71475741101189400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

bez zmian

 

Niedługo minie równe ćwierć wieku od dnia, w którym matka czesała, rozczesywała jej włosy, długie włosy córki, która przyniosła wstyd. Nad gazetą, na lakierowanej ławie (ile było kłótni o ten lakier!) matka czesała, rozczesywała głowę swojej córki. Była wściekła. Miazmat czesania, rozczesywania zmieszany z przekleństwami matki unoszący się w całym bloku. Słowa jakie padały: gnida, wstyd.  Matka czesała, rozczesywała, klęła, rozgniatała paznokciem, nie mogąc uwierzyć, że przytrafiło się to właśnie teraz i to jej rodzinie. Czy miała rację? Czy naprawdę to, co koszmarne, nad czym tracimy kontrolę, ma prawo istnieć wyłącznie w snach, nie przedostając się do rzeczywistości? A jeśli już, nagle tak się stanie, dlaczego nie mielibyśmy tego zakrzyczeć? Dzisiaj córka sama jest matką i zapuściła włosy swojej córki tylko po to, by je czesać, rozczesywać. Proces przygotowywania do czesania, rozczesywania włosów. Wzywanie córki na czesanie, rozczesywanie włosów. Zwyczaj czesania, rozczesywania dziedziczony z pokolenia na pokolenie.

Reklamy

2920237824067620000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

ono drzewo

 

Idea reinkarnacji od początku wydawała mi się równie przerażająca, co idea nieba. Nie chciałabym pojawić się ponownie. Ani tu, ani gdziekolwiek indziej. Pod żadną postacią. Wiele bym dała, by tak się nie stało. Lecz jeśli już musiałabym wybierać, czym chciałabym zostać po śmierci, to wybrałabym właśnie drzewo.

Drzewo jest

Na drzewo nikt nie patrzy, nikt nie zwraca na nie uwagi, ludzi nie interesuje to, co codziennie, pozornie pod taką samą postacią, tkwi w tym samym miejscu.

Drzewo znosi kaprysy pogody, ze spokojem przyjmuje zmienność pór roku, mrozy, zawieje, deszcze, anomalie.

Ptaki różnorodne, różne gatunki ptaków, wiją w konarach drzewa gniazda, wydziobują korę, zanieczyszczają je odchodami (to naturalne – mają do tego prawo).

Drzewo drążą korniki. Wirusy, bakterie i grzyby wywołują choroby drzewa, psy je obsikują (w przeciwieństwie do mężczyzn – mają do tego prawo).

Ludzie wyżywają się na drzewie, kopią je, nacinają, zdobią na swój gust.

Gałęzie drzewa bez protestu uginają się pod naporem śniegu, na najsilniejszych konarach od czasu do czasu wyrastają wisielcy, wisielczynie.

Cierpliwość z jaką drzewo przyjmuje ciosy drwali z ich siekierami, piłami, harwesterami.

Pień, pniak, karpa, karcz – jakkolwiek by je nie nazywać, drzewo istnieje do samego końca.

A kiedy drzewa już nie ma, gdy w miejscu drzewa rośnie beton, kiedy zostaje po nim puste miejsce, to wtedy dopiero wspomina się z rzadka, że tu, w tym miejscu, było jakieś drzewo.

689374636946030000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pauzy

 

Zawsze bałem się utraty. Że stracę to, co jeszcze posiadam. Dlatego z niepokojem patrzyłem na pojawiające się w filmach pieniądze. Drżałem o wielkie wygrane, łupy włamywaczy, znalezione w szczerym polu walizki wypełnione złotem, bo wiedziałem, że nic nie jest wieczne. A i fabuła nie rozpieszczała mnie zbytnio; tam, gdzie u kogoś, nagle, pojawiały się pieniądze, tam zawsze pojawiał się ktoś inny, kto już na nie czyhał. Akcja musiała iść pełną parą.

Oglądam filmy. Kino zagraniczne. Stare czarno-białe filmy przeznaczone dla starych ludzi. Mój stan nie pozwala już w pełni uczestniczyć w toczącym się za oknami nieziemskim procesie życia – nie są to jednak problemy natury fizycznej – po prostu czuję, że od kilku lat ten świat oddala się ode mnie z coraz większą prędkością. Nie rozumiemy się i nie dążymy za wszelką cenę do porozumienia.

Codziennie nagrywam nowe, a obejrzane kasuję. Przeglądam program i dokonuję bezwzględnej selekcji. Kilkanaście filmów na raz, z przerwami, brakiem ciągłości. Bo nawet tu nie wytrzymuję napięcia. Sceny kluczowe, nagłe zwroty akcji, moment, w którym dochodzi do konfrontacji zwaśnionych stron konfliktu – to wszystko odkładam na potem, wciskając stop, przechodząc do kolejnego tytułu.

370532318199874000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

scary movie

 

Babcia z Wnusią w parku Skaryszewskim im. Ignacego Jana Paderewskiego. Jesień. Dużo złotych liści. Ostatnie takie słoneczne popołudnie.
Podczas gdy Babcia tonie w myślach (smutek uwidoczniony na twarzy), Wnusia wpatrzona jest w ekran smartfona. Spacerują, podtrzymując więź werbalną.
(długie pauzy)

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Emodżi. Soszial media. Nielimitowane.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Hygie. Trendy. Hygie.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

 

Wnusia: — Pod ponckiem piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Pod Ponckim Piłatem.

Babcia: — Pod Ponckim Piłatem.

Wnusia: — Jaki ładny kwiatek!

Babcia: — Gdy byłam w twoim wieku, byłam taka sama jak ty.

76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

4239315744646420000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

studnia

                                                                                        Thomasowi                         

Kopał na tyłach posesji, nikt nie przypuszczał, chociaż, kiedy po raz ostatni pokazał się we wsi (zakupy), mówił Piątkowi, że pierwszego maja przystępuje do pracy, przystępuję do pracy pierwszego maja, do Góreckiego, pierwszy maja dzień rozpoczęcia pracy. Ludzie byli przyzwyczajeni, starali się ignorować.

Miał tam zadbane, mimo że wiek, i że mieszkał sam.

Ostatnim, który go widział, był Nowak.

Nocą pracował przy świecy, to Sadowska, z daleka widziała ognik, przed snem, jedenasta, dwunasta, wychodziłam za foliaka na papierosa.

Postanowił, a jak sobie postanowił, zawsze dotrzymywał słowa.

Mówili, że się utopił, ale zabrakło mu tlenu, strażacy schodzili w maskach, całe wyposażenie, tak zwany specjalistyczny sprzęt, znikoma ilość tlenu, prawdopodobna przyczyna zgonu.

Jego zwłoki odkryto w nocy z ósmego na dziewiątego sierpnia, Więcek, sąsiad, nie mógł uciszyć psów.

Dół głębokości ok. 8 metrów i średnicy blisko 80 centymetrów. Strażacy byli zszokowani, że nie używał szpadla.

Nie miał paznokci, Nowak, ręce czarne jak smoła.

2620041219234060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

gołąb  

 

W sobotę wieczorem na balkonie pojawił się gołąb. Uchyliłem drzwi balkonowe i zobaczyłem gołębia. Przycupnął w rogu. Z tych krakowskich albo warszawskich, szary, z zielonym, typowy gołąb odłączony od stada. Normalna sytuacja jest taka, pomyślałem; ja uchylam drzwi balkonowe – gołąb ucieka. W normalnej sytuacji gołąb wystraszony uchyleniem drzwi balkonowych, niespodziewanym wtargnięciem człowieka na wydawało się jeszcze przed chwilą całkowicie bezpieczny teren, taki gołąb ucieka, rejteruje, bierze nogi za pas. Sytuacja nie była normalna.

Gołąb tkwił.

Więc i ja utknąłem w drzwiach balkonowych, na ziemi niczyjej, pomiędzy terenem pokoju, a terenem należącym już teraz do gołębia, zaanektowanym tym jego nieludzkim tkwieniem. Bałem się i nie chciałem go wystraszyć. Przycupnąłem ostrożnie w drzwiach balkonowych i spojrzałem mu w oko. Było zmęczone. Dopiero teraz zacząłem dostrzegać szczegóły.

Przyleciałeś tu umrzeć, powiedziałem do gołębia, a on, jakby na potwierdzenie moich słów, przestąpił z nogi na nogę. Zrobił to z wielkim trudem, podjął ogromny wysiłek, przestąpił z nogi na nogę tylko po to, by w ten sposób potwierdzić moje słowa. Był zmizerowany. Wychudzony. Jego upierzenie znajdowało się w fatalnym stanie. Nie miał już siły.

Wybrałeś idealne miejsce, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, nie chciałem być cyniczny w obliczu śmierci. Patrzyłem w gołębie oko, ono patrzało na mnie, panowało milczenie. Przypomniałem sobie naraz mój stosunek do gołębi, ogólną niechęć, manifestowaną na każdym kroku, gdziekolwiek tylko się da, największą odrazę, wręcz nienawiść, i zrobiło mi się głupio. Zrobiło mi się żal.

Poczułem nagle jakiś nieznany mi dotąd rodzaj więzi z tym samotnym stworzeniem, które przyleciało tutaj, właśnie tutaj na mój balkon, by dokonać żywota, zarazem w tej samej chwili poczułem absurdalność; z jednej strony formy gołębiej, w które je przyobleczono, z drugiej mojej dziwacznej formy człowieczej. Pomyślałem, że chyba na tym polega prawdziwa miłość, że miłość, prawdziwa miłość pomiędzy dwojgiem stworzeń, polega na współodczuwaniu absurdu życia, że miłość to umiejętność współodczuwania absurdu życia.

Poszedłem po wodę. Sypnąłem ziarnem.

 

 

Postanowiłem sobie, że nie powinienem przeszkadzać mu w teraz, że byłoby nietaktem z mojej strony absorbować go w takiej sytuacji moją obecnością, że drobny gest, zbędne słowo, natychmiast zaburzyć by mogło tę trudno wytłumaczalną więź, która się między nami tego wieczoru zadzierzgnęła. Przyznaję, było w moim zachowaniu coś z tchórzostwa, czegoś wyraźnie się wystraszyłem. Tak naprawdę obawiałem się, że może mnie czymś zarazić. Że może być chory.

 

 

W nocy przez długi czas nie mogłem usnąć. Wyczuwałem jego obecność. Jego cierpienie. Wydawało mi się, że ciągle słyszę dochodzące zza drzwi balkonowych cichutkie pohukiwanie, szelest mierzwionego pierza, klaklklakk, trddn, odgłosy, dla których nie znajdowałem racjonalnego wytłumaczenia. Gdzieś około trzeciej w nocy przebudziłem się i natychmiast wystraszyłem panującą ciszą; ostrożnie wyszedłem na balkon, rozejrzałem się wokół. Był. Żył. Jego niewyraźna sylwetka majaczyła na balustradzie. Dostrzegłem też nieznaczne poruszenie.

 

 

W niedzielę, z samego rana, kiedy tylko się przebudziłem, pomyślałem, że to już. Koniec. Powoli, z przestrachem otwarłem drzwi balkonowe… i nigdzie; ani w rogu, ani na balustradzie, ani pod balkonową ławką nie dostrzegłem gołębia. Odleciał. Uciekł.

Poczułem ogromną radość (żyje! żyje!), która natychmiast, w jednej chwili przerodziła się w złość. Zacząłem pomstować na zaszczepiony mi w zaciszu salek katechetycznych sentymentalizm, na cały ten uczniacko-studencki brikolaż, na miłość, na sumienie –  gołąb zjadł ziarno, wylał wodę, i dosłownie na całym, calutkim balkonie pozostawił po sobie bladozielone, upstrzone czarnymi kropkami odchody.

 

Poczułem wściekłość.

Poczułem się silny.