnić czas, czas, w którym siedzę sam w mieszkaniu i obwiniam siebie. Z byle powodu. Czy to będzie żarówka, czy zapchany kibel, zawsze znajdę sobie powód do obwiniania siebie. Zwyczajnie. Bez powodu. Więc mówię teraz głośno, powtarzam, nigdzie nie wychodziłem, nie byłem dzisiaj na rogu Siennej i Benoit, po prostu, przepaliła się żarówka.

 

Reklamy

529892711006095000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

I niech sobie gadam

 

Zauważyłem zresztą, że lubicie, kiedy wpadam w ten ton. Jestem wtedy taki bardziej ludzki (mniej porąbany); nie cytuję, nie małpuję, nie popełniam wierszyków. Dobrze zatem. Korzystając z mojej chwilowej niedyspozycji, opowiem wam szybciutko pouczającą historię.

Mogę być już nieomal pewien, że wyrosłem z epoki, kiedy usuwałem, kasowałem, rzucałem w cholerę. Do takiego właśnie wniosku doszedłem dzisiaj po dokładnej, niezwykle precyzyjnej analizie mojego niedawnego zachowania. Ściślej rzecz ujmując, chodziło tym razem o tak zwane wewnętrzne rozterki związane z moim członkostwem jako W_G_Sebald w grupie Hispanohablantes na pewnym serwerze szachowym. Tak, tak, tak, przeszło rok temu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, zapisałem się do grupy! Oczywiście, nigdy w życiu nie zapisałbym się do jakiejkolwiek innej grupy, takiej jak, dajmy na to Polski Klub Szachowy,  play chess poland, czy też Polscy szachiści łączmy się!, i to nawet w przypadku, gdyby ktoś, jak w tamtej piosence, z pistoletem zaszedłby mi drogę – ale Hispanohablantes?, dlaczegóż by nie?, pomyślałem sobie wtedy. Naturalnie, ani ja Hispano, ani tym bardziej hablantes (umiem tylko bąknąć), zrobiłem to wówczas w chwili niesamowitej słabości, przystając skwapliwie na zaproszenie głównodowodzącego (nawiasem mówiąc, sympatycznego grupowego administratora).

No więc niedawno pomyślałem sobie odwrotnie. Pomyślałem sobie, że to jednak głupie należeć do grupy, a w dodatku do Hispanohablantes, i natychmiast postanowiłem usunąć stamtąd siebie, a co za tym idzie mojego W_G_Sebalda. Traf chciał, że wcześniej zerknąłem nieopatrznie na wewnętrzne forum grupy, gdzie przeczytałem, iż administrator jest  n i e s ł y c h a n i e   d u m n y  z ogólnej liczby punktów turniejowych zgromadzonych przez Hispanohablantes (ogólna liczba punktów turniejowych grupy, oczko w głowie każdego administratora grupy, to suma punktów turniejowych zgromadzonych przez poszczególnych członków grupy). Na moje nieszczęście, co też zaraz sobie skalkulowałem, liczba moich punktów turniejowych stanowiła (stanowi) niemal połowę ogólnej liczby punktów turniejowych Hispanohablantes

Już teraz wiecie. Musiałem zostać… Nie miałem wyboru. Pomyślałem sobie, że głównodowodzącemu Hispanohablantes byłoby po prostu bardzo przykro, gdyby pewnego dnia spostrzegł, że ogólna liczba punktów turniejowych jego grupy zmalała nagle o połowę. I analogicznie – czy i wam nie byłoby chociaż troszeczkę przykro, gdyby któregoś dnia okazało się, że nie ma już tutaj listów, a co za tym idzie, wypocin tego idioty?

Na ostrzach trójzębu Neptuna, ewentualnie na zapchanych dziurkach swojego nosa, mógłbym policzyć tutaj te liściki, z których naprawdę jestem zadowolony [trzy razy o, zauważyli(ły)ście?]. Myślę jednak, że ważniejsze w tym wszystkim jest coś innego, coś bardziej uniwersalnego; otóż ważne jest trwanie, nieustanne skupienie, nawet jeśli jest to tylko nieustanne skupienie psa robiącego niekończącą się kupę.

Dobrej nocy.

 

 

388484183426537000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pierwsze pytanie
.

Paznokieć znaleziony dzisiaj rano na podłodze. Ale nie zamierza epatować drastycznością, nawet mu to nie przeszło przez głowę, po prostu paznokieć. Jeden z dziesięciu, być może z dwudziestu? (trudno rozpoznać), ten, który przez całe przedpołudnie nie dawał mu spokoju, który się wymknął?, odpadł?, stoczył?, omsknął?, odskoczył? podczas wieczornego obcinania paznokci. A pytanie brzmi nadal: JAK?

56679078505028700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Krótka opowieść Rudolfa spisana 7 września 2017 r.
 .   

Codziennie zabijam jednego siebie (wszystkich nie pamiętam). Czy najgorsze, czy najlepsze jest to, że nie ma między nami żadnego pokrewieństwa? Między tym wstającym a tym zasypiającym, między tym wspinającym się na palce, a tym siedzącym na balkonowej ławeczce, między mną a mną? Mnożę się i uśmiercam jak leci. Mam tak od dziecka.

Dzisiaj nazywam się Rudolf i chciałbym wam wiele opowiedzieć. Na przykład; że lubię północ, matowość, półcienie, to, co się rozwija. Lubię morskie i niknące w oddali. Lubię siebie.

Ludolfina!, kiedy po raz pierwszy usłyszałem to słowo, natychmiast odeszła mi ochota na dalszą naukę matematyki. Pasowało idealnie do tych wszystkich brązowożółtych, spoglądających na nas smutno z góry, Pascali, Kartezjuszów i Leibnizów, a wieczne zastępstwo, jakie tuż po pierwszym kwartale zafundowała nam dyrektorka szkoły, sprawiło, że już na zawsze znienawidziłem naszą nową (a przecież starą!) matematyczkę, ubierając ją odtąd w myślach w krynolinę i koronki.

Tak więc dzisiaj najchętniej bym siebie wyśmiał. Obróciłbym wektor ironii we własnym kierunku tylko po to, by cieszyć się sobą (Rudolfem) i chociaż na chwilę zapomnieć, a jednak nie jest to takie proste. Opanowałem, i to z grubsza, jedynie podstawowe działania: dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie, cóż mi po nich?

745648276861992000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ego ago

Apofenia, na którą zapadł między ósmym a dziewiątym rokiem życia. Doskonale pamięta okoliczności i pierwsze objawy. Więc najpierw zaczęły irytować go okładki; ich niespójność, niekoherentność. Któregoś dnia postanowił obłożyć wszystkie książki z biblioteki ojca w folię aluminiową do pakowania żywności. Pragnął rozpoznawać je wyłącznie po kształcie, po ustawieniu. Te wystrzępione, zabrudzone brzegi, te rozchybotane czcionki i kolory, te wieloznaczne, niepasujące do siebie tytuły, wszystko to miało raz na zawsze zniknąć pod jednorodną, porządkującą chaos metalicznością.

Nie zdołał w pełni zrealizować swojego zamiaru. Pamięta zbyt wyraźnie, że starsza siostra, widząc jego starania, popukała się w czoło, a on, do czego powraca teraz w myślach niechętnie, nie potrafił dowieść jej swojej racji, ponieważ folia rwała się, pękała przy najmniejszym poruszeniu.

13803567055491800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

True Type

W chwili, gdy zaczyna czytać (cokolwiek, może to być cokolwiek), rodzi się w nim nieodparta pokusa pisania. Zaczynając czytać, zaczyna zastanawiać się, czy on nie napisałby tego lepiej, i czy w ogóle zamiast czytać, nie powinien aby w tym czasie pisać. Każda chwila przeznaczona na czytanie jest jednocześnie chwilą odebraną pisaniu. Myślę, że decydujący wpływ na takie, a nie inne funkcjonowanie jego czytelniczo-pisarskiego losu ma struktura jego krytycznego myślenia wraz z wszystkimi jej lekturowymi naleciałościami, nawykami akapitowego postrzegania, Verdaną jednorodnych odniesień oraz podkreślonymi kursywami nieumiejętnie skrywanej emocjonalności, która na jego nieszczęście zdążyła się już nieodwracalnie wykrystalizować we wnętrzu jego krytycznego mózgu w trakcie tego wieloletniego, żmudnego procesu czytelniczo-pisarskiego.

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne*, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 *„Najważniejszym warunkiem kompromisu było to, że osobie w depresji wolno będzie wyjawić wobec przyjaciółek własny opór przed dzieleniem się owymi resentymentami i uświadomieniami oraz poinformować je (tzn. przyjaciółki), że zdaje sobie sprawę z tego, jak żałośnie i mazgajowato mogą one (tzn. resentymenty i uświadomienia) brzmieć, a także wyznać, że dzieli się z nimi tym zapewne żałosnym doświadczeniem „przełomu” tylko i wyłącznie na wyraźną sugestię terapeutki. Przyjmując ten warunek, terapeutka wyraziła zastrzeżenie jedynie do użycia przez osobę w depresji określenia „żałosne” podczas dzielenia się myślami z Układem Wsparcia. Terapeutka oświadczyła, że znacznie chętniej poparłaby użycie przez osobę w depresji określenia „słabe” niż „żałosne”, ponieważ jej instynkt (tzn. instynkt terapeutki) podpowiada jej, że u podłoża stosowania przez osobę w depresji określenia „żałosne” leży nie tylko nienawiść do samej siebie, ale też żebranie o litość, a nawet pewien odruch manipulacji. Słowo „żałosne”, zauważyła łagodnie terapeutka, jej osobiście wydawało się mechanizmem obronnym używanym przez osobę w depresji dla ustrzeżenia się przed ewentualną negatywną oceną słuchacza dzięki jasnemu stwierdzeniu, że ona, osoba w depresji, już osądza się znacznie surowiej, niż jakikolwiek jej słuchacz miałby serce to zrobić”.
David Foster Wallace, Osoba w depresji, [W:] Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, przeł. Jolanta Kozak