3573738143885560000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pierwszy stopień

 

Zauważyłem, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi. Zupełnie mnie nie interesują. Wczoraj, przed zaśnięciem, przypomniałem sobie szereg sytuacji (uszeregowanych w szereg) takich jak; jazda samochodem z nieznajomą osobą (ktoś znany komuś, kogo znam, z kim muszę gdzieś dojechać), kilkudziesięciominutowe przebywanie z kimś sam na sam we wspólnym pomieszczeniu (na przykład w poczekalni u wszystko jedno kogo), a także inne tego typu, najczęściej jednak spod znaku tzw. towarzysz podróży. We wszystkich tego typu sytuacjach dobrze wychowany człowiek skazany na czasowe towarzystwo innego człowieka zapytałby tego drugiego o coś, o cokolwiek, zainteresowałby się jego losem, normalnie, grzecznościowo, po ludzku, a ja nie pytałem. Nie pytałem, ponieważ wcale mnie to nie interesowało. Zazwyczaj zapadało tak zwane kłopotliwe milczenie.

Zastanawiając się nad tym fenomenem, doszedłem w końcu do wniosku, iż nie pytałem z dwóch podstawowych powodów: po pierwsze – ich historie byłyby historiami typowymi, mogącymi przydarzyć się dowolnie wybranej osobie (rozrzut statystyczny), a to, że my znaleźliśmy się dokładnie w jednym miejscu i czasie, nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia, po drugie – nie pytałem, ponieważ wiedziałem, iż każde moje pytanie byłoby fałszywe, nie zadawałem pytań ponieważ przeczuwałem, że już po pierwszym zadanym pytaniu wylezie na wierzch fałsz zadającego pytanie, bo przecież widać od razu, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi.

Reklamy

76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

8136852450949970000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mądrość ludowa przestrzega przed opowiadaniem snów rano na czczo. Taki przebudzony pozostaje w rzeczywistości jeszcze pod czarem snu. Mycie wydobywa na światło dzienne tylko powierzchnię ciała i jego widoczne funkcje motoryczne, gdy tymczasem w głębszych warstwach także podczas ablucji w świetle poranka trwa szara pomroka snu, a nawet umacnia się w samotności pierwszej godziny po przebudzeniu. Kto się obawia spotkania z dniem – czy to z lęku przed ludźmi, czy ze względu na wewnętrzne skupienie – temu nie chce się jeść i rezygnuje ze śniadania. W ten sposób unika przeskoku między światem nocnym a dziennym. Przezorność, którą usprawiedliwia tylko przetopienie snu w skupioną pracę poranną, jeśli nie modlitwę, inaczej bowiem prowadzi do mnożenia rytmów życia. Opowiadanie snu w takim nastroju jest fatalne, bo człowiek, w połowie zaprzysiężony jeszcze światu snu, zdradza ten świat w swoich słowach i musi oczekiwać jego zemsty. Mówiąc nowocześniej: zdradza siebie. Porzucił ochronę w postaci śniącej naiwności i odsłania się, gdy bez zastanowienia opowiada swoje widzenie senne. Tylko bowiem z innego brzegu, od strony jasnego dnia, można podjąć sen z perspektywy poddanego namysłowi wspomnienia. Tę przeciwległą stronę snu można osiągnąć tylko w oczyszczeniu, analogicznym do ablucji, lecz zupełnie od niej odmiennym. Następuje ono przez żołądek. Na czczo człowiek mówi o śnie, jakby mówił przez sen.

Walter Benjamin, Ulica jednokierunkowa, tłum. Bogdan Baran

11449921622079700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

23 czerwca

Po południu z trudem wydobyłem się z typowego dla mnie snu, w którym biegałem od przystanku do przystanku, gorączkowo przeliczając monety, by uzyskać sumę wymaganą do zakupu biletu komunikacji miejskiej.

Wcześniej obserwacja spektaklu z krawędzi teatralnej sceny. Posiadałem ciało przystojnego młodzieńca i tuliłem się do dziewczyny lub chłopaka, nie wiedząc, że jestem obserwowany przez widownię. Po spektaklu rozmowa z dyrektorką teatru o postępach w nauce angielskiego jej córki, która kończy studia. Poleciłem jej jeden słownik.

Ostatnio zwróciła moją uwagę wzmożona popularność zwrotu „tyle że” wśród wyższej narcystycznej klasy krytycznoliterackiej w Polsce.

Nie uszło mojej uwagi również to, że w reprezentacji Szwecji występuje Ekdal.

Jaki Ekdal? Właśnie, jaki Ekdal? Stary czy młody Ekdal?

10272884749181800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

sen zrozumiały

 

We śnie dziennym sala wykładowa przypominająca salę katechetyczną z podstawówki. Odwieszam palto na jedyny zapchany wieszak, bardzo stary, charakterystyczny, zwieńczony powyginanymi w różne strony drewnianymi rączkami od parasolek, i natychmiast szukam sobie miejsca, ponieważ pani profesor już czeka aż wszyscy usiądą. Znajduję takie od razu, w ostatnim rzędzie, na brzegu niskiej topornej ławki bez oparcia, obok znanej mi tylko z widzenia, rzadko pojawiającej się na wykładach osoby. I natychmiast rozlegają się dźwięki piosenki*. Początkowo wszyscy, wyłączając panią profesor, są zaskoczeni i skonfundowani, nikt nie potrafi doszukać się źródła, każdy sprawdza pod blatem czy to przypadkiem nie jego ajpod, ale nie, dźwięki dochodzą niezależnie, od zewnątrz, i co najważniejsze, z czasem zaczynają podobać się wszystkim obecnym, wywołując na ich twarzach, nie wyłączając twarzy pani profesor, uśmiech zrozumienia.

 

*słuchałem w zapętleniu całej płyty Ani podczas tego snu

 

27745922289305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

sen gipsowy, 30 grudnia 2017, 03-04

 

We śnie kroczę uliczką Ł., dzierżąc kilkunastokilogramową torbę z gipsem. Mam ochotę na ptysie, dlatego na ścianie jednej z kamienic, pod którą tkwi dwóch mężczyzn, znajduję kran i wpuszczam do torby wodę pod wysokim ciśnieniem. Mężczyźni patrzą na to z przerażeniem. Zaczynają tłumaczyć, że miałem szczęście, iż torba nie eksplodowała, że tak nie powinno się robić. Ja też, puszczając wodę, odniosłem wrażenie, że popełniam błąd, mówię mężczyznom. Teraz, zamiast torby, mam przed sobą karton z ptysiami, którymi w nagrodę częstuję mężczyzn. Biorą po dwa.

 


rzadko miewałem w tym roku oryginalne sny, a tu proszę na koniec niespodzianka, prezent