6247251594487360000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

o upadaniu gatunków

 

– Co ty tam mażesz?
– Mażę o śmierci.

 

Wskakując w środek programu przyrodniczego; ptak na gałęzi, nie pamiętam gatunku, zbliżenie, ujęcie z profilu, według lektorki zmęczony długą wędrówką i głodny. Szlak migracyjny zahacza o te pustynne tereny, dlatego warto wykorzystać nadarzającą się okazję. Okazją okazuje się niczego nieprzeczuwający pająk kręcący się bez sensu wokół naskalnego zagłębienia, jego ruchy (migawkowe ujęcie) przyciągają uwagę ptaka. Jeszcze tylko analiza sytuacji, przekrzywienie łepka, ostatnie zerknięcie – i już drapieżca podlatuje, by pochwycić swą ofiarę. Takiego rozwoju wypadków spodziewałem się od samego początku; znany schemat, ograny do cna. Widziałem tego typu sytuacje już tysiące razy i za każdym razem z góry znałem zakończenie; wystarczyło umieścić na gałęzi ptaka, a następnie pokazać ofiarę. Ofiarą jest ptak.

Ani on, ani ja nie spodziewaliśmy się takiego rozwoju wypadków, ergo: nie dostrzegliśmy w porę zagrożenia. Nie byliśmy wystarczająco skoncentrowani, nie uważali. Jestem niemile zaskoczony, widząc ptaka ginącego w rozwartej paszczy węża (gatunek wykorzystujący zakończenie ogona jako imitację pająka).

 

PS

Bezpowrotnie minęły te dni, kiedy podążałem za jedną frazą, jednym słowem. Potrafiłem rozwijać i nie byłem zniesmaczony rozwijaniem. Mówiłem. Nie unikałem mówienia.

 

ładne

Mniszek lekarski (nazwa akademicka: Taraxacum spp. Lub Taxacum officinale) to roślina kwiatowa i gatunek fileta (Taraxacum) z koszykówki. Jest to powszechne zioło na Islandii i może dorastać do 1000 m nad poziomem morza. Jest podzielony na kilka gatunków. Po kwitnieniu mniszek lekarski zamyka kosz z kwiatami, a następnie otwiera go ponownie, gdy nasiona są w pełni dojrzałe i nazywa się kalusem. Nasiona mniszka lekarskiego mają włosy z planktonu i mogą przejść długą drogę. Korzeń to korzeń marchwi. Nadęty mniszek lekarski nazywany jest kołnierzem oczekującym (uciąg lub uciąg).

[Túnfífill via ¡Tłumacz, Google!]

 

Jak już wspominaliśmy poprzednio – czytał Homek – ów ciekawy gatunek czerpał energię z wyładowań elektrycznych, powstających regularnie w wąskich dolinach i oświetlających noc białym i fioletowym światłem. Możemy sobie wyobrazić, jak ten ostatni z wygasających gatunków Nummulitów zbliża się powoli do powierzchni, jak szuka drogi do bezkresnych moczarów w lasach przesiąkniętych deszczami, gdzie błyskawice odbijają się w pęcherzykach na powierzchni bagien, i jak opuszcza ostatecznie swój pierwotny żywioł.

1474776048842970000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

W nocy nie mogłem usnąć, cały czas myślałem o Pablo, leżałem w hostelowym łożu, zastanawiając się nad fenomenem jego egzystencji, siedem lat bez dachu nad głową, siedem lat strachu, niepewności, skrajnego nadwyrężania mechanizmów obronnych, nie potrafiłem sobie tego nawet wyobrazić, nie potrafiłem postawić się w jego sytuacji, choćby tylko na minutę, chociażby na sekundkę, hostel, w którym zamieszkałem, był stary i zaniedbany, łóżko, na jakim przyszło mi teraz leżeć, nierówne i twarde, jednym słowem okropne, wewnątrz duszno, mimo otwartego okna, w gruncie rzeczy nie wiem dlaczego zdecydowałem się na ten hostel, jest tyle hosteli wokół, wokół tyle mamy hosteli, i po co to gada?, a ty znów zdecydowałeś się na ten najbardziej odrażający, mogłeś wybrać, miałeś wybór, ale zrezygnowałeś z wyboru, zadowalając się tym, co już znasz, zawsze zadowalałeś się tym co już znasz, zawsze tym samym, chociaż to samo jest przecież za każdym razem takie samo, a więc najgorsze, zamiast wybrać chociaż raz coś innego, ty wybierałeś zawsze to samo, to co było, co dobrze znałeś, nawet wtedy, gdy to samo już na wstępnie okazywało się najbardziej odstręczające; mając wybór, nigdy nie wybierałeś innego, wolałeś to, co swojskie, irytujące, a więc najgorsze. Pablo. Pablo. Pablito. Co teraz robi?, myślałem, o czym myśli?, leżałem w przydzielonym mi ad hoc hostelowym łożu i nic nie przychodziło mi do głowy, mogłem jedynie kontemplować światło, jak to się mówi, sączące się przez sprane hostelowe firany, więc kontemplowałem światło, nie przestając myśleć o Pablo, gdy nagle coś ugryzło mnie w łydkę. Ała! Od razu wiedziałem o co chodzi. Chodziło o pluskwy. Wszędzie, dokądkolwiek bym się nie udał, zawsze dopada mnie robactwo, a pluskwy nie są tu bynajmniej chlubnym wyjątkiem, w zasadzie na równi z komarami dzierżą one palmę pierwszeństwa, gdziekolwiek bym się nie udał, zawsze dopadają mnie; wpierw komary, a następnie pluskwy – w takiej kolejności, w tym kraju nie mamy żadnych szans w konfrontacji z naturą, wszędzie, dokądkolwiek byśmy się nie udali, dopadają nas a) komary, b) pluskwy, gdziekolwiek byśmy się nie schronili, w którąkolwiek stronę nie poszli, pojechali, zaraz mamy nad głową stado komarów, a wokół stóp mrowie agresywnych pluskiew. Kolejne bolesne ugryzienie tylko potwierdziło moje słowa. Aż się poderwałem! Podwinąłem nogawkę spodni; oto łydka czerwona, zaczerwieniona, musiałem zebrać w sobie całą siłę woli, by powstrzymać się przed drapaniem; drapanie, rozdrapywanie tylko pogorszyłoby i tak nie najlepszy, wręcz fatalny stan mojej łydki. Lecz to jeszcze nie wszystko, panie Mateuszu!, nie wiem, czy pan słyszał, ale w tym roku mamy wyjątkowy problem z biedronkami. Biedronki azjatyckie atakują. Biedronki azjatyckie wchodzą masowo do domów i mieszkań. Biedronki azjatyckie szturmują nasze okna. Inwazyjne i niebezpieczne biedronki azjatyckie oraz nasze polskie. Jak je odróżnić? Biedronki azjatyckie mogą też atakować nasze psy! Ах, Арлекино, Арлекино, Нужно быть смешным для всех. Przypomniałem sobie nagle zdjęcie, przypomniałem sobie, że są jeszcze kleszcze!, przypomniałem sobie jako żywo, panie Mateuszu, zdjęcie, na jakie natknąłem się kilka dni temu odruchowo przeglądając portale, zdjęcie rzucające się w oczy umieszczone na głównej stronie portalu, zdjęcie ohydne, wyjątkowo paskudne, od którego widoku nie mogłem się potem przez długi czas uwolnić; przez wiele nocy i dni nawiedzał mnie widok tego zdjęcia; dzisiaj na portalach nie znajdujemy naturalnie rzetelnych wiadomości, dzisiaj na portalach znajdujemy ohydne, przerażające zdjęcia, od których nie mamy szansy już do końca życia się uwolnić; na owym zdjęciu ukazana została od spodu psia łapa z wpijającymi się w nią, obrzydliwymi, opitymi psią krwią, nabrzmiałymi od krwi kleszczami, pod zdjęciem znajdowało się naturalnie ostrzeżenie dla wszystkich właścicieli psów, żeby tuż po spacerze dokładnie sprawdzać psie łapy, bowiem w tym roku grozi nam wyjątkowa inwazja kleszczy. Istnienie kleszczy jest jednym z kardynalnych dowodów na nieistnienie dobrego Boga, bo po cóż dobry Bóg miałby stwarzać kleszcze? Istnienie każdego wpijającego się w nas robaka jest kolejnym i kolejnym dowodem na nieistnienie dobrego Boga, gdybyśmy się tylko dobrze wokół siebie rozejrzeli, poszperali, znaleźlibyśmy setki, jeśli nie tysiące dowodów na to, że dobry Bóg nie istnieje.

132980473367242000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wycinanka

dla Marcina

                                                                                                               

Zobaczyłem na zdjęciu konia ciągnącego wóz i od razu przyszedł mi na myśl tort. Można się uśmiechnąć, śmiech jest bardzo zdrowy i czasami wystarczy się po prostu uśmiechnąć, równie dobrze można jednak posłuchać tej historii do końca.

Tort to pogłos, retrospekcja, jak zwał tak zwał, w każdym razie rzecz dzieje się kilkadziesiąt lat temu w małym nikczemnym miasteczku, jest piękny wiosenny dzień, jeden z tych niezapomnianych i ja i moi szkolni koledzy jesteśmy po lekcjach. Ulicą, obłe, postrzępione bloki krawężników, oślepianą raz po raz przez ogłupiałe od nadmiaru szczęścia słońce sunie chłopska furmanka. Dzień jest chyba targowy,

chociaż niekoniecznie (w tamtym czasie był to częsty widok, dopiero z dnia na dzień wszystko niepostrzeżenie wyewoluuje w mechaniczne formy, obsypie się, zmieni upierzenie albo ulegnie atrofii). Krzyś, który idzie obok mnie z takim samym tornistrem na plecach (wszystkie dzieciaki na zakończenie przedszkola dostały takie same tornistry z głową kota, któremu odklejały się powieki), dusi coś w sobie, widzę to po jego twarzy (ściągnięte brwi, zaciśnięte szczęki), by wreszcie, kiedy trafnie dobierze w myślach najwłaściwsze słowa, wyartykułować coś, co sprawi, że odtąd, ilekroć w dalszym swoim życiu, czy to na filmie, czy na fotografii (bo już przecież nie w naturze) ujrzę zaprzężonego do furmanki konia – będę widział tort:

– Każdemu koniowi ciągnącemu wóz powinno dawać się w nagrodę tort.

 

link

 

Dlaczego przytaczam tę historię? Tak jak mówiłem, zobaczyłem na zdjęciu konia ciągnącego wóz i od razu przyszedł mi na myśl tort, mógłbym jeszcze dodać, że Jurek (teraz Jerzy) słusznie zauważa, iż konie nie jedzą tortów, ale to nie miało dla mnie wtedy najmniejszego znaczenia. Rozumiałem Krzysia, lubił podjeść, a tort był dla niego największą nagrodą. Krzyś miał po prostu złote serce.

Złote serce. Dobre sobie! Skąd mi to nagle przyszło do głowy? Gdy tylko słyszę sformułowanie złote serce, chce mi się rzygać. Dosłownie.

Złote serce. Łee, nie chcę.

 

Bo przytaczam tę historię także z innego powodu, mógłbym powiedzieć teraz: ku przestrodze, dość powiedzieć, że niczego w świecie nienawidzę bardziej od metafory serca, która już od małego wydawała mi się sztuczna, podejrzana, zalatywała jakąś kruchtą, romantycznym uniesieniem, jednym słowem obrzydliwością. Jeszcze dzisiaj (w XXI wieku!) można, jeśli się tylko czyta jeszcze ludzkie wiersze, natknąć się na tego typu skuchę dyskwalifikującą już w przedbiegach ich autorkę/autora.

Krzysztof jest teraz wziętym neurochirurgiem i nie wiem, czy pamięta o torcie.

Ja natomiast pamiętam. Pamiętam wszystko, niepotrzebnie pamiętam, wywlekam na światło dzienne jakieś szczeniackie historie, chociaż od dekad nie mam ze sobą tamtym, kilkuletnim absolutnie nic wspólnego. Jego mózg, zatrzymany na wczesnym etapie rozwoju mózg dziecięcy, ma się do mojego, po części obrosłego w nowe połączenia synaptyczne, po części skorodowanego już niestety, dorosłego mózgu, jak przysłowiowa pięść do nosa. Jego sposób myślenia, postrzegania świata, rodzaj wrażliwości, różnią się radykalnie od tego w jaki sposób ja myślę, ja postrzegam, jaką ja mam drażliwość i pasują do mnie jak tort do twarzy.

Przechowujemy w pamięci resztki, pozostałości z naszego dzieciństwa i przywiązujemy do nich nadmierną uwagę. Opowiadamy jakieś szczeniackie historie, które nijak się mają do nas samych zmęczonych i starych. Wywołujemy z pamięci duchy dzieciaków, którymi kiedyś byliśmy, chociaż od wieków nie mamy ze swoim dzieciństwem nic wspólnego. Posiadamy w pamięci śmietnik, z którego od czasu do czasu wywlekamy na światło dzienne przeterminowane ciasta, którym przyglądamy się potem z niezdrowym upodobaniem.