165389585710146000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

ryba
..

Diagnoza postawiona na głowie, powiedziałem bez przekonania, bo w głębi ducha przyznałem mu rację. Dłoń prostująca roślinkę widziana od wewnątrz. Bodźce dotykowe, które teraz odbierał, dodawały mu pewności. Odwrócił się nagle i uśmiechnął: – Musimy się rozumieć.

Kilka dni temu widziałem w telewizji rybę* z przeźroczystą głową. Przyjazny głos lektorki informował rzeczowo o unikalnej w świecie organizmów żywych umiejętności – jej oczy – mówiła – spoglądają na świat poprzez ścianę czaszki.

 


*Macropina microstoma to ryba, której mózg zdaje się świecić w ciemnościach, a jej głowę badacze porównują do kabiny współczesnego samolotu. Zagadką od ponad 70. lat, czyli od momentu jej odkrycia, są oczy tej ryby, które do niedawna porównywano do skierowanych w górę luf.
Jednak, jak się teraz okazało, ciemne plamki na jej pyszczku to narządy węchu, natomiast oczy skrywa przezroczysta, wypełniona płynem osłona. Według najnowszych badań ryba ta potrafi zmieniać kąt patrzenia o 90 stopni, co pozwala jej widzieć zarówno połykane pożywienie, jak też patrzeć bezpośrednio w górę. W związku z tym, że jej naturalnym środowiskiem są głębokości od 600 do 800 metrów, zgłębienie tego sekretu było niemożliwe, gdyż z racji różnicy ciśnienia organy, interesujące badaczy, były uszkadzane w momencie wyciągnięcia jej na powierzchnię.
http://www.national-geographic.pl/aktualnosci/ryba-z-przezroczysta-glowa

 

Reklamy

22334640661774000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

mucha

Dlaczego mucha tak mnie irytuje? Czy dlatego, że jej reakcje są takie szybkie, zdecydowanie szybsze od moich? Jej perfekcyjne reakcje wynikają z dokładnych obliczeń jej maleńkiego móżdżku, a więc ośmieszają mój przerośnięty ludzki mózg, stąd irytacja. Za każdym razem wiedziała więcej, obliczała sprawniej, dokładnie przewidywała mój kolejny ruch, i, co więcej, zmuszony byłem zużytkować na nią znaczną porcję energii.

link

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne*, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 *„Najważniejszym warunkiem kompromisu było to, że osobie w depresji wolno będzie wyjawić wobec przyjaciółek własny opór przed dzieleniem się owymi resentymentami i uświadomieniami oraz poinformować je (tzn. przyjaciółki), że zdaje sobie sprawę z tego, jak żałośnie i mazgajowato mogą one (tzn. resentymenty i uświadomienia) brzmieć, a także wyznać, że dzieli się z nimi tym zapewne żałosnym doświadczeniem „przełomu” tylko i wyłącznie na wyraźną sugestię terapeutki. Przyjmując ten warunek, terapeutka wyraziła zastrzeżenie jedynie do użycia przez osobę w depresji określenia „żałosne” podczas dzielenia się myślami z Układem Wsparcia. Terapeutka oświadczyła, że znacznie chętniej poparłaby użycie przez osobę w depresji określenia „słabe” niż „żałosne”, ponieważ jej instynkt (tzn. instynkt terapeutki) podpowiada jej, że u podłoża stosowania przez osobę w depresji określenia „żałosne” leży nie tylko nienawiść do samej siebie, ale też żebranie o litość, a nawet pewien odruch manipulacji. Słowo „żałosne”, zauważyła łagodnie terapeutka, jej osobiście wydawało się mechanizmem obronnym używanym przez osobę w depresji dla ustrzeżenia się przed ewentualną negatywną oceną słuchacza dzięki jasnemu stwierdzeniu, że ona, osoba w depresji, już osądza się znacznie surowiej, niż jakikolwiek jej słuchacz miałby serce to zrobić”.
David Foster Wallace, Osoba w depresji, [W:] Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, przeł. Jolanta Kozak

413462646668428000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Przed dwoma laty na rogu zaułka Moulins-Gemeaux i ulicy Tournebride mały bezwstydny sklepik wystawiał jeszcze reklamę Tu-pu-nez, środka owadobójczego. Prosperował w czasach, gdy handlarze głośno polecali sztokfisza na placu Świętej Cecylii, i miał sto lat. Nieczęsto myto szyby wystawowe: poprzez kurz i parę z trudem dało się rozróżnić tłum małych postaci z wosku, ubranych w kaftany płomiennego koloru, a wyobrażających szczury i myszy.
Zwierzęta wychodziły na ląd z ogromnego statku, podpierając się laskami; ledwo dotknęły ziemi, a już wieśniaczka ubrana kokieteryjnie, ale sina i czarna od brudu, zmuszała je do ucieczki skrapiając Tu-pu-ez’em. Bardzo lubiłem ten sklepik, miał wygląd uparty i cyniczny, o dwa kroki od najdroższego kościoła Francji przypominał z bezczelnością o prawach robactwa i brudu”.

Jean-Paul Sartre „Mdłości”, przeł. Jacek Trznadel

712011255569819000000000000000000000000000000000000

„Świnie w naszej Targowej Świniarni to pokazowe wieprze, rasa zwana poland china; mają różową skórę porośniętą rzadką białą sierścią, jakby przystrzyżoną na jeża. Wiele świń wyleguje się na jednym boku: sapią, otępiałe od panującego w pomieszczeniu gorąca. Te, które nie śpią, chrumkają. Stoją albo leżą na bardzo czystych grubych trocinach w nisko ogrodzonych boksach. Para wieprzy zżera trociny razem z własnymi ekskrementami. (…) Ale oto jedna płowa świnia zaczyna się drzeć. Zestresowane świnie wrzeszczą. Odgłos ten jest zarazem ludzki i nieludzki; włosy stają od niego dęba”.

David Foster Wallace „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”, przeł. Jolanta Kozak

„Częstokroć gospodarzowi wystarczy, że otworzy wrota swojej zagrody i, by tak rzec, puści jak z radia trochę chrząkania świń, wypuszczając je przez te otwarte wrota ze świata nieczystego sumienia, a już uchodzi za rzetelnego i pracowitego”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

4181

Traktat o emotikonach (I)

.

Poruszają nas rzeczy wycięte ze swego otoczenia, zwierzęta spod stołu, ludzie wyrwani z kontekstu, budzą naszą sympatię. Dlatego z takim zacięciem kibicujemy psom lub kotom usuniętym z natury, wklejonym do internetu. Używamy przy tym wszystkich tych wodnistych słów, których nie użylibyśmy nigdy, w innych okolicznościach. W ciekawy sposób efekt ten (wytnij/wklej) wykorzystują księża katoliccy, którzy pokazują się chętnie na szkolnych dyskotekach w sutannach albo pozują do zdjęć na siodełkach harleyów. Chcąc się przypodobać dzieciarni, pozornie porzucają swoją ideologię, ukrywają ją za obłudnym uśmiechem i falującą sutanną. Ja na przykład w ten sposób wykorzystałem do swoich potrzeb pewną popularną piosenkarkę, wyrwałem ją z kręgu popkultury i umieściłem w swoim sentymentalnym imaginarium. Piosenki z jej wczesnych płyt przypominają mi moją młodość, teksty wydają się być głębokie, poruszające, a muzyka jest najlepsza na świecie.

Ostatnio śnią mi się moje miejsca prac wszelakich, w których sprowadzony jestem do roli pracownika, wklejony w  pracowniczą atmosferę sal fabrycznych, biurowych. W tych pracowniczych koszmarach najczęściej błąkam się po korytarzach pytając nieznajomych o drogę, nieustannie spoglądając na zegarek (w rzeczywistości nie noszę zegarka). Myślę sobie, że ten hipnotyczny, wepchnięty na rękę śniącego zegarek, ma mu przypominać o powinnościach, o nieprzystosowaniu, wywoływać u niego poczucie winy. Wycięty z rzeczywistości (z czyjejś ręki), a następnie osadzony na ręce śniącego zegarek, ma za zadanie poruszać nim nieprzerwanie, wytrącać go z równowagi, powodować by zaczął rozczulać się nad sobą, wystraszył się – i w końcu – zaczął błagać o litość.