792678115667630000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wykopanie


Pamiętam ojca stojącego na bramce, półlitrowa butelka wody mineralnej leżąca u jego stóp. Evita. Przyleciał z Polski wprost na moje siódme urodziny. Prosto z Polski i od razu na boisko. Żeby nie było: o ojcu mam jedynie mętne wyobrażenie, tyle mogę powiedzieć, najpierw związał się z brutalnością matki, potem spłodził mnie, a na koniec nie potrafił obronić mnie przed brutalnością matki. Moja matka była brutalną osobą, jednak ojciec nie pozostaje bez winy. Wielka bezsporna wina ojca płodzącego syna. Strzał po ziemi, wszystko jedno w który róg. Płasko. Wystarczało trącić piłkę, byle po ziemi, obojętnie w który. Chłopaki z a natychmiast wyczuli słaby punkt i trzymali się tego aż do końca. Ojca niemal nie pamiętam. Ponieważ obaj jesteśmy wycofani, nigdy się nie spotkamy. Gała. Przewrotka. Gleba. Okienko! Zmięta kurtka dyndająca na poprzeczce. O ojcu mam jedynie jak najgorsze wyobrażenie, dlaczego, ponieważ stracił dla mnie zainteresowanie, ojca mógłbym po prostu rozszarpać, ot tak, na strzę py, i nie zrobiłoby to na nim najmniejszego wrażenia, teraz, wyobrażam to sobie teraz: ja stojący nagle nad strzępami ojca, czy nie byłoby to nawet zabawne? Lubił żartować. Gry słowne, w których mnie szkolił. Więcej nie pamiętam. No, może poza tamtym epizodem; stał wtedy na balkonie, po drugiej stronie balustrady, wykłócał się z matką. Proszę sobie wyobrazić dziecko, które dzień w dzień narażone jest na niepewność, które nie znajduje oparcia ani w ojcu, ani w matce; ojciec, cherlawy, niewysportowany, i matka, ach matka, szkoda słów. Ojca nadal nie pamiętam. Nie pamiętam i nie żałuję. Ojciec stał się dla mnie synonimem nieszczęścia.

Reklamy

71475741101189400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

bez zmian

 

Niedługo minie równe ćwierć wieku od dnia, w którym matka czesała, rozczesywała jej włosy, długie włosy córki, która przyniosła wstyd. Nad gazetą, na lakierowanej ławie (ile było kłótni o ten lakier!) matka czesała, rozczesywała głowę swojej córki. Była wściekła. Miazmat czesania, rozczesywania zmieszany z przekleństwami matki unoszący się w całym bloku. Słowa jakie padały: gnida, wstyd.  Matka czesała, rozczesywała, klęła, rozgniatała paznokciem, nie mogąc uwierzyć, że przytrafiło się to właśnie teraz i to jej rodzinie. Czy miała rację? Czy naprawdę to, co koszmarne, nad czym tracimy kontrolę, ma prawo istnieć wyłącznie w snach, nie przedostając się do rzeczywistości? A jeśli już, nagle tak się stanie, dlaczego nie mielibyśmy tego zakrzyczeć? Dzisiaj córka sama jest matką i zapuściła włosy swojej córki tylko po to, by je czesać, rozczesywać. Proces przygotowywania do czesania, rozczesywania włosów. Wzywanie córki na czesanie, rozczesywanie włosów. Zwyczaj czesania, rozczesywania dziedziczony z pokolenia na pokolenie.

2920237824067620000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

ono drzewo

 

Idea reinkarnacji od początku wydawała mi się równie przerażająca, co idea nieba. Nie chciałabym pojawić się ponownie. Ani tu, ani gdziekolwiek indziej. Pod żadną postacią. Wiele bym dała, by tak się nie stało. Lecz jeśli już musiałabym wybierać, czym chciałabym zostać po śmierci, to wybrałabym właśnie drzewo.

Drzewo jest

Na drzewo nikt nie patrzy, nikt nie zwraca na nie uwagi, ludzi nie interesuje to, co codziennie, pozornie pod taką samą postacią, tkwi w tym samym miejscu.

Drzewo znosi kaprysy pogody, ze spokojem przyjmuje zmienność pór roku, mrozy, zawieje, deszcze, anomalie.

Ptaki różnorodne, różne gatunki ptaków, wiją w konarach drzewa gniazda, wydziobują korę, zanieczyszczają je odchodami (to naturalne – mają do tego prawo).

Drzewo drążą korniki. Wirusy, bakterie i grzyby wywołują choroby drzewa, psy je obsikują (w przeciwieństwie do mężczyzn – mają do tego prawo).

Ludzie wyżywają się na drzewie, kopią je, nacinają, zdobią na swój gust.

Gałęzie drzewa bez protestu uginają się pod naporem śniegu, na najsilniejszych konarach od czasu do czasu wyrastają wisielcy, wisielczynie.

Cierpliwość z jaką drzewo przyjmuje ciosy drwali z ich siekierami, piłami, harwesterami.

Pień, pniak, karpa, karcz – jakkolwiek by je nie nazywać, drzewo istnieje do samego końca.

A kiedy drzewa już nie ma, gdy w miejscu drzewa rośnie beton, kiedy zostaje po nim puste miejsce, to wtedy dopiero wspomina się z rzadka, że tu, w tym miejscu, było jakieś drzewo.