4176188314410460000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

szczęście

 

Coraz częściej przyłapuję się na tym, że cieszy mnie upływ czasu, że gdy budzę się o jedenastej, dwunastej, odczuwam szczęście, że to nie ósma ani na przykład dziewiąta. Gdyby rozciągnąć to na dni, miesiące, lata… gdybym zamiast we wtorek budził się, powiedzmy w czwartek, zamiast w styczniu, w maju, zamiast w roku takim to a takim, to od razu dziesięć, piętnaście albo czterdzieści lat do przodu.

 

Reklamy

67235063181538300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

W czytniku utworzyłem sobie katalog, który nazwałem roboczo pozytyvia. Zawiera linki do naturalnych i pokrzepiających rzeczy, na jakie od czasu do czasu udaje mi się jeszcze natrafić w sieci. Trzymam tam m.in.: wywiady z ludźmi, mającymi, jak to się brzydko mówi, wyjebane na obecną polską rzeczywistość, zajętymi na co dzień dłubaniną we własnych znaczkach i myślach, jakieś długie, raczej niezrozumiałe, interesujące mnie pod pewnymi względami, artykuły takich, którym się jeszcze chce, zaświadczające samym swoim istnieniem o sensie w bezsensie tudzież inne, wprawiające mnie nie wiedzieć czemu w odmienny nastrój, monady.
Zaglądam tam w chwilach.

1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.

 

19423943329837700000000000000000000000000000000000000000000000000000000

spokój

Czy można opisać spokój? Coś takiego, gdy nic się nie dzieje? Może tylko resztki zachodzącego słońca odbijają się w roletach obserwowanego zza żywopłotu budynku. I czy można to rozwijać, rozwijać w nieskończoność?

Przede wszystkim nie ma ludzi. Nie ma szumu. Wokół wcale nie jest cicho; słychać niezbędne owady, od czasu do czasu ulicą schowaną za plecami przejedzie konieczne auto, lecz nawet nieuchronna ciężarówka nie stanowi w tym wypadku problemu – to tylko chwila, upust, i zaraz wszystko powraca do pierwotnego stanu. Jest spokój.

To, że nie ma ludzi, oznacza równocześnie, że nie ma ja. Brak irytacji. Brak interakcji. Ktoś obserwuje – to prawda, ale ten ktoś jest sobie obojętny, zamknięty krwiobieg dostarczający tlen do mózgu.