1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.

 

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 

303124944601307000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Z drugiej strony jednak wcale go nie interesowało, żeby inni ten jego Stożek, to dzieło sztuki budowlanej, zobaczyli na własne oczy, tak zwani fachowcy, fachowcy budowniczowie, z tak zwanego świata architektów, który naturalnie rzecz jasna zaczął się z nim kontaktować zaraz po ukończeniu Stożka, a nawet wcześniej, on sam miał w ręku dowód, że możliwe jest taki Stożek zaprojektować tudzież zbudować, i to jeszcze w samym środku lasu Kobernaußerwald, nie musiał nikomu tego udowadniać, oprócz siebie, a sobie dał dowód samym ukończeniem Stożka, przez sześć lat nic innego nie miał w głowie jak tylko to, by dać sobie samemu dowód, iż ten Stożek da się wybudować, i to w lesie Kobernaußerwald, oraz że Stożek ten spełnia wszystkie wymagania, które on Roithamer, sam sobie narzucił, że Stożek w każdym aspekcie spełnia takie wymagania, i jest też całkowicie funkcjonalny, a to stanowi przecież najwyższe wyróżnienie dla każdej budowy”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

187341518601537000000000000000000000000000000000000000000000000000

Właściwie nic się nie zmieniłem. Zerknąłem nieopatrznie w globalne archiwum i muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o mnie, nie zaszła żadna zmiana. Rozczarowanie. Chociażby to, co pisałem w 2009 roku, równie dobrze mógłbym napisać teraz, z jeszcze większą odrazą, tak samo niechlujnie, z taką samą niechęcią do siebie i świata. Mam takie same myśli, takie same reakcje na bodźce, popełniam te same błędy językowe, jestem tak samo emocjonalny, chociaż już wtedy pragnąłem raz na zawsze wyzbyć się emocji (mógłbym założyć się ze sobą, iż wielokrotnie użyłem już tego sformułowania). Naprawdę, ogromne rozczarowanie.
Wstępowałem w świat internetu pełen, jak to się mówi, szczerych chęci, z wiarą, że zmienię siebie, a pozostałem niezmieniony. Jestem tak samo zmęczony, tak samo zatwardziały, a co najgorsza, nadal pozostaję maniakiem cytowania.

„(…) poczułem bowiem, że tą uwagą posunąłem się  nazbyt daleko, przynajmniej wobec Gambettiego, co też od razu spostrzegłem po jego reakcji na tę moją uwagę. On jest zbyt subtelny, pomyślałem, aby nie odebrać tej mojej uwagi, zresztą nie tylko tej jednej, jako uwagi nie na miejscu, ba, nieomal ohydnej. Nauczyciel nie powinien otwierać się w taki obrzydliwy sposób przed uczniem, pomyślałem, ale dotarło to do mnie zbyt późno. Z drugiej strony jednak, pomyślałem, powinienem być szczery w stosunku do swojego ucznia Gambettiego. Szczery owszem, ale nie nikczemny, poprawiłem się od razu, szczery owszem, ale nie podły, szczery owszem, ale nie ordynarny, szczery owszem, ale nie bez godności. Jednakże Gambetti zna mnie już zbyt długo, żeby mnie nie rozumieć, pomyślałem z kolei, zna mnie tak długo i akceptuje, musi mieć swoje powody, pomyślałem”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

581811569836004000000000000000000000000000000000000000000000000

Zauważyłem (co nie było trudne do zauważenia), że wczoraj, po raz nie wiem który, zasłoniłem się Bernhardem. Ostatnio zamiast odsłonić się, jak to się mówi, uchylić rąbka (nawiasem mówiąc oba te sformułowania kojarzą mi się nie wiedzieć czemu ze słoniem), zaczynam się znowu zasłaniać; czy to cytatami, czy to zwierzętami (głównie psami i kotami), czy to powtórzeniami, czy to przejęzyczeniami, czy też, jak w wymienionym wyżej przypadku, po prostu Bernhardem. Podczas gdy większość – nie powiem wszyscy, ale zdecydowana większość – korzysta z bloga, żeby się odsłaniać, ja korzystam z bloga w celu zasłaniania. Tak jest dobrze?

505988662735923000000000000000000000000000000000000000000

przydługie epitafium

Lubił tylko początki. To tak, jak gdyby istniał ktoś, kto równocześnie tolerowałby; Pink Floyd, ale jedynie z Watersem, Genesis wyłącznie z Gabrielem, i Marillion z Fishem. Nie mógłby być urzędnikiem ani tłumaczem. Urzędnikiem, bowiem, jak niczego innego na świecie, nie znosił procedur, a tłumaczem, ponieważ nie potrafiłby zachować profesjonalizmu, a co za tym idzie, wymaganego obiektywizmu w stosunku do oryginału; zastępując słowo „pumpkin”, zawsze, niezależnie od kontekstu, wybierałby „dynię”.

73822750993122700000000000000000000000000000000000000000

odzew na dowolne hasło

Usłyszał głos czyjś w otchłani bezosobowego wzroku, wpijającego się w niego z zabójczym pytaniem, na które odpowiedzi znaleźć nie mógł. Czuł się tak, jak gdyby nie obkuł się dostatecznie do egzaminu. A głos ten mówił szybko, bełkotliwie — było to zdanie z tego snu: „mieduwalszczycy skarmią na widok czarnego beata, buwaja piecyty”.

 S.I. Witkiewicz, „Nienasycenie”

370959230771132000000000000000000000000000000000000000

Nosi w sobie chłopca, którego stara się chronić przed światem; tak mógłby powiedzieć o sobie, ale nie mówi. Gdyby wypowiedział głośno: noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem, zostałby wyśmiany. Wystarczyłoby tylko, żeby usłyszeli trzy pierwsze słowa, a już, wiedzeni tym nieomylnym instynktem wspólnej prześmiewczej interpretacji, parskaliby, chichotali. Dlatego mówi coś innego, coś śmiesznego, coś co innym może wydać się śmieszne. Dlatego powiem tu teraz za niego: noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem. Wypowiem tu teraz za niego powoli, głośno i wyraźnie; noszę w sobie chłopca, którego staram się chronić przed światem, kładąc akcent na każdym słowie, wystawiając się tym samym na pośmiewisko, stając po stronie jego i chłopca.

3577855662560910000000000000000000000000000000000

Jeden z tych dni, które w ogólnym rozrachunku, gdyby mnie o to zapytano, uznałbym za dobre. Były, jak zwykle, chwile, w których pragnąłem przestać istnieć, były też chwile, niepokojąco dużo chwil, w których czułem się na miejscu. To, co mnie ujęło w tych właśnie chwilach, to zaskakująca chłonność mojego umysłu, rzekłbym nawet zaskakująca chłonność i wynikające z niej oczarowanie tym, co nowe, burzące zastany porządek.