52401541556933700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dwie wiki na sen

 

Na terenach występowania pandy małej w potocznym języku chińskim jest ona nazywana hǔo hú (火狐), co dosłownie oznacza ognisty lis. Jednakże ta nazwa jest stosowana także na określenie zwykłego lisa. W wyniku pomyłki dosłowne angielskie tłumaczenie tej nazwy (firefox) znalazło się na stronie internetowej Wellington Zoo zamiast nazwy właściwej (red panda, lesser panda). Tłumaczenie to wybrano jako ostateczną nazwę przeglądarki internetowej Mozilla Firefox[6].
link

        

Koleń pospolity[3], koleń[4] (Squalus acanthias) – gatunek ryby chrzęstnoszkieletowej z rodziny koleniowatych (Squalidae). Ceniona ryba konsumpcyjna[przez kogo?].
link
Reklamy

817764658377501000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jak się tam wchodziło, w całym budynku fatalne oświetlenie, zwłaszcza jesienią i zimą, wieczorami, piwniczne, fabryczne oświetlenie. W każdym pomieszczeniu żarówki najbardziej energooszczędne, a przez to najciemniejsze, przyprawiające od razu o myśli samobójcze. Siedzieli w tych pomieszczeniach, zwłaszcza jesienią i zimą, długimi wieczorami, w fatalnym, samobójczym oświetleniu. Z ich pokoju, najmniejszego, oświetlonego najfatalniej, dobywały się wrzaski naturszczyków, porykiwania reklam, skamlania seriali. Jak się tam wchodziło, to od razu, nie pytając nikogo, przechodziło się do kuchni. Nikogo to nie obchodziło. Przechodziło się do kuchni, bo tam było najciszej, bo tam było najwięcej żarówek.

Rankami brał górę szron i pewnie by nie wyłazili, gdyby nie obrządki: głowy jaków, dzikich koni, reniferów, a wszystkie spragnione miłości, parujące języki zlizujące z paznokci sól, wielkie oczy patrzące z komórki. Rankami, gdy górę brał szron, pewnie by nie wyłazili, gdyby nie nadzieja: przyjąć do wiadomości, że wszystko jest jeszcze możliwe, w każdej chwili cała paleta nieszczęścia, i żyć z myślą, że wszystko jest jeszcze możliwe, wszystkie plagi, godziny, szpitale. Zmienność losu. Odchylenie standardowe.

2620041219234060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

gołąb  

 

W sobotę wieczorem na balkonie pojawił się gołąb. Uchyliłem drzwi balkonowe i zobaczyłem gołębia. Przycupnął w rogu. Z tych krakowskich albo warszawskich, szary, z zielonym, typowy gołąb odłączony od stada. Normalna sytuacja jest taka, pomyślałem; ja uchylam drzwi balkonowe – gołąb ucieka. W normalnej sytuacji gołąb wystraszony uchyleniem drzwi balkonowych, niespodziewanym wtargnięciem człowieka na wydawało się jeszcze przed chwilą całkowicie bezpieczny teren, taki gołąb ucieka, rejteruje, bierze nogi za pas. Sytuacja nie była normalna.

Gołąb tkwił.

Więc i ja utknąłem w drzwiach balkonowych, na ziemi niczyjej, pomiędzy terenem pokoju, a terenem należącym już teraz do gołębia, zaanektowanym tym jego nieludzkim tkwieniem. Bałem się i nie chciałem go wystraszyć. Przycupnąłem ostrożnie w drzwiach balkonowych i spojrzałem mu w oko. Było zmęczone. Dopiero teraz zacząłem dostrzegać szczegóły.

Przyleciałeś tu umrzeć, powiedziałem do gołębia, a on, jakby na potwierdzenie moich słów, przestąpił z nogi na nogę. Zrobił to z wielkim trudem, podjął ogromny wysiłek, przestąpił z nogi na nogę tylko po to, by w ten sposób potwierdzić moje słowa. Był zmizerowany. Wychudzony. Jego upierzenie znajdowało się w fatalnym stanie. Nie miał już siły.

Wybrałeś idealne miejsce, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, nie chciałem być cyniczny w obliczu śmierci. Patrzyłem w gołębie oko, ono patrzało na mnie, panowało milczenie. Przypomniałem sobie naraz mój stosunek do gołębi, ogólną niechęć, manifestowaną na każdym kroku, gdziekolwiek tylko się da, największą odrazę, wręcz nienawiść, i zrobiło mi się głupio. Zrobiło mi się żal.

Poczułem nagle jakiś nieznany mi dotąd rodzaj więzi z tym samotnym stworzeniem, które przyleciało tutaj, właśnie tutaj na mój balkon, by dokonać żywota, zarazem w tej samej chwili poczułem absurdalność; z jednej strony formy gołębiej, w które je przyobleczono, z drugiej mojej dziwacznej formy człowieczej. Pomyślałem, że chyba na tym polega prawdziwa miłość, że miłość, prawdziwa miłość pomiędzy dwojgiem stworzeń, polega na współodczuwaniu absurdu życia, że miłość to umiejętność współodczuwania absurdu życia.

Poszedłem po wodę. Sypnąłem ziarnem.

 

 

Postanowiłem sobie, że nie powinienem przeszkadzać mu w teraz, że byłoby nietaktem z mojej strony absorbować go w takiej sytuacji moją obecnością, że drobny gest, zbędne słowo, natychmiast zaburzyć by mogło tę trudno wytłumaczalną więź, która się między nami tego wieczoru zadzierzgnęła. Przyznaję, było w moim zachowaniu coś z tchórzostwa, czegoś wyraźnie się wystraszyłem. Tak naprawdę obawiałem się, że może mnie czymś zarazić. Że może być chory.

 

 

W nocy przez długi czas nie mogłem usnąć. Wyczuwałem jego obecność. Jego cierpienie. Wydawało mi się, że ciągle słyszę dochodzące zza drzwi balkonowych cichutkie pohukiwanie, szelest mierzwionego pierza, klaklklakk, trddn, odgłosy, dla których nie znajdowałem racjonalnego wytłumaczenia. Gdzieś około trzeciej w nocy przebudziłem się i natychmiast wystraszyłem panującą ciszą; ostrożnie wyszedłem na balkon, rozejrzałem się wokół. Był. Żył. Jego niewyraźna sylwetka majaczyła na balustradzie. Dostrzegłem też nieznaczne poruszenie.

 

 

W niedzielę, z samego rana, kiedy tylko się przebudziłem, pomyślałem, że to już. Koniec. Powoli, z przestrachem otwarłem drzwi balkonowe… i nigdzie; ani w rogu, ani na balustradzie, ani pod balkonową ławką nie dostrzegłem gołębia. Odleciał. Uciekł.

Poczułem ogromną radość (żyje! żyje!), która natychmiast, w jednej chwili przerodziła się w złość. Zacząłem pomstować na zaszczepiony mi w zaciszu salek katechetycznych sentymentalizm, na cały ten uczniacko-studencki brikolaż, na miłość, na sumienie –  gołąb zjadł ziarno, wylał wodę, i dosłownie na całym, calutkim balkonie pozostawił po sobie bladozielone, upstrzone czarnymi kropkami odchody.

 

Poczułem wściekłość.

Poczułem się silny.

21302556278029900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kotor

 

Wyrastał jak spod ziemi, siadywał na brzegu ścieżki i patrzył głęboko w oczy. Żal o coś? Skarga? Protest? Zapominałem o nim na długie miesiące, prawdopodobnie zawsze musiały nadejść najbardziej upalne dni, by pojawił się ponownie. Zawsze w tym samym miejscu i w tym samym wieku, ile mógł mieć? – zawsze tyle samo, niedużo. Czarny, cierpliwy, między klonem a śmietnikiem, ukazywał się wtedy, kiedy nie miałem już siły, w tym samym miejscu, w tej samej pozie (przednie łapki złączone), w jego zachowaniu ukryta była niema groźba, że jeśli tylko zachce, zaraz udrapnie albo przebiegnie mi drogę.

Na ścianie śmietnika, od strony ścieżki, namalowałem mu portret, żeby już nie zapomnieć.

 


Jeszcze nie tak dawno stałem przed tym opowiadaniem z niewytłumaczalnym uczuciem czegoś na kształt rysującego się coraz wyraźniej rozwiązania, wyjaśnienia, zastanawiałem się nad kontynuacją, rozważałem w którą pójść stronę, widziałem tyle możliwości. Z tego co usłyszałem; w domu nerwowość M., spowodowana po części jakimiś narzucanymi sobie w celu zagłuszania myśli dodatkowymi pracami (wywrócona drabinka), po części ich pobytem (drugi tydzień), a po części upałem.

5965431141839500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

licho nie śpi by nie spać mógł ktoś

 

Wielki strach zagościł w naszych sercach cztery dni temu, rankiem, w pochmurną niedzielę, gdy Nrtdu zamiast, jak to miała w zwyczaju, pozwolić sobie na przeciągnięcie snu aż do południa, wiedziona jakimś, nie wiedzieć jakim przeczuciem, postanowiła nagle odwiedzić zamieszkującą na kolonii ciotkę Hrlk. Ciotka Hrlk zamieszkiwała na kolonii całkiem sama, mówiła o sobie ciotka Hrlk samowystarczalna, jednak, jak wspomina Nrtdu, to określenie przerodziło się w dosyć ponury żart, kiedy tak stała i stała nad jej zmasakrowanymi zwłokami.

Nasi myśliwi nie mieli wątpliwości: Monstrum wróciło. Monstrum rulez! Prawdziwe Monstrum czai się w lasach i znów zagraża. Natychmiast zwołano nadzwyczajną naradę, na której powzięto następujące środki zaradcze:

a) zarządzono polowanie
b) zarządzono 24-godzinną relację z polowania we wszystkich wioskowych kanałach
c) do czasu rozprawienia się z Monstrum nikt nie opuszcza chaty
d) na wszelki wypadek grupa najbardziej zasłużonych myśliwych uda się na pielgrzymkę, by złożyć Wielkiemu Bóstwu ofiarę przebłagalną z lisich głów