370532318199874000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

scary movie

 

Babcia z Wnusią w parku Skaryszewskim im. Ignacego Jana Paderewskiego. Jesień. Dużo złotych liści. Ostatnie takie słoneczne popołudnie.
Podczas gdy Babcia tonie w myślach (smutek uwidoczniony na twarzy), Wnusia wpatrzona jest w ekran smartfona. Spacerują, podtrzymując więź werbalną.
(długie pauzy)

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Emodżi. Soszial media. Nielimitowane.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie. Trendy. Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod Ponckim Piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Jaki ładny kwiatek!

Babcia: — Gdy byłam w twoim wieku, byłam taka sama jak ty.

Reklamy

76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

4239315744646420000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

studnia

                                                                                        Thomasowi                         

Kopał na tyłach posesji, nikt nie przypuszczał, chociaż, kiedy po raz ostatni pokazał się we wsi (zakupy), mówił Piątkowi, że pierwszego maja przystępuje do pracy, przystępuję do pracy pierwszego maja, do Góreckiego, pierwszy maja dzień rozpoczęcia pracy. Ludzie byli przyzwyczajeni, starali się ignorować.

Miał tam zadbane, mimo że wiek, i że mieszkał sam.

Ostatnim, który go widział, był Nowak.

Nocą pracował przy świecy, to Sadowska, z daleka widziała ognik, przed snem, jedenasta, dwunasta, wychodziłam za foliaka na papierosa.

Postanowił, a jak sobie postanowił, zawsze dotrzymywał słowa.

Mówili, że się utopił, ale zabrakło mu tlenu, strażacy schodzili w maskach, całe wyposażenie, tak zwany specjalistyczny sprzęt, znikoma ilość tlenu, prawdopodobna przyczyna zgonu.

Jego zwłoki odkryto w nocy z ósmego na dziewiątego sierpnia, Więcek, sąsiad, nie mógł uciszyć psów.

Dół głębokości ok. 8 metrów i średnicy blisko 80 centymetrów. Strażacy byli zszokowani, że nie używał szpadla.

Nie miał paznokci, Nowak, ręce czarne jak smoła.

2620041219234060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

gołąb  

 

W sobotę wieczorem na balkonie pojawił się gołąb. Uchyliłem drzwi balkonowe i zobaczyłem gołębia. Przycupnął w rogu. Z tych krakowskich albo warszawskich, szary, z zielonym, typowy gołąb odłączony od stada. Normalna sytuacja jest taka, pomyślałem; ja uchylam drzwi balkonowe – gołąb ucieka. W normalnej sytuacji gołąb wystraszony uchyleniem drzwi balkonowych, niespodziewanym wtargnięciem człowieka na wydawało się jeszcze przed chwilą całkowicie bezpieczny teren, taki gołąb ucieka, rejteruje, bierze nogi za pas. Sytuacja nie była normalna.

Gołąb tkwił.

Więc i ja utknąłem w drzwiach balkonowych, na ziemi niczyjej, pomiędzy terenem pokoju, a terenem należącym już teraz do gołębia, zaanektowanym tym jego nieludzkim tkwieniem. Bałem się i nie chciałem go wystraszyć. Przycupnąłem ostrożnie w drzwiach balkonowych i spojrzałem mu w oko. Było zmęczone. Dopiero teraz zacząłem dostrzegać szczegóły.

Przyleciałeś tu umrzeć, powiedziałem do gołębia, a on, jakby na potwierdzenie moich słów, przestąpił z nogi na nogę. Zrobił to z wielkim trudem, podjął ogromny wysiłek, przestąpił z nogi na nogę tylko po to, by w ten sposób potwierdzić moje słowa. Był zmizerowany. Wychudzony. Jego upierzenie znajdowało się w fatalnym stanie. Nie miał już siły.

Wybrałeś idealne miejsce, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, nie chciałem być cyniczny w obliczu śmierci. Patrzyłem w gołębie oko, ono patrzało na mnie, panowało milczenie. Przypomniałem sobie naraz mój stosunek do gołębi, ogólną niechęć, manifestowaną na każdym kroku, gdziekolwiek tylko się da, największą odrazę, wręcz nienawiść, i zrobiło mi się głupio. Zrobiło mi się żal.

Poczułem nagle jakiś nieznany mi dotąd rodzaj więzi z tym samotnym stworzeniem, które przyleciało tutaj, właśnie tutaj na mój balkon, by dokonać żywota, zarazem w tej samej chwili poczułem absurdalność; z jednej strony formy gołębiej, w które je przyobleczono, z drugiej mojej dziwacznej formy człowieczej. Pomyślałem, że chyba na tym polega prawdziwa miłość, że miłość, prawdziwa miłość pomiędzy dwojgiem stworzeń, polega na współodczuwaniu absurdu życia, że miłość to umiejętność współodczuwania absurdu życia.

Poszedłem po wodę. Sypnąłem ziarnem.

 

 

Postanowiłem sobie, że nie powinienem przeszkadzać mu w teraz, że byłoby nietaktem z mojej strony absorbować go w takiej sytuacji moją obecnością, że drobny gest, zbędne słowo, natychmiast zaburzyć by mogło tę trudno wytłumaczalną więź, która się między nami tego wieczoru zadzierzgnęła. Przyznaję, było w moim zachowaniu coś z tchórzostwa, czegoś wyraźnie się wystraszyłem. Tak naprawdę obawiałem się, że może mnie czymś zarazić. Że może być chory.

 

 

W nocy przez długi czas nie mogłem usnąć. Wyczuwałem jego obecność. Jego cierpienie. Wydawało mi się, że ciągle słyszę dochodzące zza drzwi balkonowych cichutkie pohukiwanie, szelest mierzwionego pierza, klaklklakk, trddn, odgłosy, dla których nie znajdowałem racjonalnego wytłumaczenia. Gdzieś około trzeciej w nocy przebudziłem się i natychmiast wystraszyłem panującą ciszą; ostrożnie wyszedłem na balkon, rozejrzałem się wokół. Był. Żył. Jego niewyraźna sylwetka majaczyła na balustradzie. Dostrzegłem też nieznaczne poruszenie.

 

 

W niedzielę, z samego rana, kiedy tylko się przebudziłem, pomyślałem, że to już. Koniec. Powoli, z przestrachem otwarłem drzwi balkonowe… i nigdzie; ani w rogu, ani na balustradzie, ani pod balkonową ławką nie dostrzegłem gołębia. Odleciał. Uciekł.

Poczułem ogromną radość (żyje! żyje!), która natychmiast, w jednej chwili przerodziła się w złość. Zacząłem pomstować na zaszczepiony mi w zaciszu salek katechetycznych sentymentalizm, na cały ten uczniacko-studencki brikolaż, na miłość, na sumienie –  gołąb zjadł ziarno, wylał wodę, i dosłownie na całym, calutkim balkonie pozostawił po sobie bladozielone, upstrzone czarnymi kropkami odchody.

 

Poczułem wściekłość.

Poczułem się silny.

5965431141839500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

licho nie śpi by nie spać mógł ktoś

 

Wielki strach zagościł w naszych sercach cztery dni temu, rankiem, w pochmurną niedzielę, gdy Nrtdu zamiast, jak to miała w zwyczaju, pozwolić sobie na przeciągnięcie snu aż do południa, wiedziona jakimś, nie wiedzieć jakim przeczuciem, postanowiła nagle odwiedzić zamieszkującą na kolonii ciotkę Hrlk. Ciotka Hrlk zamieszkiwała na kolonii całkiem sama, mówiła o sobie ciotka Hrlk samowystarczalna, jednak, jak wspomina Nrtdu, to określenie przerodziło się w dosyć ponury żart, kiedy tak stała i stała nad jej zmasakrowanymi zwłokami.

Nasi myśliwi nie mieli wątpliwości: Monstrum wróciło. Monstrum rulez! Prawdziwe Monstrum czai się w lasach i znów zagraża. Natychmiast zwołano nadzwyczajną naradę, na której powzięto następujące środki zaradcze:

a) zarządzono polowanie
b) zarządzono 24-godzinną relację z polowania we wszystkich wioskowych kanałach
c) do czasu rozprawienia się z Monstrum nikt nie opuszcza chaty
d) na wszelki wypadek grupa najbardziej zasłużonych myśliwych uda się na pielgrzymkę, by złożyć Wielkiemu Bóstwu ofiarę przebłagalną z lisich głów

1408247264568310000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dół niesamowitości

 

Od lat z uwagą śledzę postępy w dziedzinie robotyki, w szczególności zainteresowanie moje wzbudzają pojawiające się w stosunkowo regularnych odstępach czasu krótkie filmy (filmiki) pewnej firmy z Waltham w Massachusetts (do niedawna stanowiącej własność Google), tworzącej roboty człeko i zwierzopodobne na potrzeby armii amerykańskiej. Nie mam już 30 lat, a więc, zgodnie z ogólnie przyjętymi założeniami międzypokoleniowego postrzegania jestem starcem, posiadam w sobie jednak ciągle niespożyte pokłady witalności, odznaczam się dobrym zdrowiem, przejawiam niegasnące zainteresowanie otaczającym światem i, co może wydawać się nieprawdopodobne, nie noszę okularów. Całymi godzinami potrafię wpatrywać się w eksplorujące pracowniczą przestrzeń (zazwyczaj filmiki nagrywane są w wewnątrz lub na zewnątrz firmy, na terenie firmowym) coraz to nowsze modele obdarzonych zadziwiająco sprawnymi kończynami robotów. Są to najczęściej kilku–, kilkunastominutowe, pozbawione oddzielnej ścieżki dźwiękowej realistyczne materiały promocyjne (w zależności od tego, czy akcja rozgrywa się wewnątrz czy też na zewnątrz firmy, w tle przeważają szepty/uwagi/okrzyki pracowników lub typowe dla terenów przyfabrycznych odgłosy natury; wiatr, chrzęst żwiru, skrzypienie zawiasów, krakania wron), z których to materiałów/filmików dowiadujemy się o nieubłaganym i niepowstrzymalnym postępie technologii: roboty z filmiku na filmik poruszają się coraz sprawniej, potrafią biegać, wchodzić i schodzić po schodach, przeskakiwać gałęzie i pnie, a nawet wspinać się po ścianach. Bardziej jednak niż zachowanie samych robotów fascynuje mnie zachowanie przewijających się w tle tych filmików ludzi; zawsze tak było, przez całe życie zwracałem uwagę na to, na co nie trzeba, na co nie powinienem był zwracać uwagi, koncentrowałem uwagę na szczególe miast ogóle, oglądając filmy przyrodnicze bardziej niż hienom przyglądałem się badającym ich zachowanie, wyposażonym w najnowsze gadżety badaczkom, zamiast psom, różnej maści zaklinaczom, lub też, dla odmiany, wyekwipowanym macho wyposażonym m.in. w specjalistyczne kije służące do przytrzymywania węży. Tak więc i tutaj, w przypadku tych filmików, nic nie mogłem poradzić na to, że moja fascynacja przesuwała się powoli z maszyn na ludzi, chociaż to właśnie te pierwsze ustawiono w roli bohaterów pierwszoplanowych. Zahipnotyzowany z początku przypominającymi świat ożywiony automatami, ich do złudzenia ludzkim, kocim, psim (itp.) sposobem poruszania się, pewną, cechującą nas wszystkich niezgrabnością, nieporadnością, konsternacją w sytuacjach ekstremalnych, mimowolnie zacząłem zauważać, że coś jest nie tak. I nie chodzi tu bynajmniej o same roboty, lecz o otaczających je ludzi.

Otóż ludzie, prawdopodobnie inżynierowie odpowiedzialni za powstawanie tych zadziwiających maszyn, stojący gdzieś z boku, z dala, z tyłu kadru, ustawieni w taki sposób, że na filmikach, w zależności od ujęcia, widać tylko profil ich twarzy, stopę, plecy, ręce, przerazili mnie (gdy tylko to sobie nagle uświadomiłem) śmiertelnie. Obserwując ich zachowanie cechujące się nieustannym podkreślaniem władzy nad tym, co stworzyli, a więc kopaniem bogu ducha winnych maszyn, popychaniem ich, szturchaniem kłodą drewna w taki sposób, by wytrącić je z równowagi, a nawet pozbawianiem jednej z kończyn, uświadomiłem sobie nagle wrodzone okrucieństwo gatunku ludzkiego, do którego również ja należę, i przeraziłem się śmiertelnie.

Przypomniałem sobie, jak przed laty, korzystając jeszcze z facebooka, lubiłem hurtowo usuwać podsuwane raz po raz propozycje znajomych, osoby, które według algorytmu mogę znać, wystarczyło tylko ustawić kursor na krzyżyku znajdującym się w prawym górnym rogu pierwszego proponowanego zdjęcia, i klikać aż do wyczerpania propozycji. W trakcie tego procesu usuwania przez mój umysł przelatywały myśli w rodzaju: jeszcze taka twarz jest możliwa, o, i takie rozstawienie oczu w połączeniu z zespołem przekonań. Przypominam sobie, iż towarzyszyło temu procesowi uczucie porównywalne chyba tylko z satysfakcją jaką gwarantuje nam kurczowe zaciskanie palców na pęcherzykach folii bąbelkowej.

42181679476851900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

rozwój

 

Matka mówiła, że ojciec się nie rozwijał, praktycznie nie miał żadnych zainteresowań, jego jedynym zainteresowaniem była korporacja, do której łaził siedem dni w tygodniu, mając cię gdzieś, mówiła. Matka wykładała a ojciec się nie rozwijał, gdyby mógł, siedziałby tam dwadzieścia cztery godziny na dobę, byle cię tylko nie widzieć. Matka przewijała a ojciec się nie rozwijał, jego jedynym zainteresowaniem była korporacja. Matka zawoziła, odwoziła, ubierała i karmiła, a do tego znajdowała jeszcze czas, żeby się rozwijać (nie pamiętam wszystkiego, co mówiła matka, bo mówiła dużo, a o ojcu potrafiła w nieskończoność).

658276182003137000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

O dynamice snów

.

Problem, który zamierzam dzisiaj poruszyć, dotyczy fenomenu z jakim stajemy twarzą w twarz śniąc. Być może i ja nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie dzisiejszy sen, a właściwie przebudzenie, które nastąpiło nieoczekiwanie podczas fazy REM i pozwoliło mi na obiektywną rejestrację faktów, dając asumpt do poniższych wniosków.

Nie chciałbym w tym miejscu długo rozwodzić się nad samą treścią mego snu, tym bardziej, że zawarte tam informacje zahaczają o wczesny etap dzieciństwa, a więc okresu szczenięcego, banalnie naiwnego, traumatycznego (przeźroczystość już od najwcześniejszych lat, zrywanie metek, skórzanych wszywek przy paskach u spodni, zdzieranie napisów na bluzkach, niechęć do bycia nośnikiem jakiegokolwiek przekazu, zbieranie razów, narażanie się na śmieszność), jaki najlepiej jest zawsze pominąć wymownym wzruszeniem ramion.

Pragnę za to skoncentrować całą uwagę na jednym, jakże znamiennym szczególe, który, gdyby nie wspomniane wcześniej przebudzenie, po prostu by mi umknął. Otóż – i tu proszę o wzmożoną uwagę – dałem się ponieść. Dałem się ponieść w sensie dosłownym i nie. Podczas mego snu, podczas tej wewnątrzsennej obserwacji przemieściłem się, zmieniłem swoje położenie, i, co najważniejsze, niemal bym tego nie zauważył…

Tkwiłem wówczas w zagłębieniu, zaułku, wyłomie klasztornego muru, a może nawet w krużganku, gdzie znalazłem się, ponieważ nie chciałem uczestniczyć w procesji. Nawiasem mówiąc, było to miejsce idealne, całkowicie odosobnione, wnęka, zacisze, gdzie w całkowitym spokoju mogłem oddawać się przemyśleniom, zajmować rozważaniami typu: każdy cierpi, człowiek na księżycu, wspominać nocne pływanie, nie widząc całego zamieszania, a i sam nie będąc w tym czasie obserwowanym. Moja ucieczka z procesji, bardzo typowa dla okresu dojrzewania, o którym również nie zamierzam powiedzieć tu ani słowa, dawała mi komfort. Przebywając tam, czułem się świetnie, oddychałem pełną piersią, w spokoju oddawałem się przemyśleniom, przez cały czas mając na oku maszerującą procesję.

Dopiero po przebudzeniu zdałem sobie sprawę, że w czasie, gdy oddawałem się przemyśleniom, nie mogłem znajdować się przecież w zaułku (nie mogłem być spokojny), w przeciwnym razie (gdybym się był znajdował) nie mógłbym mieć na oku maszerującej procesji. Zmieniło się moje położenie, a ja nie zdziwiłem się wcale, czyż to nie dziwne?

Gdybym się nie przebudził, nie odkryłbym prawdy.

 

PS

Powyższe uwagi spisałem przed południem. Po południu przyszło mi naraz do głowy, że mogę przecież rozrysować całe zagadnienie, posłużyć się Paintem. Posługuję się zatem:

5

 

Elipsa symbolizuje procesję, mała czarna kropka we wnęce to naturalnie ja.

Ukryty w krużganku przed wzrokiem procesji czuję się bezpiecznie.

Mogę w spokoju oddawać się rozważaniom.

 

I drugi:

 

6
Proszę zwrócić uwagę na przemieszczenie małej czarnej kropki (mnie), które umknęło mi podczas snu. Teraz mam przed sobą elipsę (procesję) i muszę się do niej niestety ustosunkowywać.

Nie mam możliwości ucieczki ani przejścia.

Nie dość, że nastąpiło przeoczone we śnie przemieszczenie, zniknął również zaciszny krużganek.

 

4654683669341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (II)

 

Tak więc szliśmy.

Pagórki i mile.

Pagórki i mile.

Ktoś, kto nigdy nie był w tych rejonach, nie zrozumie uczucia nigdy nie kończącego się dystansu potęgowanego ukształtowaniem terenu; co innego jeśli się jedzie, ale chodzenie, a zwłaszcza chodzenie do określonego celu, w wybranym kierunku. kiedy mamy do przebycia tak zwany szmat drogi (a mieliśmy do przebycia dobre 13 mil), bardzo szybko staje się koszmarem ze względu na tutejsze stromizny zaskakujące idącego swoją nużącą powtarzalnością. Mimo wszystko nie było najgorzej. Nie padało. Cztery i pół godziny żwawego marszu w dość sprzyjających warunkach.

Ja i moi dwaj współlokatorzy połykaliśmy dystans z zadziwiającą łatwością. Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat naszej przeszłości; moi współlokatorzy wypytywali mnie o moją przeszłość, i ja opowiadałem im zdawkowo o mojej przeszłości, następnie ja pytałem moich współlokatorów o ich przeszłość (tak naprawdę wcale nie obchodziła mnie ich przeszłość, nie była mi ich przeszłość do niczego potrzebna, niemniej grzecznościowo wypytywałem ich o ich przeszłość) i oni opowiadali mi o swojej przeszłości. Przez cały ten czas starałem się być podobny do nich, mówiłem jak oni, poruszałem się jak oni, oddychałem pośpiesznie jak oni, nie zwracając uwagi na mój instynkt samozachowawczy. Dystans skracał się.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat ukształtowania terenu. Jeden z moich współlokatorów był człowiekiem wykształconym, posiadał wszechstronną wiedzę, której mogłem mu tylko pozazdrościć, i teraz dzielił się nią  zarówno ze mną, jak i drugim współlokatorem. Wskazywał na skutki zlodowaceń, występowanie żłobów i cyrków, posługiwał się przy tym słownictwem plejstoceńskim, którego nie rozumiałem, nie zamierzałem rozumieć.

Podczas marszruty wymienialiśmy uwagi na temat mijanego krajobrazu. Moi współlokatorzy zwracali moją uwagę na specyfikę tutejszej urbanizacji, z którą od lat byli za pan brat. Ja zwracałem uwagę moich współlokatorów na pasące się na okolicznych łąkach owce o czarnych łbach. Zarówno ja, jak i moi współlokatorzy wzajemnie zwracaliśmy swoją uwagę na szybko skracający się dystans.

Nie wiem, po co to ciągnę, ale tak nam właśnie upływało.

cdmn.

2876752714532190000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ekspedycja  (I)

 

Robiłem wtedy w Anglii. W fabryce. Ale to tak jakbym przebywał na koloniach. Jakbym był w piekle. Do dzisiaj się z tym nie pogodziłem. I nie pogodzę się aż do śmierci.

Pewnego dnia poszliśmy do Haworth. Ja i moi dwaj współlokatorzy. Nie cierpiałem swoich współlokatorów, nie chciałem mieć z nimi do czynienia, ale od początku byłem na nich skazany, nie miałem wyboru. Zawsze jesteśmy skazani na jakichś ludzi i nie mamy wyboru. Tam, w Anglii, skazany byłem na pracowników fabryki, na wszystkich pracowników fabryki, w tym na moich współlokatorów.

Dzień był zimny. Pochmurny. Zanosiło się na deszcz.

Weekend, a więc czas zapomnienia o fabryce, o wykonywaniu tych wszystkich mechanicznych czynności, o tkwieniu dzień w dzień przy taśmie w ogłuszającym huku z idiotyczną nadzieją na jedną krótką, jedną jeszcze krótszą przerwę, o niemożności zakończenia procesu myślenia o bezsensie, o bólu. Stupor. Opiłki. Marionetkowość. Przed laty, kiedy wydawało mi się, że świat jest do zniesienia, wypowiadałem wiele zdań, rozmawiałem z ludźmi. Tam w Anglii nauczyłem się milczeć, jeśli potem mówiłem, nie mówiłem łagodnie. Odszczekiwałem.

Powiedziałem, że idę do Haworth, do sióstr. I oni poszli ze mną. Naturalnie podczas jednego z naszych wieczorków zapoznawczych, w trakcie których każdy z nas próbował wytyczyć nieprzekraczalną granicę a jednocześnie wybadać, a następnie otworzyć się przed pozostałymi, na ile tylko oczywiście można, w rozsądnych, odpowiednich do wrodzonej nieufności proporcjach, opowiedziałem im o mojej fascynacji twórczością sióstr, o fragmentach, o prozie.  Jeden z nich, nie wiem czy naprawdę, czy tylko chcąc mi się przypodobać, powiedział, że coś tam kiedyś czytał, drugi natychmiast dorzucił, że oglądał film.

Dlatego, gdy teraz powiedziałem, że idę do sióstr, oni poszli ze mną. Podobno jest coś takiego w człowieku, że jeżeli już raz wyrazi swoją opinię na jakiś temat, to się z nią utożsamia i trzyma się jej potem rękami i nogami, nie zważając na to, jak bardzo jest głupia. Tak więc poszli. Nie mieli wyboru.

Było to jeszcze w okresie, kiedy dopiero się ze sobą zapoznawaliśmy, tak to sobie teraz tłumaczę. Pierwszy tydzień. Pierwszy weekend. Fakt zamieszkiwania razem w jednym domu nie przerażał wtedy jeszcze tak bardzo ani mnie, ani ich. Zawsze, na samym początku tak zwanej znajomości, dawałem ludziom pewien kredyt zaufania i zawsze ten kredyt szybko się wyczerpywał. Zawsze, kiedy poznawałem ludzi, na samym początku, byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw, starałem się mimo wszystko ułatwiać (mówię tylko ja, więc to co mówię może okazać się kłamstwem) i zawsze okazywało się, iż ludzie są niesamowicie rozczarowujący. Tak było i w tym przypadku – jeden z nich był mocno skrzywiony w jedną, drugi w drugą stronę.

To rozwichrzenie było nawet zabawne. Początkowo przysłuchiwałem się ich dyskusjom, które szybko zaczęły przeradzać się w kłótnie; jakieś partie, twarde fakty, zaszłości, dowody, szybko jednak zaczęło mnie to nużyć. Najzabawniejsze było to, iż ciągle próbowali skaptować mnie, zawłaszczyć, gorąco pragnęli, abym w końcu się opowiedział, zdecydowanie stanął po czyjejś stronie [(2+1)>(1+1+1)], nie wiedzieli, że jak nic innego nie cierpię ludzi w typie wszystkowiedzącym, nadopiekuńczym, apostolskim. A gdyby nawet wiedzieli i tak nie przyjęliby tego do wiadomości.

cdmn.

72639767602615600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Automat

 

Chciała mieć pewność. Chciała wiedzieć, że o niej myśli. Codziennie.

Powiedziała mu o tym kiedy wyjeżdżał, zaznaczyła, że to sprawa życia i śmierci, że jeśli choć raz się wyłamie…, mówiła głośno, dobitnie.

Miało go nie być długo, prawie rok, wystarczająco, by zwątpić we wszystko, nie mówiąc już o miłości. Takie zapewnienie, gwarancja.

Pierwszego e-maila otrzymała jeszcze tego samego dnia. Wysłał go z samolotu. Prócz niezbędnych, umówionych wcześniej słów (Kocham Cię), bez których skończyłaby z nim raz na zawsze, znalazła tam również zdjęcie chmur i skrzydła.

A potem, miesiąc w miesiąc, dzień za dniem skrupulatnie wywiązywał się z obowiązków. Otrzymywała te dwa najważniejsze dla niej słowa, tak jak chciała, codziennie; w pierwszych tygodniach o różnych porach dnia (rano, najczęściej jednak wieczorem), w następnych zaś dokładnie o tej samej godzinie (7:10).

14913169640232700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Divine

.

– Powiem ci coś w sekrecie.
[…]
– Wiem jednak, że możesz się przestraszyć. Może inaczej; wiem, że to, co teraz powiem zabrzmi cokolwiek dziwnie i niepoprawnie, i wiem, że raczej nie powinienem tego mówić, dusiłem to w sobie jednak przez długi, być może nawet zbyt długi czas i właśnie dziś nadszedł ten moment, moment, nazwijmy go dla uproszczenia decydujący, w którym nie pozostało mi nic innego, niż to po prostu wyrzec. Muszę ci to powiedzieć, Muszę. Wiedz, że to konieczne.
[…]
– Nie, nie dla twojego dobra, raczej dla… dla mojej satysfakcji. Tak. Właśnie tak. Temat jest zadawniony, od dawna prowadziłem w tym kierunku żmudne obserwacje, obserwacje na tyle odstręczające, że dla własnego zdrowia musiałem je z czasem porzucić, sporządziłem przy tym wielostronicowe notatki, wyciągając z nich na koniec zatrważające wnioski, wnioski, które przeraziły mnie samego, i to do tego stopnia, że bałem się nimi z kimkolwiek podzielić, kiełkowało to we mnie, kłuło mnie dniami i nocami, nie dawało spać, bałem się, że jeśli to kiedyś powiem, znienawidzisz mnie do końca życia, ale dziś pomyślałem sobie – trudno, pozostanie mi satysfakcja. Tak, przyznaję, wypowiedzenie tego sprawi mi ogromną satysfakcję…
[…]
– Tak, właśnie satysfakcję. Mam na myśli nie tylko satysfakcję, ale i… perwersję.
[…]
– perwersjęperwersjęperwersję! Ależ ja nigdy nie ukrywałem, że jestem perwersyjny! Perwersja to moja druga natura. Cały zbudowany jestem z perwersji. Moje myślenie jest myśleniem na wskroś perwersyjnym, każda myśl opuszczająca moje zwoje, jest myślą perwersyjną, nie zamierzam tego negować.
[…]
– Jeśli naprawdę znienawidzisz? Trudno. Najważniejsze, że ja poczuję ulgę, przecież tu chodzi o mnie, zawsze chodziło tylko o mnie, nigdy nie chodziło mi o nic innego.
[…]
– Jakoś się z tym pogodzę.
[…]
– Nie ma powodu do obaw, przyzwyczaiłem się, przecież i tak myślisz o mnie w ten sposób. Tego się nie da ukryć.
[…]
[…]
– Dlatego wypowiem to szeptem. Wyszepczę ci to do ucha, tak będzie łatwiej.
[…]
– Dobrze. Powiesz, kiedy będziesz.
[   ]
– Teraz?
[   ]
– Już?

[…]
– Istnieją mężczyźni uwodzący na feminizm i gender.

1344719667586150000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

żarówka

 

Na początku przepaliła się żarówka. Zupełnie nowa, kupiona kilka dni wcześniej. Tak to wyglądało. Mniej więcej. Żarówkę musiałem natychmiast wyrzucić i zakupić nową, dlatego znalazłem się wtedy tam, gdzie nie powinienem był się znaleźć, a więc na rogu Siennej i Benoit. O ile sobie przypominam, było już dobrze po siedemnastej.

Na rogu Siennej i Benoit jest sklep z różnymi takimi, dużo przedmiotów, głównie elektryka, byłem nieomal pewien, że widziałem tam wcześniej żarówki, przechodzę tamtędy codziennie i mimowolnie zerkam na wystawę, małe żółte pudełeczka ustawione w piramidkę, jednak w środku okazało się, że to galanteria albo garmażerka, w każdym razie żarówkę zmuszony byłem wybić sobie z głowy.

Crescendo.

Utraciłeś przenikliwość. Brak ci przenikliwości, pomyślałem natychmiast, od razu. A do tego jesteś mistrzem w wynajdowaniu powodów do poczucia winy, dodałem z satysfakcją, i dalej, jesteś największym mistrzem w sztuce winienia, obwiniania siebie, powtarzałem wielokrotnie, wracając bez żarówki, do tego w podłym nastroju.

W mieszkaniu, gdzie teraz siedzę, rzeczywiście przepaliła się żarówka, jedna z wielu, a więc nie jest to powód do rozpaczy. Żarówka nie stanowi powodu, mówię teraz głośno, żarówka była powodem by odwrócić uwagę i zapodać fikcję, by fikcją wypełnić czas, czas, w którym siedzę sam w mieszkaniu i obwiniam siebie. Z byle powodu. Czy to będzie żarówka, czy zapchany kibel, zawsze znajdę sobie powód do obwiniania siebie. Zwyczajnie. Bez powodu. Więc mówię teraz głośno, powtarzam, nigdzie nie wychodziłem, nie byłem dzisiaj na rogu Siennej i Benoit, po prostu, przepaliła się żarówka.

 

3631938672408250000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Musisz mieć swoje wiadro

 

Zranił go pierwszy pokój. Pierwsze mieszkanie wbiło mu nóż w plecy i obracało. Myśli o tym.
Właśnie z tego, jak również z kilku innych powodów, nie powinien był pojawiać się na tej kolacji. Nic już go z nimi nie łączy. To też.

Uwiązania, rozwiązania, stopnie, podróże, pozycje, pozy przeplatane uśmieszkami i wznoszeniem toastów. Mówią o paradygmatach, pielęgnują swoje mikrofaszyzmy rzucając na prawo i lewo nazwiskami.

Jednak najbardziej irytuje go on. Siedzi po drugiej stronie, aktywnie uczestniczy w rozmowie, od czasu do czasu posyłając mu ironiczne spojrzenie. W pewnym momencie ma go już serdecznie dość, tak bardzo, że proponuje zabawę – powoli, nie tracąc go z oczu, obniża swoją pozycję na krześle, następnie klęka. Teraz jedynie głowa wystaje ponad krawędź stołu.

On bez wahania robi tak samo.

Najpierw lewą, potem prawą nogę wkłada do wiadra. On postępuje podobnie, nie przestając się przy tym uśmiechać.  – I co teraz? – pyta.

– Zjedziemy. W korytarze.

– Korytarze?

– Korytarze, piramidy, linie powietrzne, co chcesz.

Nie czekając na niego, konsekwentnie postępuje dalej według swoich zasad – i już zaczyna stąd zjeżdżać przez dywany, podłogi i piętra.

Po upływie kilkunastu minut zauważa go znowu. Uśmiechnięty od ucha do ucha zjeżdża tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki, nie tracąc przy tym rezonu. Jest jak złośliwy kot.

 

Na dole, w katakumbach, wydobywa nogi z wiadra, odwraca się na pięcie, robi pięć kroków, zatrzymuje… i bardzo dobrze wiedząc o tym, że on również wykonał identyczne czynności, błyskawicznie zawraca i wskakuje do jego wiadra.

On się waha. Po raz pierwszy się waha.
Jest zdezorientowany.

– I co teraz?

– Musisz mieć swoje wiadro.

– Swoje?

– Właśnie to. Żadne inne nie wchodzi w rachubę.

– Ale… dlaczego?

– To proste. Jeśli nie chcesz znaleźć się w Azji albo Australii, musisz mieć swoje wiadro.

Unosi się teraz powoli, pozostawiając go tam w dole; wytrąconego z równowagi, oniemiałego. Dopiero kiedy jest na wysokości pierwszego piętra, do jego uszu dochodzi rozpaczliwy głos:  – A ty?

– Mnie jest wszystko jedno.

 

41553554281937300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Pobieranie*

.
Co też się tam w twojej głowie, myślę, patrząc na jego plecy przez rozwarte okno przybudówki. Myje samochód. Ale myje na swój sposób; długie, kościste przedramiona blisko przy ciele, jak manekin, całą robotę wykonują chwytne dłonie obsługujące strumień wody teraz niżej skrętne nadgarstki, kciuk prawej dłoni wywinięty, odstający. Od kiedy sięgam pamięcią wieloznaczne milczenie, ale wieloznaczne tylko dla osób postronnych, niewtajemniczonych, nie dla mnie, dla mnie zawsze za tym milczeniem nie kryło się nic innego niźli źle maskowana głupota. Od zawsze. Od podstawówki.

Pozostały czas: 11 minut – 48,3 z 300 MB

To jak omiata zderzak; pedantyczne, wielostronne, kwadratowe, prostokątne, prostackie ruchy, woda wdziera się w każdą szczelinę, zakamarek, wypłukując błoto. To jak przekrzywia głowę (sztywna, usztywniona głowa manekina), to jak ocenia, poprawia, zastyga. Wszystko jest w porządku; buty, książki, kurze, naczynia, ale wystarczy przeoczyć tylko jeden szczegół, a układanka rozsypuje się w palcach. Trzeba być czujnym, inaczej zaczyna boleć.

Pozostały czas: 9 minut – 77 z 300 MB

Dlaczego mi to zrobiła? Dlaczego nie mogliśmy być sami? Dlaczego matka nie może być tylko matką? Tak łatwo przyszło jej zapomnieć.

I po co wiązać się z człowiekiem, który na co dzień zakłada mundur?

Pozostały czas: 6 minut – 148,5 z 300 MB

Niech myje. Jeszcze tylko pięć minut. Ostatni odcinek…

Niczego bardziej nie potrzebuję.

Pozostały czas: 4 minuty – 188 z 300 MB

Limitu ubywa w zastraszającym tempie. Już nawet przestałem sprawdzać, przedtem sprawdzałem co chwila, co doprowadzało mnie do furii. Wykupił najtańszy abonament tylko po to, by ją zadowolić, by była przekonana, że się troszczy!

Pozostały czas: 2 minuty, 41 sekund – 220 z 300 MB

Coś znów tam dłubie. Coś mu się nie podoba.
Niech dłubie.

Niech grzebie.

Pozostały czas: 2 minuty, 14 sekund – 241 z 300 MB

To jego spojrzenie. Ten wyraz twarzy. Za ten wyraz twarzy lałbym od razu po mordzie, jeden policzek za jeden wyraz twarzy, jeden do jednego. Szczeniak nie wie, że wiem, że obserwuje mnie z przybudówki. Nie wie, że wiem, że podkrada mi internet.  

 

Pozostały czas: 58 sekund – 261 z 300 MB
Pozostały czas: 26 sekund – 290 z 300 MB
Pozostały czas: 10 sekund – 298 z 300 MB

 

 


*Od czasu do czasu muszę jednak bazgrnąć tutaj jakieś odpychające opowiadanko albo zamieścić nie mniej odpychający cytat. Tak dla higieny. (nie trzeba czytać)

 

668996615388005000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dekort

.
Minąwszy skład budowlany, hurtownię nabiałową, hurtownię artykułów elektrycznych, plac manewrowy służący do nauki jazdy, siatki z wywieszonymi reklamami kominków, powierzchni handlowych, zadzwoń, tkwiące na uboczu drogi pordzewiałe banery, przybite do drzew tabliczki zachęcające do kupna świeżych jaj, kierunkowy, gokarty, klub golfowy, przejazd kolejowy bez zapór, wybierz, nie przegap, kompleks lub główny ciąg komunikacyjny, wymagające gruntownego remontu drzewa, zjazd w zacienione uliczki, wielokrotnie przytaknąwszy, osiągnąwszy docelowy punkt podróży, budynek Hangaru wbity, jednocześnie wybity z ciągu luźno powiązanych, sterczących budynków, wyodrębniony przez ostre słońce, spokojny, wyraźnie ustrukturyzowany tok myślenia. Informacja z Recepcji: pierwsze piętro, pokój na końcu, po prawo, trudno nie trafić, jedyne drzwi.

– Pragnę oddać organy.

– Jakie?

– Wszystkie.

– Dobrze. Zanim jednak spełnimy pana prośbę, zgodnie z procedurą, muszę zapytać, czy nie wolałby pan pozostać przy funkcjach życiowych? W takim wypadku pobierzemy tylko po jednym z parzystych.

– Pragnę oddać wszystkie.

– Dobrze. Rozumiem, że zna pan cenę hurtową?

– Tak.

– Czy poinstruowano pana o ryzyku Niewiadomego?

– Tak.

– W takim razie proszę się teraz wygodnie położyć.

.
link

38461794961234600000000000000000000000000000000000000000000

Tak to króliczku mniej więcej wygląda

.  
Myślę sobie, że nocą, kiedy zasypiamy, wypychani jesteśmy wraz z łóżkiem wysoko, bardzo wysoko w próżnię, a nasze głowy pojawiają się w miejscach przeznaczonych dla gwiazd, zupełnie przypadkowo, chaotycznie, coś na kształt kreskówki; gigantyczne, nieprzewidywalne klawisze fortepianu, Elmer wpychający strzelbę w jedną norę, Bugs wyskakujący z drugiej

albo:

Wciskając o wyskakuje mi „io”, pisząc v pokazuje się „cv” wciskając L pokazuje się „KL” wciskając r ukazuje mi się „3r” itp oraz dodatkowo gdy wciskam „e” lub „t” kursor przeskakuje mi do innych miejsc na stronie

lub:

otóż gdy naciskam na k wyskakuje mi dwójka, gdy wciskam j wyskakuje mi jedynka, zamiast L 3, zamiast o szóstka zamiast kropki wyskakuje mi przecinek choć jak nacisnę na zwykły przecinek pojawia sie on. sprawdzałem czy mam w kompie wira ale okazało się że nie, wcisnąłem też ctrl+ shift ale to też nie podziałało. proszę pomóżcie.

No właśnie. Czasami robi się z tego horror. Nagle nasze głowy znajdują się w słoikach, w piwnicznej pracowni wybitnego naukowca, wielokrotnego laureata Nagrody Nobla, który pewnego dnia wpadł na genialny pomysł, postanawiając połączyć w sieć najpierw kilka, potem kilkaset żywych ludzkich mózgów, tłumacząc to tym, że nadświadomość powstaje w organizmach żywych przy odpowiednim skomplikowaniu materii organicznej. Od tej pory wybitny naukowiec nie ustaje w wysiłkach; łączy nasze mózgi szeregowo, równolegle, zamienia miejscami.

Czasami zaś jest spokojnie. Obserwujemy bez zdziwienia tłum, pochodnie, manifestacje, jesteśmy melancholijnymi świadkami. Stoimy na przystankach, z których umarli są na bieżąco odtransportowywani podjeżdżającymi z opóźnieniem środkami miejskiej komunikacji.