8015687004359600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Polski napastnik opowiedział również, jak o mało nie zostałby piłkarzem Blackburn. Mógł tam trafić zamiast do Borussii Dortmund, co mogłoby zupełnie inaczej ukierunkować jego karierę. – Nie mogłem lecieć do Blackburn z powodu wybuchu wulkanu (Eyjafjallajokull – przyp. red), ale chciałem tam polecieć, aby zobaczyć co to za klub, bo nie wiedziałem, dokąd się wybieram. Gdybym tam poleciał, zdecydowałbym, który klub był dla mnie najlepszy. Nie mogłem polecieć, ale i tak muszę przyznać, że Blackburn było moim zespołem drugiego wyboru. Ale może gdybym zobaczył miejsca, stadion, porozmawiał z ludźmi, stałby się pierwszym – wspomina Lewandowski”.

 


Początkowo planowałem pozostawić bez komentarza, lecz w porę pomyślałem sobie, że jak zwykle nie zostanę zrozumiany. Otóż jest w tym jakieś piękno, harmonia, dostrzegamy (jeśli tylko potrafimy dostrzec) magiczną moc przypadku, ingerencję brutalnych sił natury w zaplanowane, konsekwentne WYSTARCZY!

Aha, i ten cudowny (mimo że bez kropek) przyp. red.

Reklamy

170623807298553000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Gromadzi cudze fotografie, cudze, ale tylko do pewnego stopnia, właściwie rzecz ujmując, jest to cudzość już przeżyta, cudzość oswojona. No tak. Już gdzieś to kiedyś widział. Musiało mu się przecież rzucić wcześniej w oczy… Ulica w Skopje albo w Berlinie, ale dla niego jest to Sienna lub Górczewska, obrazy wywołujące z pamięci inne obrazy; opuszczone place zabaw, odrapane filary wiaduktów, huśtawki, windy, śmieci, garaże, przytulne blokowiska, plaże jak tamte plaże, psy przypominające mu inne psy biegnące ukosem, żółte trawniki, balkony, twarze, przejścia pod ścianami.
Pragnął nie zapominać. Pragnął zgromadzić wszystko.

105451312200418000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

paluszki

 

Późną nocą kompulsywne przeglądanie portali. Wyposażony w dzban kawy, herbatniki i paluszki podążam za największymi bzdurami, które (taką mam nadzieję) doprowadzą mnie do świtu. Przeszedłem przez gąszcz testów. Przeprawiłem się przez morze quizów. Ściągnąłem nawet skarpetkę, tylko po to by przekonać się, co kształt prawej stopy zdradza na temat mojej osobowości.

 

„Płomienna stopa” albo „stopa Greka” – tak bywają określane stopy u ludzi, których drugi palec jest najdłuższy. Posiadacze tego typu stóp bywają impulsywni i wybuchowi. Nie oznacza to oczywiście, że trzeba chodzić wokół nich na paluszkach. Należy jednak mieć na uwadze, że to ich cecha charakteru i przesadnie nie brać sobie do serca ich kąśliwych uwag.

15385139106431700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

brzytwa Ochmonka

.

Za dużo go tutaj, kiedy tam nie ma go wcale. Jakby chciał temu nieustannie zaprzeczać, jakby mogło pomóc. Chwyta się tego, jak ostatniej brzytwy ratunku.


„Wszystko, co zostało powiedziane, okazuje się od razu, czy nieco później, bez sensu, to wszakże nie żadna zbrodnia, powiedział, jeśli mówi się o tym z przekonaniem, z najbardziej niewiarygodną zapalczywością, do jakiej jesteśmy zdolni. To, co myślimy, chcemy też powiedzieć, powiedział Reger, i w gruncie rzeczy nie zaznamy spokoju, dopóki tego nie powiemy, kiedy milczymy, dusimy się tym. Ludzkość dawno by się już udusiła, gdyby musiała przemilczać pomyślany na przestrzeni jej historii bezsens, każdy, kto zbyt długo milczy, dusi się tym, również ludzkość nie może zbyt długo milczeć, wtedy bowiem dusi się, nawet jeśli bez sensu jest wszystko, co wymyśli pojedynczy człowiek, co wymyśli ludzkość, jak również to, co pojedynczy człowiek kiedykolwiek w życiu wymyślił, to, co ludzkość kiedykolwiek wymyśliła”.

Thomas Bernhard, Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.

 

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 

303124944601307000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Z drugiej strony jednak wcale go nie interesowało, żeby inni ten jego Stożek, to dzieło sztuki budowlanej, zobaczyli na własne oczy, tak zwani fachowcy, fachowcy budowniczowie, z tak zwanego świata architektów, który naturalnie rzecz jasna zaczął się z nim kontaktować zaraz po ukończeniu Stożka, a nawet wcześniej, on sam miał w ręku dowód, że możliwe jest taki Stożek zaprojektować tudzież zbudować, i to jeszcze w samym środku lasu Kobernaußerwald, nie musiał nikomu tego udowadniać, oprócz siebie, a sobie dał dowód samym ukończeniem Stożka, przez sześć lat nic innego nie miał w głowie jak tylko to, by dać sobie samemu dowód, iż ten Stożek da się wybudować, i to w lesie Kobernaußerwald, oraz że Stożek ten spełnia wszystkie wymagania, które on Roithamer, sam sobie narzucił, że Stożek w każdym aspekcie spełnia takie wymagania, i jest też całkowicie funkcjonalny, a to stanowi przecież najwyższe wyróżnienie dla każdej budowy”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

187341518601537000000000000000000000000000000000000000000000000000

Właściwie nic się nie zmieniłem. Zerknąłem nieopatrznie w globalne archiwum i muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o mnie, nie zaszła żadna zmiana. Rozczarowanie. Chociażby to, co pisałem w 2009 roku, równie dobrze mógłbym napisać teraz, z jeszcze większą odrazą, tak samo niechlujnie, z taką samą niechęcią do siebie i świata. Mam takie same myśli, takie same reakcje na bodźce, popełniam te same błędy językowe, jestem tak samo emocjonalny, chociaż już wtedy pragnąłem raz na zawsze wyzbyć się emocji (mógłbym założyć się ze sobą, iż wielokrotnie użyłem już tego sformułowania). Naprawdę, ogromne rozczarowanie.
Wstępowałem w świat internetu pełen, jak to się mówi, szczerych chęci, z wiarą, że zmienię siebie, a pozostałem niezmieniony. Jestem tak samo zmęczony, tak samo zatwardziały, a co najgorsza, nadal pozostaję maniakiem cytowania.

„(…) poczułem bowiem, że tą uwagą posunąłem się  nazbyt daleko, przynajmniej wobec Gambettiego, co też od razu spostrzegłem po jego reakcji na tę moją uwagę. On jest zbyt subtelny, pomyślałem, aby nie odebrać tej mojej uwagi, zresztą nie tylko tej jednej, jako uwagi nie na miejscu, ba, nieomal ohydnej. Nauczyciel nie powinien otwierać się w taki obrzydliwy sposób przed uczniem, pomyślałem, ale dotarło to do mnie zbyt późno. Z drugiej strony jednak, pomyślałem, powinienem być szczery w stosunku do swojego ucznia Gambettiego. Szczery owszem, ale nie nikczemny, poprawiłem się od razu, szczery owszem, ale nie podły, szczery owszem, ale nie ordynarny, szczery owszem, ale nie bez godności. Jednakże Gambetti zna mnie już zbyt długo, żeby mnie nie rozumieć, pomyślałem z kolei, zna mnie tak długo i akceptuje, musi mieć swoje powody, pomyślałem”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka