9069149035398720000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

chaos w fabryce czekolady

 

Nie wyciągać ogólnych wniosków, bronić się rękami i nogami przed ogólnymi wnioskami, w przeszłości, a więc niedawno, gubiło mnie wyciąganie ogólnych wniosków, poszukiwanie (bezcelowe) celowości, rzecz znamienna, bardzo charakterystyczna dla mojego umysłu, z czego dopiero teraz tak naprawdę zdaję sobie sprawę. Z każdej, najbłahszej nawet sytuacji, starałem się błyskawicznie (królik) wyciągnąć ogólne, rzekłbym nawet ramowe wnioski prowadzące (złudnie) do rozstrzygnięcia tak zwanych kwestii życiowych, co było błędem.

Częstotliwość mojego pisania w sieci. Częstotliwość z jaką publikuję tak zwane posty. Mnie samego niepokoi ona. Stanowi być może problem. Częstokroć, po opublikowaniu kolejnego tak zwanego posta, zastanawiam się godzinami, czy powinienem był go mimo wszystko publikować, czy aby nie nazbyt pochopnie post ów opublikowałem, zważywszy, iż całkiem niedawno opublikowałem był  poprzedni post. I tak w kółko.

Otwierać plik  w o r d o w s k i  i  czekać, cierpliwie czekać, aż plik  w o r d o w s k i rozkwitnie, rozwinie się przed (oczym(a)mi), czekać wytrwale, nie śpieszyć się, cokolwiek przychodzi z czasem.

Ślad bosej stopy pozostawiony na łazienkowym chodniku o godzinie jedenastej przed południem — ciągle widoczny o godzinie siedemnastej.

W literaturze szukam samotności, jedynie stłumiony, cichy, samotny głos jest w stanie mnie przyciągnąć, przywołać, tylko takiemu głosowi mogę, jak to się mówi, w pełni zaufać, nie cierpię fikcji.

Do wszystkiego podchodzić powoli, rozgaszczać się.

Fífill

Reklamy

1861924432321340000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

drobne uszczypliwości

 

Gogol obraził się na mnie i utrudnia mi życie. Poszło o pocztę*. Nie spodobało mu się, że nie spodobała mi się (i to bardo) nowa poczta, którą w końcu i tak wcisnął mi na siłę.

Najpierw anonsował. Prosił, żebym wypróbował (przecież zawsze będę mógł powrócić do starego wyglądu). Spróbowałem. Nowa poczta od razu wydała mi się odrażająca.

Poczta to poczta. Wychodzę z założenia, że na poczcie najważniejsze powinny być listy. Nic poza tym. Żadnych ozdobników, rozpraszaczy, kolorowych dodatków, ikonek. Po co mi kalendarz?

Jakby tego było mało, nowa poczta ładowała się dłużej. W nieskończoność musiałem czekać, aż w okienku powitalnym przemieli się pasek. To było naprawdę frustrujące.

Natychmiast powróciłem do starego wyglądu, jednak, jak wszystko, nie trwało to długo. Nie minęły dwa tygodnie, a już miałem nową pocztę ustawioną złośliwie na stałe.

Od czego jednak moja pomysłowść? Na samym dole strony, wypisany maleńkimi literami, znajdował się był lineczek: Ładuj podstawowy widok HTML (dla wolnych połączeń).. Załadowałem.

 

No a teraz Gogol utrudnia mi życie. Wystarczy, że zaczynam grzebać w wyszukiwarce, a natychmiast przerywa mi brutalnie, niby prosząc tylko, bym potwierdził, iż nie jestem robotem. Zasłania się przy tym wytartym frazesem o naszych systemach, które wykryły nietypowy ruch pochodzący z Twojej sieci komputerowej.

To prawda, może i nazbyt często korzystam z wyszukiwarki, poszukując rzeczy, które takiemu Gogolowi mogą nie mieścić się w głowie. Rzeczy wszelakich. Różnorodnych. Rzekłbym nawet nietypowych. Potrafię przy tym błyskawicznie przechodzić od hasła do hasła, jak jaki dziki skakać z linku na link, zauroczony frazą, nazwiskiem, nie znanym pojęciem. Ale żeby od razu z tego powodu odmawiać mi człowieczeństwa?

W ramach zemsty za niekorzystanie z najnowszej poczty niemal przy każdym wyszukiwaniu Gogol poleca mi teraz wykonanie testu**. Podsuwa przy tym szereg obrazków, z których muszę wybrać wyłącznie te z: a) samochodami, b) witrynami sklepowymi, c) sygnalizacjami świetlnymi, d) przejściami dla pieszych, itp. Nie wie, że lubię takie łamigłówki***.

 


*Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pocztę.

**Wykonanie testu CAPTCHA może być czasem wymagane, jeśli korzystasz z zaawansowanych haseł wyszukiwania, z których korzystają najczęściej roboty, lub gdy bardzo szybko wysyłasz żądania.

***I to bardo.

7076440730967590000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

powrót


Po długiej nieobecności pojawił się ponownie ON, przyjaciel, robaczek zielony przewiewny. Tuż po północy usadowił się był na środku ekranu i przez kilkanaście minut przeglądał ze mną internet. Strony przeskakiwały przed naszymi oczami w zastraszającym tempie, zmieniało się tło, liniały linki, rządził chaos, a on tkwił tam niewzruszony, obojętny.

Więc chyba znów nadchodzi ten okres, kiedy jestem nieszkodliwie otwarty na wrażenia. Wystarczy, że usłyszę teraz jakiś odgłos, zobaczę pomalowaną ławkę, poczuję zapach świeżej farby, dostrzegę kątem oka jak zafaluje firanka.

Kookingu National Agency Area (1981)
Xinbei
Jest charakterystyczną cechą rezydencji z Earl.
Cała parterowa część to sklep (głównie restauracja).
Kookingu National Agency Area (1981)
Xinbei
Jest charakterystyczną cechą rezydencji z Earl.
Cała parterowa część to sklep (głównie restauracja).

link

 

5188003612498480000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

śmielej

 

Szybko się zestarzałem. To dobrze. We śnie już nie przychodzi ten, który chciał mnie zabrać. Mogę słuchać. Mam więcej czasu dla siebie. Przestaję się przejmować (naczynia). Co jeszcze chce powiedzieć: chciałby znać wszystkie języki i mówić wieloma głosami, co jeszcze chce powiedzieć, a czego być może nie powie: cieszę się, że są zwierzęta, że wydają odgłosy, że póki wydają odgłosy, my żyjemy, że kiedy przestaną, my też.

1723389418468720000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podarunek

 

Ma chodniczek łazienkowy, na którym, jeszcze przez kilka godzin od dokonania ablucji (najczęściej zimny prysznic), utrzymują się ślady i pachnie wilgocią. Chodniczek w różnych odcieniach fioletu o zaokrąglonych rogach. Prostokątny. Zaokrąglony. Fioletowy. W niedzielę, po południu, wszedł do łazienki i przestraszył się pozostawionych na nim przed południem śladów swoich własnych stóp. Strach zdołał utrzymać się naturalnie przez dwie, trzy sekundy – dwie, trzy sekundy, podczas których miał wątpliwości co do pochodzenia zaokrąglonych, ciemnofioletowych przebarwień – dwie, trzy sekundy, po upływie których odkrył nagą prawdę. Prawda ta okazała się na tyle śmieszna, że w poniedziałek postanowił podzielić się nią z innymi.

4176188314410460000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

szczęście

 

Coraz częściej przyłapuję się na tym, że cieszy mnie upływ czasu, że gdy budzę się o jedenastej, dwunastej, odczuwam szczęście, że to nie ósma ani na przykład dziewiąta. Gdyby rozciągnąć to na dni, miesiące, lata… gdybym zamiast we wtorek budził się, powiedzmy w czwartek, zamiast w styczniu, w maju, zamiast w roku takim to a takim, to od razu dziesięć, piętnaście albo czterdzieści lat do przodu.

 

67235063181538300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

W czytniku utworzyłem sobie katalog, który nazwałem roboczo pozytyvia. Zawiera linki do naturalnych i pokrzepiających rzeczy, na jakie od czasu do czasu udaje mi się jeszcze natrafić w sieci. Trzymam tam m.in.: wywiady z ludźmi, mającymi, jak to się brzydko mówi, wyjebane na obecną polską rzeczywistość, zajętymi na co dzień dłubaniną we własnych znaczkach i myślach, jakieś długie, raczej niezrozumiałe, interesujące mnie pod pewnymi względami, artykuły takich, którym się jeszcze chce, zaświadczające samym swoim istnieniem o sensie w bezsensie tudzież inne, wprawiające mnie nie wiedzieć czemu w odmienny nastrój, monady.
Zaglądam tam w chwilach.

1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.

 

19423943329837700000000000000000000000000000000000000000000000000000000

spokój

Czy można opisać spokój? Coś takiego, gdy nic się nie dzieje? Może tylko resztki zachodzącego słońca odbijają się w roletach obserwowanego zza żywopłotu budynku. I czy można to rozwijać, rozwijać w nieskończoność?

Przede wszystkim nie ma ludzi. Nie ma szumu. Wokół wcale nie jest cicho; słychać niezbędne owady, od czasu do czasu ulicą schowaną za plecami przejedzie konieczne auto, lecz nawet nieuchronna ciężarówka nie stanowi w tym wypadku problemu – to tylko chwila, upust, i zaraz wszystko powraca do pierwotnego stanu. Jest spokój.

To, że nie ma ludzi, oznacza równocześnie, że nie ma ja. Brak irytacji. Brak interakcji. Ktoś obserwuje – to prawda, ale ten ktoś jest sobie obojętny, zamknięty krwiobieg dostarczający tlen do mózgu.