39043184998122300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jazda

 

A kiedyś tak mu kubicowałem… Pamiętam dobrze, w tamtym mieszkaniu, z tą leżanką, kiedy oglądanie go było jedyną rzeczą nie sprawiającą mi bólu. Te dwie godziny wyrwane z codzienności, podczas których o wszystkim zapominałem, koncentrując się precyzyjnie na jeździe…

A jak miał wypadek… Wkurzyło mnie to niemiłosiernie. Pragnąłem wtedy mocno, żeby wygrał, zaciskałem kciuki, a on miał se po prostu wypadek = i te nogi wystające z bolidu. Wstań! – wrzeszczałem, wstań i jedź! Zróbcie coś do jasnej cholery! Obudźcie go! Przecież może jeszcze jechać! Dawaj, dawaj, jeszcze nie wszystko stracone!

I dziś do ostatniej chwili… te cholerne testy. To testowanie. Sranie w banie. Ten brak zaufania, jakby nie docierało do nich, że jest po prostu najlepszy. A wątpliwości w komentarzach?! W każdym komentarzu kurna jakaś wątpliwość, że to, że tamto. A ja wierzyłem! Do ostatniego przejazdu. Do ostatniej sekundy. I wykręcił.

Reklamy

12969654016234700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wizyta

 

Więc najpierw jest zawziętym felietonistą, pisze głównie o ekonomii, lewarach i świecach, przyświeca mu jeden cel – mieć własny portfel, potem lekko stopuje, zajmuje go sport, a właściwie sama otoczka; skrobie o transferach, kulisach i klubach – kilka ogranych motywów, do których powraca jak Kubica do F1. Lubi góry. Lubi słońce. Lubi morze. Lubi nas. Dalej – to wiecie. W końcu trafia na okładkę Wikipedii.

Dziś znalazł czas.

W trakcie rozmowy stuka na laptopie. Jest wieczór. Twarz rozświetla mu blask. Między kuchnią a przedpokojem snują się dwa spasione neoliberalne koty, zblazowane, ogłupiałe od łakoci.

2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

15156039800290500000000000000000000000000000000000

Bramkarz

 

Końcówka lat 90. jawi się teraz jako bez wątpienia najlepszy okres, okres jego największych sukcesów zarówno w karierze sportowej, jak i ogólnie rozumianym tak zwanym życiu prywatnym. To wtedy napędzany tym młodzieńczym, a co za tym idzie bezrozumnym entuzjazmem niejako z rozpędu bierze kolejne przeszkody, które jemu samemu wydają się wówczas niewidoczne, ot tak, po prostu siła życiowej bezwładności napędzająca, decydująca. Ociera się nawet o reprezentację kraju, co prawda nigdy nie występuje w pierwszym składzie, przesiaduje jedynie na ławce rezerwowych, ale fakt. No fakt.

To że stoi teraz pomiędzy słupkami, broniąc bramki trzecioligowca, który prawdę mówiąc swoją grą nie zasługuje nawet na trzecią ligę (co widać gołym okiem zarówno na boisku jak i w ligowej tabeli) jest wynikiem kilku na pozór pozbawionych znaczenia wydarzeń w jego życiu osobistym; takie tam zawirowania, konsultacje kliniczne, kłopoty sercowe, tym podobne.

Mimo wszystko (mimo wszystko i mimo wieku) broni w miarę dobrze, nieuchronną porażkę będzie można znów uczciwie zapisać na konto zgrai fatalnych obrońców, broni w sytuacjach jeden na jeden, wyłapuje śmiercionośne dośrodkowania, chwyta piłki nieuchwytne, paruje strzały z kilku metrów, udaje mu się nawet wybronić dwa rzuty karne. Jego strój ocieka błotem, getry, z założenia gładkie i białe, stanowią dwie czarne przyciężkie skorupy, które po meczu zamieni jak zwykle na uprasowane w kant spodnie, do tego oczywiście garnitur, nienaganna koszula i muszka, by zwyczajowo dorabiać w klubie brata, gdzie oczywiście stoi na bramce.

Zamieni albo nie zamieni, tym razem jednak nie zamieni. Dzisiaj, po meczu, kiedy jako ostatni weźmie prysznic, założy z powrotem ten upiorny właściwy bramkarski strój, przeczeka kilka godzin za krytą trybuną, i gdy uzyska pewność że nikogo nie ma w pobliżu, powiesi się na bramce.