42181679476851900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

rozwój

 

Matka mówiła, że ojciec się nie rozwijał, praktycznie nie miał żadnych zainteresowań, jego jedynym zainteresowaniem była korporacja, do której łaził siedem dni w tygodniu, mając cię gdzieś, mówiła. Matka wykładała a ojciec się nie rozwijał, gdyby mógł, siedziałby tam dwadzieścia cztery godziny na dobę, byle cię tylko nie widzieć. Matka przewijała a ojciec się nie rozwijał, jego jedynym zainteresowaniem była korporacja. Matka zawoziła, odwoziła, ubierała i karmiła, a do tego znajdowała jeszcze czas, żeby się rozwijać (nie pamiętam wszystkiego, co mówiła matka, bo mówiła dużo, a o ojcu potrafiła w nieskończoność).

Reklamy

658276182003137000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

O dynamice snów

.

Problem, który zamierzam dzisiaj poruszyć, dotyczy fenomenu z jakim stajemy twarzą w twarz śniąc. Być może i ja nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie dzisiejszy sen, a właściwie przebudzenie, które nastąpiło nieoczekiwanie podczas fazy REM i pozwoliło mi na obiektywną rejestrację faktów, dając asumpt do poniższych wniosków.

Nie chciałbym w tym miejscu długo rozwodzić się nad samą treścią mego snu, tym bardziej, że zawarte tam informacje zahaczają o wczesny etap dzieciństwa, a więc okresu szczenięcego, banalnie naiwnego, traumatycznego (przeźroczystość już od najwcześniejszych lat, zrywanie metek, skórzanych wszywek przy paskach u spodni, zdzieranie napisów na bluzkach, niechęć do bycia nośnikiem jakiegokolwiek przekazu, zbieranie razów, narażanie się na śmieszność), jaki najlepiej jest zawsze pominąć wymownym wzruszeniem ramion.

Pragnę za to skoncentrować całą uwagę na jednym, jakże znamiennym szczególe, który, gdyby nie wspomniane wcześniej przebudzenie, po prostu by mi umknął. Otóż – i tu proszę o wzmożoną uwagę – dałem się ponieść. Dałem się ponieść w sensie dosłownym i nie. Podczas mego snu, podczas tej wewnątrzsennej obserwacji przemieściłem się, zmieniłem swoje położenie, i, co najważniejsze, niemal bym tego nie zauważył…

Tkwiłem wówczas w zagłębieniu, zaułku, wyłomie klasztornego muru, a może nawet w krużganku, gdzie znalazłem się, ponieważ nie chciałem uczestniczyć w procesji. Nawiasem mówiąc, było to miejsce idealne, całkowicie odosobnione, wnęka, zacisze, gdzie w całkowitym spokoju mogłem oddawać się przemyśleniom, zajmować rozważaniami typu: każdy cierpi, człowiek na księżycu, wspominać nocne pływanie, nie widząc całego zamieszania, a i sam nie będąc w tym czasie obserwowanym. Moja ucieczka z procesji, bardzo typowa dla okresu dojrzewania, o którym również nie zamierzam powiedzieć tu ani słowa, dawała mi komfort. Przebywając tam, czułem się świetnie, oddychałem pełną piersią, w spokoju oddawałem się przemyśleniom, przez cały czas mając na oku maszerującą procesję.

Dopiero po przebudzeniu zdałem sobie sprawę, że w czasie, gdy oddawałem się przemyśleniom, nie mogłem znajdować się przecież w zaułku (nie mogłem być spokojny), w przeciwnym razie (gdybym się był znajdował) nie mógłbym mieć na oku maszerującej procesji. Zmieniło się moje położenie, a ja nie zdziwiłem się wcale, czyż to nie dziwne?

Gdybym się nie przebudził, nie odkryłbym prawdy.

 

PS

Powyższe uwagi spisałem przed południem. Po południu przyszło mi naraz do głowy, że mogę przecież rozrysować całe zagadnienie, posłużyć się Paintem. Posługuję się zatem:

5

 

Elipsa symbolizuje procesję, mała czarna kropka we wnęce to naturalnie ja.

Ukryty w krużganku przed wzrokiem procesji czuję się bezpiecznie.

Mogę w spokoju oddawać się rozważaniom.

 

I drugi:

 

6
Proszę zwrócić uwagę na przemieszczenie małej czarnej kropki (mnie), które umknęło mi podczas snu. Teraz mam przed sobą elipsę (procesję) i muszę się do niej niestety ustosunkowywać.

Nie mam możliwości ucieczki ani przejścia.

Nie dość, że nastąpiło przeoczone we śnie przemieszczenie, zniknął również zaciszny krużganek.

 

4654683669341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (II)

 

Tak więc szliśmy.

Pagórki i mile.

Pagórki i mile.

Ktoś, kto nigdy nie był w tych rejonach, nie zrozumie uczucia nigdy nie kończącego się dystansu potęgowanego ukształtowaniem terenu; co innego jeśli się jedzie, ale chodzenie, a zwłaszcza chodzenie do określonego celu, w wybranym kierunku. kiedy mamy do przebycia tak zwany szmat drogi (a mieliśmy do przebycia dobre 13 mil), bardzo szybko staje się koszmarem ze względu na tutejsze stromizny zaskakujące idącego swoją nużącą powtarzalnością. Mimo wszystko nie było najgorzej. Nie padało. Cztery i pół godziny żwawego marszu w dość sprzyjających warunkach.

Ja i moi dwaj współlokatorzy połykaliśmy dystans z zadziwiającą łatwością. Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat naszej przeszłości; moi współlokatorzy wypytywali mnie o moją przeszłość, i ja opowiadałem im zdawkowo o mojej przeszłości, następnie ja pytałem moich współlokatorów o ich przeszłość (tak naprawdę wcale nie obchodziła mnie ich przeszłość, nie była mi ich przeszłość do niczego potrzebna, niemniej grzecznościowo wypytywałem ich o ich przeszłość) i oni opowiadali mi o swojej przeszłości. Przez cały ten czas starałem się być podobny do nich, mówiłem jak oni, poruszałem się jak oni, oddychałem pośpiesznie jak oni, nie zwracając uwagi na mój instynkt samozachowawczy. Dystans skracał się.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat ukształtowania terenu. Jeden z moich współlokatorów był człowiekiem wykształconym, posiadał wszechstronną wiedzę, której mogłem mu tylko pozazdrościć, i teraz dzielił się nią  zarówno ze mną, jak i drugim współlokatorem. Wskazywał na skutki zlodowaceń, występowanie żłobów i cyrków, posługiwał się przy tym słownictwem plejstoceńskim, którego nie rozumiałem, nie zamierzałem rozumieć.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat mijanego krajobrazu. Moi współlokatorzy zwracali moją uwagę na specyfikę tutejszej urbanizacji, z którą od lat byli za pan brat. Ja zwracałem uwagę moich współlokatorów na pasące się na okolicznych łąkach owce o czarnych łbach. Zarówno ja, jak i moi współlokatorzy wzajemnie zwracaliśmy swoją uwagę na szybko skracający się dystans.

Nie wiem, po co to ciągnę, ale tak nam właśnie upływało.

cdmn.

2876752714532190000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (I)

 

Robiłem wtedy w Anglii. W fabryce. Ale to tak jakbym przebywał na koloniach. Jakbym był w piekle. Do dzisiaj się z tym nie pogodziłem. I nie pogodzę się aż do śmierci.

Pewnego dnia poszliśmy do Haworth. Ja i moi dwaj współlokatorzy. Nie cierpiałem swoich współlokatorów, nie chciałem mieć z nimi do czynienia, ale od początku byłem na nich skazany, nie miałem wyboru. Zawsze jesteśmy skazani na jakichś ludzi i nie mamy wyboru. Tam, w Anglii, skazany byłem na pracowników fabryki, na wszystkich pracowników fabryki, w tym na moich współlokatorów.

Dzień był zimny. Pochmurny. Zanosiło się na deszcz.

Weekend, a więc czas zapomnienia o fabryce, o wykonywaniu tych wszystkich mechanicznych czynności, o tkwieniu dzień w dzień przy taśmie w ogłuszającym huku z idiotyczną nadzieją na jedną krótką, jedną jeszcze krótszą przerwę, o niemożności zakończenia procesu myślenia o bezsensie, o bólu. Stupor. Opiłki. Marionetkowość. Przed laty, kiedy wydawało mi się, że świat jest do zniesienia, wypowiadałem wiele zdań, rozmawiałem z ludźmi. Tam w Anglii nauczyłem się milczeć, jeśli potem mówiłem, nie mówiłem łagodnie. Odszczekiwałem.

Powiedziałem, że idę do Haworth, do sióstr. I oni poszli ze mną. Naturalnie podczas jednego z naszych wieczorków zapoznawczych, w trakcie których każdy z nas próbował wytyczyć nieprzekraczalną granicę a jednocześnie wybadać, a następnie otworzyć się przed pozostałymi, na ile tylko oczywiście można, w rozsądnych, odpowiednich do wrodzonej nieufności proporcjach, opowiedziałem im o mojej fascynacji twórczością sióstr, o fragmentach, o prozie.  Jeden z nich, nie wiem czy naprawdę, czy tylko chcąc mi się przypodobać, powiedział, że coś tam kiedyś czytał, drugi natychmiast dorzucił, że oglądał film.

Dlatego, gdy teraz powiedziałem, że idę do sióstr, oni poszli ze mną. Podobno jest coś takiego w człowieku, że jeżeli już raz wyrazi swoją opinię na jakiś temat, to się z nią utożsamia i trzyma się jej potem rękami i nogami, nie zważając na to, jak bardzo jest głupia. Tak więc poszli. Nie mieli wyboru.

Było to jeszcze w okresie, kiedy dopiero się ze sobą zapoznawaliśmy, tak to sobie teraz tłumaczę. Pierwszy tydzień. Pierwszy weekend. Fakt zamieszkiwania razem w jednym domu nie przerażał wtedy jeszcze tak bardzo ani mnie, ani ich. Zawsze, na samym początku tak zwanej znajomości, dawałem ludziom pewien kredyt zaufania i zawsze ten kredyt szybko się wyczerpywał. Zawsze, kiedy poznawałem ludzi, na samym początku, byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw, starałem się mimo wszystko ułatwiać (mówię tylko ja, więc to co mówię może okazać się kłamstwem) i zawsze okazywało się, iż ludzie są niesamowicie rozczarowujący. Tak było i w tym przypadku – jeden z nich był mocno skrzywiony w jedną, drugi w drugą stronę.

To rozwichrzenie było nawet zabawne. Początkowo przysłuchiwałem się ich dyskusjom, które szybko zaczęły przeradzać się w kłótnie; jakieś partie, twarde fakty, zaszłości, dowody, szybko jednak zaczęło mnie to nużyć. Najzabawniejsze było to, iż ciągle próbowali skaptować mnie, zawłaszczyć, gorąco pragnęli, abym w końcu się opowiedział, zdecydowanie stanął po czyjejś stronie [(2+1)>(1+1+1)], nie wiedzieli, że jak nic innego nie cierpię ludzi w typie wszystkowiedzącym, nadopiekuńczym, apostolskim. A gdyby nawet wiedzieli i tak nie przyjęliby tego do wiadomości.

cdmn.

72639767602615600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Automat

 

Chciała mieć pewność. Chciała wiedzieć, że o niej myśli. Codziennie.

Powiedziała mu o tym kiedy wyjeżdżał, zaznaczyła, że to sprawa życia i śmierci, że jeśli choć raz się wyłamie…, mówiła głośno, dobitnie.

Miało go nie być długo, prawie rok, wystarczająco, by zwątpić we wszystko, nie mówiąc już o miłości. Takie zapewnienie, gwarancja.

Pierwszego e-maila otrzymała jeszcze tego samego dnia. Wysłał go z samolotu. Prócz niezbędnych, umówionych wcześniej słów (Kocham Cię), bez których skończyłaby z nim raz na zawsze, znalazła tam również zdjęcie chmur i skrzydła.

A potem, miesiąc w miesiąc, dzień za dniem skrupulatnie wywiązywał się z obowiązków. Otrzymywała te dwa najważniejsze dla niej słowa, tak jak chciała, codziennie; w pierwszych tygodniach o różnych porach dnia (rano, najczęściej jednak wieczorem), w następnych zaś dokładnie o tej samej godzinie (7:10).

14913169640232700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Divine

.

– Powiem ci coś w sekrecie.
[…]
– Wiem jednak, że możesz się przestraszyć. Może inaczej; wiem, że to, co teraz powiem zabrzmi cokolwiek dziwnie i niepoprawnie, i wiem, że raczej nie powinienem tego mówić, dusiłem to w sobie jednak przez długi, być może nawet zbyt długi czas i właśnie dziś nadszedł ten moment, moment, nazwijmy go dla uproszczenia decydujący, w którym nie pozostało mi nic innego, niż to po prostu wyrzec. Muszę ci to powiedzieć, Muszę. Wiedz, że to konieczne.
[…]
– Nie, nie dla twojego dobra, raczej dla… dla mojej satysfakcji. Tak. Właśnie tak. Temat jest zadawniony, od dawna prowadziłem w tym kierunku żmudne obserwacje, obserwacje na tyle odstręczające, że dla własnego zdrowia musiałem je z czasem porzucić, sporządziłem przy tym wielostronicowe notatki, wyciągając z nich na koniec zatrważające wnioski, wnioski, które przeraziły mnie samego, i to do tego stopnia, że bałem się nimi z kimkolwiek podzielić, kiełkowało to we mnie, kłuło mnie dniami i nocami, nie dawało spać, bałem się, że jeśli to kiedyś powiem, znienawidzisz mnie do końca życia, ale dziś pomyślałem sobie – trudno, pozostanie mi satysfakcja. Tak, przyznaję, wypowiedzenie tego sprawi mi ogromną satysfakcję…
[…]
– Tak, właśnie satysfakcję. Mam na myśli nie tylko satysfakcję, ale i… perwersję.
[…]
– perwersjęperwersjęperwersję! Ależ ja nigdy nie ukrywałem, że jestem perwersyjny! Perwersja to moja druga natura. Cały zbudowany jestem z perwersji. Moje myślenie jest myśleniem na wskroś perwersyjnym, każda myśl opuszczająca moje zwoje, jest myślą perwersyjną, nie zamierzam tego negować.
[…]
– Jeśli naprawdę znienawidzisz? Trudno. Najważniejsze, że ja poczuję ulgę, przecież tu chodzi o mnie, zawsze chodziło tylko o mnie, nigdy nie chodziło mi o nic innego.
[…]
– Jakoś się z tym pogodzę.
[…]
– Nie ma powodu do obaw, przyzwyczaiłem się, przecież i tak myślisz o mnie w ten sposób. Tego się nie da ukryć.
[…]
[…]
– Dlatego wypowiem to szeptem. Wyszepczę ci to do ucha, tak będzie łatwiej.
[…]
– Dobrze. Powiesz, kiedy będziesz.
[   ]
– Teraz?
[   ]
– Już?

[…]
– Istnieją mężczyźni uwodzący na feminizm i gender.

1344719667586150000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

żarówka

 

Na początku przepaliła się żarówka. Zupełnie nowa, kupiona kilka dni wcześniej. Tak to wyglądało. Mniej więcej. Żarówkę musiałem natychmiast wyrzucić i zakupić nową, dlatego znalazłem się wtedy tam, gdzie nie powinienem był się znaleźć, a więc na rogu Siennej i Benoit. O ile sobie przypominam, było już dobrze po siedemnastej.

Na rogu Siennej i Benoit jest sklep z różnymi takimi, dużo przedmiotów, głównie elektryka, byłem nieomal pewien, że widziałem tam wcześniej żarówki, przechodzę tamtędy codziennie i mimowolnie zerkam na wystawę, małe żółte pudełeczka ustawione w piramidkę, jednak w środku okazało się, że to galanteria albo garmażerka, w każdym razie żarówkę zmuszony byłem wybić sobie z głowy.

Crescendo.

Utraciłeś przenikliwość. Brak ci przenikliwości, pomyślałem natychmiast, od razu. A do tego jesteś mistrzem w wynajdowaniu powodów do poczucia winy, dodałem z satysfakcją, i dalej, jesteś największym mistrzem w sztuce winienia, obwiniania siebie, powtarzałem wielokrotnie, wracając bez żarówki, do tego w podłym nastroju.

W mieszkaniu, gdzie teraz siedzę, rzeczywiście przepaliła się żarówka, jedna z wielu, a więc nie jest to powód do rozpaczy. Żarówka nie stanowi powodu, mówię teraz głośno, żarówka była powodem by odwrócić uwagę i zapodać fikcję, by fikcją wypełnić czas, czas, w którym siedzę sam w mieszkaniu i obwiniam siebie. Z byle powodu. Czy to będzie żarówka, czy zapchany kibel, zawsze znajdę sobie powód do obwiniania siebie. Zwyczajnie. Bez powodu. Więc mówię teraz głośno, powtarzam, nigdzie nie wychodziłem, nie byłem dzisiaj na rogu Siennej i Benoit, po prostu, przepaliła się żarówka.

 

3631938672408250000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Musisz mieć swoje wiadro

 

Zranił go pierwszy pokój. Pierwsze mieszkanie wbiło mu nóż w plecy i obracało. Myśli o tym.
Właśnie z tego, jak również z kilku innych powodów, nie powinien był pojawiać się na tej kolacji. Nic już go z nimi nie łączy. To też.

Uwiązania, rozwiązania, stopnie, podróże, pozycje, pozy przeplatane uśmieszkami i wznoszeniem toastów. Mówią o paradygmatach, pielęgnują swoje mikrofaszyzmy rzucając na prawo i lewo nazwiskami.

Jednak najbardziej irytuje go on. Siedzi po drugiej stronie, aktywnie uczestniczy w rozmowie, od czasu do czasu posyłając mu ironiczne spojrzenie. W pewnym momencie ma go już serdecznie dość, tak bardzo, że proponuje zabawę – powoli, nie tracąc go z oczu, obniża swoją pozycję na krześle, następnie klęka. Teraz jedynie głowa wystaje ponad krawędź stołu.

On bez wahania robi tak samo.

Najpierw lewą, potem prawą nogę wkłada do wiadra. On postępuje podobnie, nie przestając się przy tym uśmiechać.  – I co teraz? – pyta.

– Zjedziemy. W korytarze.

– Korytarze?

– Korytarze, piramidy, linie powietrzne, co chcesz.

Nie czekając na niego, konsekwentnie postępuje dalej według swoich zasad – i już zaczyna stąd zjeżdżać przez dywany, podłogi i piętra.

Po upływie kilkunastu minut zauważa go znowu. Uśmiechnięty od ucha do ucha zjeżdża tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki, nie tracąc przy tym rezonu. Jest jak złośliwy kot.

 

Na dole, w katakumbach, wydobywa nogi z wiadra, odwraca się na pięcie, robi pięć kroków, zatrzymuje… i bardzo dobrze wiedząc o tym, że on również wykonał identyczne czynności, błyskawicznie zawraca i wskakuje do jego wiadra.

On się waha. Po raz pierwszy się waha.
Jest zdezorientowany.

– I co teraz?

– Musisz mieć swoje wiadro.

– Swoje?

– Właśnie to. Żadne inne nie wchodzi w rachubę.

– Ale… dlaczego?

– To proste. Jeśli nie chcesz znaleźć się w Azji albo Australii, musisz mieć swoje wiadro.

Unosi się teraz powoli, pozostawiając go tam w dole; wytrąconego z równowagi, oniemiałego. Dopiero kiedy jest na wysokości pierwszego piętra, do jego uszu dochodzi rozpaczliwy głos:  – A ty?

– Mnie jest wszystko jedno.

 

41553554281937300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Pobieranie*

.
Co też się tam w twojej głowie, myślę, patrząc na jego plecy przez rozwarte okno przybudówki. Myje samochód. Ale myje na swój sposób; długie, kościste przedramiona blisko przy ciele, jak manekin, całą robotę wykonują chwytne dłonie obsługujące strumień wody teraz niżej skrętne nadgarstki, kciuk prawej dłoni wywinięty, odstający. Od kiedy sięgam pamięcią wieloznaczne milczenie, ale wieloznaczne tylko dla osób postronnych, niewtajemniczonych, nie dla mnie, dla mnie zawsze za tym milczeniem nie kryło się nic innego niźli źle maskowana głupota. Od zawsze. Od podstawówki.

Pozostały czas: 11 minut – 48,3 z 300 MB

To jak omiata zderzak; pedantyczne, wielostronne, kwadratowe, prostokątne, prostackie ruchy, woda wdziera się w każdą szczelinę, zakamarek, wypłukując błoto. To jak przekrzywia głowę (sztywna, usztywniona głowa manekina), to jak ocenia, poprawia, zastyga. Wszystko jest w porządku; buty, książki, kurze, naczynia, ale wystarczy przeoczyć tylko jeden szczegół, a układanka rozsypuje się w palcach. Trzeba być czujnym, inaczej zaczyna boleć.

Pozostały czas: 9 minut – 77 z 300 MB

Dlaczego mi to zrobiła? Dlaczego nie mogliśmy być sami? Dlaczego matka nie może być tylko matką? Tak łatwo przyszło jej zapomnieć.

I po co wiązać się z człowiekiem, który na co dzień zakłada mundur?

Pozostały czas: 6 minut – 148,5 z 300 MB

Niech myje. Jeszcze tylko pięć minut. Ostatni odcinek…

Niczego bardziej nie potrzebuję.

Pozostały czas: 4 minuty – 188 z 300 MB

Limitu ubywa w zastraszającym tempie. Już nawet przestałem sprawdzać, przedtem sprawdzałem co chwila, co doprowadzało mnie do furii. Wykupił najtańszy abonament tylko po to, by ją zadowolić, by była przekonana, że się troszczy!

Pozostały czas: 2 minuty, 41 sekund – 220 z 300 MB

Coś znów tam dłubie. Coś mu się nie podoba.
Niech dłubie.

Niech grzebie.

Pozostały czas: 2 minuty, 14 sekund – 241 z 300 MB

To jego spojrzenie. Ten wyraz twarzy. Za ten wyraz twarzy lałbym od razu po mordzie, jeden policzek za jeden wyraz twarzy, jeden do jednego. Szczeniak nie wie, że wiem, że obserwuje mnie z przybudówki. Nie wie, że wiem, że podkrada mi internet.  

 

Pozostały czas: 58 sekund – 261 z 300 MB
Pozostały czas: 26 sekund – 290 z 300 MB
Pozostały czas: 10 sekund – 298 z 300 MB

 

 


*Od czasu do czasu muszę jednak bazgrnąć tutaj jakieś odpychające opowiadanko albo zamieścić nie mniej odpychający cytat. Tak dla higieny. (nie trzeba czytać)

 

668996615388005000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dekort

.
Minąwszy skład budowlany, hurtownię nabiałową, hurtownię artykułów elektrycznych, plac manewrowy służący do nauki jazdy, siatki z wywieszonymi reklamami kominków, powierzchni handlowych, zadzwoń, tkwiące na uboczu drogi pordzewiałe banery, przybite do drzew tabliczki zachęcające do kupna świeżych jaj, kierunkowy, gokarty, klub golfowy, przejazd kolejowy bez zapór, wybierz, nie przegap, kompleks lub główny ciąg komunikacyjny, wymagające gruntownego remontu drzewa, zjazd w zacienione uliczki, wielokrotnie przytaknąwszy, osiągnąwszy docelowy punkt podróży, budynek Hangaru wbity, jednocześnie wybity z ciągu luźno powiązanych, sterczących budynków, wyodrębniony przez ostre słońce, spokojny, wyraźnie ustrukturyzowany tok myślenia. Informacja z Recepcji: pierwsze piętro, pokój na końcu, po prawo, trudno nie trafić, jedyne drzwi.

– Pragnę oddać organy.

– Jakie?

– Wszystkie.

– Dobrze. Zanim jednak spełnimy pana prośbę, zgodnie z procedurą, muszę zapytać, czy nie wolałby pan pozostać przy funkcjach życiowych? W takim wypadku pobierzemy tylko po jednym z parzystych.

– Pragnę oddać wszystkie.

– Dobrze. Rozumiem, że zna pan cenę hurtową?

– Tak.

– Czy poinstruowano pana o ryzyku Niewiadomego?

– Tak.

– W takim razie proszę się teraz wygodnie położyć.

.
link

38461794961234600000000000000000000000000000000000000000000

Tak to króliczku mniej więcej wygląda

.  
Myślę sobie, że nocą, kiedy zasypiamy, wypychani jesteśmy wraz z łóżkiem wysoko, bardzo wysoko w próżnię, a nasze głowy pojawiają się w miejscach przeznaczonych dla gwiazd, zupełnie przypadkowo, chaotycznie, coś na kształt kreskówki; gigantyczne, nieprzewidywalne klawisze fortepianu, Elmer wpychający strzelbę w jedną norę, Bugs wyskakujący z drugiej

albo:

Wciskając o wyskakuje mi „io”, pisząc v pokazuje się „cv” wciskając L pokazuje się „KL” wciskając r ukazuje mi się „3r” itp oraz dodatkowo gdy wciskam „e” lub „t” kursor przeskakuje mi do innych miejsc na stronie

lub:

otóż gdy naciskam na k wyskakuje mi dwójka, gdy wciskam j wyskakuje mi jedynka, zamiast L 3, zamiast o szóstka zamiast kropki wyskakuje mi przecinek choć jak nacisnę na zwykły przecinek pojawia sie on. sprawdzałem czy mam w kompie wira ale okazało się że nie, wcisnąłem też ctrl+ shift ale to też nie podziałało. proszę pomóżcie.

No właśnie. Czasami robi się z tego horror. Nagle nasze głowy znajdują się w słoikach, w piwnicznej pracowni wybitnego naukowca, wielokrotnego laureata Nagrody Nobla, który pewnego dnia wpadł na genialny pomysł, postanawiając połączyć w sieć najpierw kilka, potem kilkaset żywych ludzkich mózgów, tłumacząc to tym, że nadświadomość powstaje w organizmach żywych przy odpowiednim skomplikowaniu materii organicznej. Od tej pory wybitny naukowiec nie ustaje w wysiłkach; łączy nasze mózgi szeregowo, równolegle, zamienia miejscami.

Czasami zaś jest spokojnie. Obserwujemy bez zdziwienia tłum, pochodnie, manifestacje, jesteśmy melancholijnymi świadkami. Stoimy na przystankach, z których umarli są na bieżąco odtransportowywani podjeżdżającymi z opóźnieniem środkami miejskiej komunikacji.

 

9079598147510260000000000000000000000000000000000000000000

Przeciąg głaszcze podłogi, uchyla okna
.

Oto ja, na niepewnych nogach, w starych za długich pofałdowanych spodniach, bardziej na prawej, na której oparłem teraz ciężar ciała, nie wiem, czy zdołam wytrzymać jej spojrzenie. Na razie kopie ogródek, z tego miejsca widzę tylko plecy, ma na sobie dobrze mi znaną flanelową koszulę w romboidalne wzory, spraną, bezwonną, przez ten czas zdążyła wyblaknąć. Furia? Tak, to jest furia. Być może jest to inna furia, wolę tak myśleć, jest to starcza furia, ten rodzaj starczej furii, która już nic nie musi, i dlatego jest właśnie starczą furią. Mniej. Nie powinienem mówić wszystkiego, nie mogę pozwolić sobie na otwartość; mniej. Mniej znaczy więcej.

A przecież stanowiła dla mnie punkt oparcia, była punktem oparcia, jeśli mogę teraz tak powiedzieć, jeśli ja mogę teraz powiedzieć cokolwiek; stryjenka stanowiła dla mnie punkt oparcia. Ona była twoim punktem oparcia. Musiało upłynąć wiele lat, abym to zrozumiał, abym właśnie teraz, patrząc na jej pochylone plecy, zrozumiał, co tak naprawdę oznacza punkt oparcia. Powinienem jej to dać i odjechać. Bez słowa. Czekam aż wreszcie skończy, stoję tu w pełnym słońcu.

W świetle dnia. Tak, w świetle dnia, w świetle dnia, którego nienawidzę z jednego powodu, z jej powodu. Gwałtowne ruchy. Jak rozkurcze. Te same plecy wyposażone w te same silne kończyny, które potrafiły przywołać do porządku, przeciągnąć, upchnąć, zatrzasnąć drzwi.

Jest jak maszyna. Albo jak strach. Stanowi część procesu. Skumulowana energia i jej upusty. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ma jeszcze tyle, przecież mogła już dawno. Ziemia poddaje się, wbija w nią, rozszarpuje, posuwa uparcie do przodu, czekam aż skończy, powoli opuszczają mnie siły, moja odwaga, a właściwie chwilowy przypływ odwagi, nie ma już najmniejszego znaczenia.

Odwracam się i odchodzę. Zabieram ze sobą. Zostawiam. Nie chcę. Niczego nie skończyłem, ale też nie zacząłem, prostuję nogi i nie czuję się winny. Poprzestawiane figury, zaślinione usta. Pustka. Bo przecież istnieją historie, historie bez znaczenia, historie, które ciągle na nowo próbujemy opowiadać sobie z różnych przyczyn; w zastępstwie, z powodu, bez przyczyny, historie rozgrzebywane, nieszukające zrozumienia, historie, których nie da się opowiedzieć, których nie można opowiedzieć – i naprawdę nie musimy się przed nikim z niczego tłumaczyć. Cholerna wiosna, cholerne światło. I cholerne ptaki.

10770594215935700000000000000000000000000000000000000000

Metody

 

To, że mnie spłodzono z bezwzględnym wyrachowaniem, niczego nie tłumaczy. Dzień również nie ma najmniejszego znaczenia (urodziłem się w dniu, w którym NASA ogłosiła wykrycie siedmiu nowych planet krążących wokół gwiazdy TRAPPIST-1). Żadne okoliczności mojego przyjścia na świat nie są w stanie wyjaśnić tego smutnego faktu, że nie urodziłem się sam. W czasie, kiedy operujący w podczerwieni teleskop Spitzera zbierał zasłużone wyrazy uznania, a zaniedbany teleskop Hubble’a patrzył tępo w kosmiczną przestrzeń, mój brat kopał mnie po głowie.

Ten czerwony karzeł już od pierwszych dni naszego wspólnego życia obrał sobie za cel moją osobę. Byłem słabszy i cierpliwie znosiłem razy zadawane z jakąś perfidną złośliwością. Nie wiem, czym zasłużyłem sobie w jego oczach na takie traktowanie. Być może do prawidłowego rozwoju wybitnej jednostki nieodzowna jest ofiara, ktoś uległy i cichy, ktoś, kto nigdy się nie poskarży. Dlatego z ulgą przyjąłem ten dzień, kiedy moi rodzice się rozstali, uwalniając mnie raz na zawsze od towarzystwa tego bękarta. Pamiętam jak dziś mroźny marcowy poranek i jego zimne, cyniczne oczy.

Tego dnia, dnia w którym po raz pierwszy w życiu naprawdę odetchnąłem, wyleciał do Stanów z tym pajacem (cóż, mój brat był bystrzejszy ode mnie, i co tu dużo mówić, był po prostu geniuszem), znikając raz na zawsze z zasięgu mego wzroku.

Zawsze nienawidziłem ojców szczycących się swoim ojcostwem, mianujących się nowoczesnymi tatami i ogłaszającym całemu światu swoje niezwykłe dokonania w dziedzinie ojcostwa. Wszelkie tego typu działania, okraszone zazwyczaj garścią życiowych mądrości, z nieodłączną gromadą szkoleniowych fotek (gokarty, Centrum Kopernika, na barana), niezmiennie napawały mnie wstrętem. Przywodziły mi na myśl wyposażonych we wszystkie współczesne gadżety, nieprzytomnych z dumy, uśmiechających się od ucha do ucha jurnych, witalnych półbogów, bezwzględnie pnących się w górę (na wzór okutanych w membranowe kurtki egotycznych himalaistów) po głowach swoich pociech.

 

4880197746793000000000000000000000000000000000000000

Festiwal kolorów

 

Po drugiej stronie ulicy, pomiędzy twarzami oczekującymi na zmianę świateł, dostrzega dziwną, odmienną twarz, przypominającą ni mniej, ni więcej, tylko pobielone oblicze hinduskiego ascety. Przypomina sobie naraz nagiego starca o śniadym ciele siedzącego w kucki wśród błota i śmieci, którego jestestwa nie rozumie i nigdy nie próbował zrozumieć (różnorodność istnienia napawająca go nieufnością i lękiem), a którego samotna postać pojawiała się czasem wraz z nieodłącznym siwym kołtunem, i właśnie taką jak ta, pobieloną twarzą, w oglądanych wraz z siostrą programach edukacyjnych i podróżniczych.

Po zmianie świateł twarze ruszają przed siebie. Zauważa teraz ze zdziwieniem, że reszta ciała Hindusa ubrana jest w sposób jak najbardziej europejski, niemający nic wspólnego z Azją i niewątpliwie, musi to w końcu przyznać, reszta ciała należy do współczesnego Europejczyka.

Mijając go, przygląda się twarzy uważniej. Po chwili dziwi się jeszcze bardziej; pod warstwą zszarzałej bieli (z bliska przypominającej żółć) kryje się zwyczajna polska twarz typowego polskiego Polaka.

Przechodzi wzdłuż krótkiej uliczki i wkracza na główny plac miasta.

Główny plac miasta wypełniony jest po brzegi kolorowymi ciałami. Kolorowe ciała stanowią jeden wielobarwny kołtun podrygujący w rytm wystrzałów, megafonowych okrzyków, bębnienia, kakofonii basów. Niemal czuje te basy w żołądku. Obejmuje spojrzeniem podrygiwanie wielobarwnego kołtuna, nad którym wybuchają teraz różnokolorowe chmury; różowe, żółte, niebieskie, fioletowe, pomarańczowe, zielone… Przypomina sobie inny kołtun, zaobserwowany podczas pielgrzymki, na którą uprowadziła go babka, kiedy kilka lat temu, w wakacje, rodzice oddali go pod jej opiekę, jednak tamten kołtun nie był tak kolorowy. Wpatruje się z zaciekawieniem w różnokolorowy pył opadający na wielobarwny kołtun, mimowolnie kibicuje podrygiwaniu kołtuna. Kołtun faluje. Z kołtuna wyrastają tyczki zakończone smartfonami – to kołtun fotografuje swoje kolorowe kołtuństwo. Spogląda w górę, i dostrzega nad kołtunem drony filmujące fotografowanie się falującego kołtuna.

Nagromadzenie wszystkich tych ciał stłoczonych na niewielkiej przestrzeni przywodzi mu na myśl pojemnik wypełniony gazem, którego rysunki przeglądał wczoraj w swoim podręczniku do fizyki. Cząsteczki gazu reprezentowane były na pierwszym rysunku przez chaotycznie rozmieszczone kropki, był to właściwie niemal pusty prostokąt wypełniony z rzadka chaotycznie rozmieszczonymi kropkami. Następny rysunek przedstawiał ten sam pojemnik, w którym upchnięto wielokrotnie więcej kropek. Wydaje mu się, że wreszcie rozumie znaczenie podpisów zamieszczonych pod rysunkami: niskie ciśnienie, wysokie ciśnienie.

 

64202014863723100000000000000000000000000000000000

Jeszcze jeden rodzaj miłości

                                                                                                                                          

Davidowi

 

Uwielbiam prelegentki. Oczywiście tylko te dojrzałe, czarnowłose, z pasemkami siwizny, w okularach, o inteligentnym spojrzeniu, a więc obdarzone wszystkimi cechami przynależnymi do ideału, doktorantki manipulujące przy rzutnikach, których twarze z pozoru onieśmielone wielkością audytorium wyłaniają się z półcieni sal uniwersyteckich, kobiety wykształcone i odrębne, krytyczne i mądre, zanurzone w idei. I chociaż sam jestem przeciwnikiem idei, to podporządkowałbym się bez wahania jakiejkolwiek idei, byle tylko móc obcować z jej piękną wyznawczynią; jak to mówią; miłość nie zna ceny (i mają wiele racji).

Moja prelegentka objawiła się w burzy oklasków.

Oto ma na sobie czarno-niebieską koszulę męską, niezapiętą, spod której wystaje czerwony sweter z głębokim dekoltem, w kieszeni spodni, jak na mój gust zdecydowanie zbyt szerokich, z wrodzoną sobie stanowczością, co wywnioskowałem z jej późniejszego zachowania, umieszcza palce lewej dłoni, pozostawiając na widoku jedynie kciuk, prawą obejmuje mikrofon. Cierpliwie czeka aż ucichnie wrzawa, po czym zupełnie bezwiednie eksponuje twarz. Jej twarz.

Twarz prelegentki.

Usta prelegentki.

Słowa prelegentki.

Umysł prelegentki.

W takich właśnie chwilach, chwilach, kiedy w uniesieniu obserwuję prelegentkę, nucę sobie w myślach moją ulubioną, zasłyszaną w dzieciństwie piosenkę: Bo fantazja, bo fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego.

W prelegentce potrzebna jest oczywiście pewna doza feminizmu, jedynie prelegentka-feministka jest w stanie rozbudzić moje żądze. To żaden paradoks. Pociąga mnie niezależność, bezkompromisowość, pociąga mnie autonomia. Już od wielu lat chodzę na wszelkiego typu wykłady, seminaria, prelekcje, sympozja i spotkania otwarte, częstokroć wpraszam się na bezczelnego, stosując przy tym najprzeróżniejsze fortele i sztuczki, kluczę, udaję kogoś innego, wypowiadam przed wejściem wyuczone sentencje, pozwalam sobie nawet na drobne kłamstewka i mistyfikacje, po to tylko, by po raz kolejny ujrzeć prelegentkę. Oczywiście nie każda prelegentka wpasowuje się automatycznie w akceptowane przeze mnie kontury wzorca idealnej prelegentki, co gorsza, coraz trudniej o prelegentkę zbliżoną choćby do ideału. Statystyka jest zatrważająca.

Ileż dni musiało upłynąć, abym dziś mógł ujrzeć moją prelegentkę. Ileż miejsc musiałem odwiedzić. Ileż energii włożyłem w proces wyszukiwania właściwej prelegentki…

Lecz oto jest!

Lecz oto stoi tu teraz przede mną idealna prelegentka i wygłasza prelekcję. Ma kruczoczarne, upstrzone pasemkami siwizny włosy, rogowe okulary i piękny, inteligentny wyraz twarzy. Jej nozdrza drżą w sposób niemal niedostrzegalny, w sposób, który tylko ja potrafię zauważyć, wychwycić, tak jakby rzeczywiście drżały tylko dla mnie, jej słowa przepływają przeze mnie, a intonacja wielokrotnie złożonych zdań wprawia mnie w ekstazę.

Mógłbym słuchać tych słów godzinami…

Niezależnie od tego, czego dotyczyłby słowa prelegentki, byłbym w stanie wsłuchiwać się w nie dniami i nocami, mógłbym chłonąć je i przyswajać, mógłbym, gdybym tylko mógł, rozłożyć materac i ułożyć się do snu, obserwując w zachwycie niknące na horyzoncie kontenerowce dalekomorskich słów wypływające z rozkołysaną płynnością z ust prelegentki.

Naturalnie nikt mnie nie zrozumie. Nikt, tak jak ja, nie jest w stanie pojąć/objąć/docenić złożoności fenomenu prelegentki, a jeśli nawet znalazłaby się osoba wyposażona w zestaw podobnych do moich odczuć/przeczuć/intuicji/uczuć (w co oczywiście wątpię) i tak dobrowolnie nigdy się do nich nie przyzna. Ma lekką chrypkę, ale ta dodaje jej tylko uroku. Tajemniczo chrząka. Robi krótkie pauzy, którymi podkreśla fragmenty swej wypowiedzi. Naprawdę nikt. Pogodziłem się z tym. Krąży po sali. Zatrzymuje się w pół drogi. Powtarzam: nikt nie jest w stanie. Zawraca. Wydaje się być całkowicie pochłonięta prelekcją – ale to tylko pozór, tak naprawdę jest świadoma swego ciała, jest maksymalnie skoncentrowana na swoim ciele, dysponuje nim w sposób nieomal niedostrzegalny, i znów ja (z całego audytorium znów tylko ja!) dostrzegam to i oczywiście nie daję niczego po sobie poznać. Bo fantazja, bo fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego.

844617150046923000000000000000000000000000000000

Miejsca

  

Coraz częściej przechodził na stronę snów. Po przebudzeniu zostawał tam na dłużej, jak najdłużej się dało, uporczywie odwlekał moment, kiedy powracała świadomość, a co za tym idzie powracało poczucie winy. A powracało za każdym razem. Wystarczało otworzyć oczy.

We śnie brak jest impulsów związanych z ciałem. Po przebudzeniu przez chwilę trwa ten stan, homeostaza. Potem, z minuty na minutę, odżywa poczucie ciała, a tym samym dyskomfortu. Tylko przez krótką chwilę ja nie znajduje się w układzie odniesienia do żywych ludzi.

W wielu snach znajdował się na wysokościach; na wieżach, kominach, rusztowaniach, a nawet na wielopiętrowych, sięgających nieba łóżkach skonstruowanych z metalowych rurek powleczonych białą emalią; nie wiedział jak się tam znalazł, nie pamiętał.

Zazwyczaj był z nim ktoś jeszcze. Raczej mężczyzna.

Tamta druga postać kuliła się w podobny sposób; podkurczone nogi, ręce skrzyżowane na piersiach. Nigdy nie udało mu się dostrzec jej twarzy. Starał się nie zwracać na niego uwagi, a i on nie był zainteresowany jego osobą. Przeżywali swój strach osobno.

Problemem było zejście, i tylko to zaprzątało ich uwagę, nie było tam miejsca na żadną współpracę.

Wiedział, że jeśli zacznie pytać, nie uzyska odpowiedzi, dlatego o nic nie pytał. Co gorsza, mógłby narazić się na śmieszność; tak, chyba najbardziej bał się ośmieszenia, bał się, że tamten tylko udaje, że jeśli tylko powie mu cokolwiek, tamten wyśmieje jego strach. Dlatego milczał.

Za każdym razem wydawało mu się, że jest tam nielegalnie. Że nie powinien, stąd poczucie winy. Każdy dzień był torturą zwielokrotnioną absurdalnością sytuacji, która – a tak rzeczywiście myślał – w oczach osoby postronnej powinna wyglądać w najlepszym wypadku na aberrację. Być może zdawał sobie sprawę ze zbyt wielu rzeczy na raz, a być może rzeczywiście nie nadawał się do życia.

Od kilku dni zbierał informacje; ile kosztuje, gdzie dokonują, jakie warunki trzeba spełnić itp. Odpychały go procedury, odległość i cena, dlatego eutanazja pozostawała nadal w sferze marzeń.

30960598847965100000000000000

Herbata u kleryków

.

Do stanu całkowitego obrzydzenia herbatą doszedłem w młodości, po pewnej wizycie, która miała miejsce w domu mojego najlepszego kolegi szkolnego, sieroty. Ów szkolny kolega, którego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, wyprawiał wówczas swoje siedemnaste urodziny, na które zaprosił mnie, moją ówczesną dziewczynę, tak zwaną pierwszą miłość, to znaczy Sylwię, jak również trzech swoich rodzonych braci, kleryków. Może się to wydawać dziwne, ale wszyscy trzej bracia mojego najlepszego szkolnego kolegi byli klerykami.

Traf chciał, że dobrych parę lat wcześniej, po tragicznej śmierci rodziców w wypadku samochodowym, czwórka młodych jeszcze chłopców, w tym mój najlepszy szkolny kolega, trafiła pod opiekę ciotki dewotki, której metody wychowawcze uformowały z biegiem czasu młodociane umysły chłopaków. Nie wiem jakim cudem wyratował się z tej życiowej katastrofy umysł moje najlepszego szkolnego kolegi, być może stało się tak dlatego, że był to najmłodszy umysł z całej czwórki młodocianych umysłów. Będąc właścicielem najmłodszego umysłu, mój szkolny kolega mógł na własne oczy obserwować postępujące spustoszenia, jakie z biegiem czasu dokonywała cioteczkowa indoktrynacja w starszych umysłach swych braci, a co za tym idzie był w stanie na bieżąco wyciągać wnioski.

Tak więc, owego pochmurnego dnia, znalazłem się z Sylwią na siedemnastych urodzinach mojego najlepszego szkolnego kolegi w otoczeniu kleryków. O ile sobie przypominam ani ja, ani Sylwia nie rozmawialiśmy wówczas z klerykami, w każdym razie wymieniliśmy prawdopodobnie jakieś grzecznościowe formuły, po czym wszyscy z miejsca podzieliliśmy się na dwie grupy, które zaczęły toczyć odmienne dyskusje, w jednaj z nich znalazłem się ja, Sylwia oraz mój najlepszy szkolny kolega, druga utworzona została przez kleryków.

Być może nie doszedłbym wtedy do stanu całkowitego obrzydzenia herbatą, gdybym nie ujrzał jak trzej młodzi klerycy piją herbatę. Trzech młodych kleryków upchniętych w jednym pomieszczeniu, do tego pijących herbatę, proszę to sobie wyobrazić! Bardziej niż sami klerycy, przerażało mnie jednak picie przez nich herbaty. Pomyślałem sobie wówczas, że to picie herbaty jest bardzo groźne, że nie pozostało im już nic innego, jak tylko to picie herbaty, że tak naprawdę myślą już o czymś innym, że ich myśli zaczynają krążyć już gdzieś indziej, a oni nie mogą powstrzymać swych myśli od tego krążenia, dlatego zmuszeni są teraz pić herbatę. Tak sobie wówczas pomyślałem.

Zanim jednak doszło do picia herbaty, przeraziła mnie równie, jeśli nie bardziej od kleryckiej celebracji picia herbaty, klerycka ceremonia przygotowywania herbaty. Proszę sobie wyobrazić, że najpierw jeden z kleryków zapytał pozostałych, czy już chcą się napić herbaty, tak jak gdyby przez cały czas nie myśleli o niczym innym tylko o piciu herbaty, następnie drugi kleryk wystąpił z gwałtowną propozycją pomocy przy herbacie, na co pierwszy kleryk odpowiedział, że nie, że nie trzeba, że sam przygotuje herbatę. I rzeczywiście, od razu zaczął przygotowywać herbatę.

Zauważyłem wówczas, że pierwszy kleryk nie zapytał się ani mnie, ani Sylwii, ani też swego niekleryckiego brata, czy któreś z nas również chce się napić herbaty, jak gdyby picie herbaty nie miało dla nas takiego znaczenia, jakie niewątpliwie miało dla pozostałych kleryków, dopiero po chwili zreflektował się, i zapytał również nas, to znaczy Sylwię, mnie, i swojego brata, czy też chcemy się napić herbaty. Odpowiedzieliśmy, że tak, że bardzo chętnie, że chcemy się napić herbaty. Nasze oświadczenie było chyba nie na rękę klerykowi, który musiał teraz (zamiast od razu zabrać się do przygotowywania herbaty) umyć trzy dodatkowe kubki. Pierwszy kleryk błyskawicznie jednak wywiązał się z tego zadania, umył trzy dodatkowe kubki i natychmiast zabrał się do przygotowywania herbaty. Naturalnie, pomyślałem sobie wtedy, pierwszy kleryk przygotowywał herbatę dla wszystkich obecnych, ale tak naprawdę przygotowywał tę herbatę tylko dla siebie oraz pozostałych kleryków.