27301303729566500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

“Tak więc na przykład kilka lat temu po niedobrej nocy spędzonej w hotelu Kaiserin Elisabeth w Starnbergu, gdy wreszcie udało mi się nad ranem zasnąć, wyrwał mnie ze snu radiowy budzik, w którego charkoczącym wnętrzu dwóch takich ludowych śpiewaków z Rottachtal – sądząc z dźwięków, jakie wydawali, wyobrażałem sobie, że muszą być niewyrośnięci i ułomni – wykonywało jedną z tych swoich wesołych, skocznych piosenek, gdzie występowały kuny, lisy i wszelkie inne zwierzaki, a każda z licznych strofek kończyła się okrzykiem holadrüjühü holladrijo. Upiorne wrażenie, jakie owego zasnutego gęstą mgłą znad jeziora niedzielnego poranka zrobili na mnie zamknięci w radiowym budziku rottachtaczycy, nasiliło się wręcz niesamowicie kilka dni później, po powrocie do Anglii, gdy w sklepiku ze starociami niedaleko stacji Bethnal Green na londyńskim East Endzie, grzebiąc w pudle pełnym starych fotografii, ku swemu, nie waham się rzec, przerażeniu natknąłem się na wydaną na przełomie wieków przez Światowy Związek Pocztowy widokówkę, przedstawiającą na tle malowanej panoramy ośnieżonych Alp Algawskich schuhplattlerów z Obersdorfu w ludowych strojach zdobnych w haftowane szarotki, kitki z brody kozicy, kogucie piórka, srebrne monety, grandle i inne plemienne oznaki. Gdy odkryłem tę kartkę, której tylna strona była niezapisana i która z pewnością miała za sobą już długie perypetie, poczułem się doprawdy tak, jak gdyby tych dziesięcioro facetów i facetek w tradycyjnych strojach ludowych, obrastając kurzem na wygnaniu w Anglii, czyhało tu na mnie, aby mi przypomnieć, ze nigdy nie zdołam się wyrwać z mojej ojczystej prehistorii, w której wszak umiłowanie swojskiej tradycji odegrało niemałą rolę”.

W.G. Sebald Moments musicaux [w:] Campo Santo, tłum. M. Łukasiewicz

84787475302008800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podwójne sito

 

Staram się jak najmniej pisać od kiedy zauważyłem, że Thomas mnie zdradza. Jak już wcześniej gdzieś tam wspomniałem wszelkie wpisy na tym blogu zatwierdza osobiście Thomas Bernhard z Moich nagród. Za każdym razem, zanim nacisnę publikuj, zasięgam jego opinii – i niemal zawsze, za każdym razem, jest to opinia pozytywna.

A wygląda to mniej więcej tak; napiszę coś, zerkam na twarz Thomasa z Moich nagród, na twarzy Thomasa dostrzegam charakterystyczny, niepodrabialny uśmieszek dumnej akceptacji, publikuję.

Tak było. Do tej pory.

Jednak kilka dni temu, przeglądając moje wpisy, zauważyłem, że to nie funkcjonuje. Bynajmniej nie tak, jakbym ja sobie tego życzył.

 

Dlatego dzisiaj, na biurku, tuż obok Moich nagród, ustawiłem sobie tyłem Czuję. Zawrót głowy. Od dzisiaj każdy wpis na tym blogu przechodził będzie podwójną weryfikację. Już nie tylko Thomas z jego, nie oszukujmy się, zakulisowym pokpiwaniem z moich wpisów, który wszystko przepuszcza, lecz również W.G. Sebald, pisarz, z którego zdaniem bardzo się liczę  (Sebald to taki Bernhard, tylko bez poczucia humoru, co niewątpliwie stanowi o jego przewadze).

Od dzisiaj każdy wpis, zanim pojawi na tym blogu, zderzyć się będzie musiał z niezwykle surowym obliczem W.G. Sebalda z okładki Czuję. Zawrót głowy. Z jego krytycznym spojrzeniem.

2208691639813240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie wiem, jaka choroba trawiła Gwendolyn, myślę, że ona sama nie umiałaby tego powiedzieć. Jedyną obroną z jej strony była swoista, nachodząca ją wielokrotnie w ciągu dnia, a może także i nocą, potrzeba, by się upudrować czymś w rodzaju taniego talku, którego wielka puszka stała na stoliczku obok łóżka. Gwendolyn używała tej miałkiej, nieco tłustawej substancji w takich ilościach, że linoleum wokół posłania, a niebawem cały pokój i korytarz na piętrze zaciągnięte były białą, wskutek wilgotności powietrza trochę mazistą warstwą. O tej bieli pokrywającej wnętrze plebanii pomyślałem niedawno znowu – mówił Austerlitz – gdy w opisie lat dzieciństwa i młodości u pewnego rosyjskiego pisarza przeczytałem, że podobną pudermanię miała jego babka, dama, która jednak, choć głównie leżała na kanapie i żywiła się niemal wyłącznie galaretkami owocowymi i mleczkiem migdałowym, cieszyła się żelazną konstytucją i sypiała zawsze przy otwartym na roścież oknie, toteż raz zdarzyło się, że pewnego ranka, po szalejącej przez całą noc nawałnicy, obudziła się pod warstwą śniegu, nie doznawszy zresztą najmniejszej szkody. Na plebanii jednak wyglądało to inaczej. Okna pokoju chorej pozostawały zawsze zamknięte, a biały puder, który drobinka po drobince osiadał wszędzie, warstwą dostatecznie już grubą, by zaznaczały się w niej wydeptane szlaki, nie miał w sobie nic z iskrzącego śniegu. Przypominał raczej ektoplazmę, która, jak raz opowiedział mi Evan, może z ust kobiet mających dar jasnowidzenia wydobywać się wielkimi kłębami, opadającymi potem na podłogę, gdzie szybko wysychają i rozsypują się w pył. Nie, plebanii nie zawiewał świeży śnieg; wypełniało ją coś niedobrego, a ja nie wiedziałem, skąd się to niedobre bierze, dopiero znacznie później w innej książce znalazłem określenie, które było wprawdzie całkiem niezrozumiałe, ale mnie – mówił Austerlitz – natychmiast trafiło do przekonania: „arseniczna groza”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Szybko lustro, komenderuje, a potem: szybko puderniczkę! i pudruje twarz i przegląda się w lustrze, na przemian pudruje twarz i przegląda się w lustrze. Nagle mówi: przecież nic nie widzę, w ogóle nic nie widzę. Rzeczywiście, to Konrad do Wiesera, przez chmurę pudru nic w lustrze nie widzi. Może to i dobrze, że nic nie widzę, mówi, i pudruje się nadal. Cała suknia jest w pudrze, miał powiedzieć Konrad do Wiesera, a ona ciągle powtarza: muszę się upudrować, upudrować się muszę, do cna upudrować, a kiedy zabrakło pudru w puderniczce, mówi: mamy jeszcze gdzieś puder? Gdzieś jeszcze musi być puder! Puder! Puder! Puder!, mówi i rzeczywiście znajduję drugą puderniczkę, a ona dalej pudruje bez opamiętania twarz, mówi Konrad do Wiesera, nagle już nie widzę jej twarzy, zapudrowała do cna twarz. Zapudrowana!, zapudrowana!, mówi: zapudrowana!. Zapudrowana!, wykrzykuje, mówi Konrad, nagle śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła i śmieje się i woła: upudrowana, zapudrowana, zapudrowana, upudrowana, zapudrowana!

Thomas Bernhard Kalkwerk, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak