8670007398507950000000000

„Jego rodzina znana jest z licznych samobójstw i obciążona zaburzeniami psychicznymi i chorobami umysłowymi. Nie przejmuje się tym jednak wcale i mówi, stukając długim wskazującym palcem w swoją skroń: – Wszyscy moi przodkowie mieli w końcu coś tu nie w porządku. Mój ojciec także. Był wielkim kobieciarzem. Kiedy się już mocno zestarzał, kazał sobie zrobić gumową lalkę, model idealnej kobiety, naturalnej wielkości. Zimą można ją było wypełniać gorącą wodą.

Była zachwycająco piękna. Nazwał ją Sabiną na pamiątkę własnej matki i woził wszędzie z sobą. Namiętnie nie lubił podróżować statkami transoceanicznymi, ostatnie dwa lata życia spędził dosłownie kursując tam i z powrotem między naszym miastem a Nowym Jorkiem. Sabina miała wspaniałą garderobę. Warto było ich widzieć, gdy wchodzili do jadalni na kolację w wieczorowych strojach. W podróżach towarzyszył ojcu zawsze pielęgniarz – służący, nazwiskiem Kelly. Podtrzymywana przez nich obu z dwóch stron, niby piękna pijana kobieta, szła Sabina w cudownej balowej toalecie. W noc swojej śmierci ojciec powiedział Kelly’emu: »Zatelegrafujesz do Demetriusa, że Sabina umarła dzisiaj w moich ramionach bezboleśnie.« Pochowano ją razem z nim pod Neapolem”.

Lawrence Durrell, „Kwartet aleksandryjski” (Justyna),  tłum. Maria Skibniewska

99194853094755500

Zasada nietłumaczenia się  z egzystencji

 

Doświadczenie facebookowe mam już za sobą. Trochę to trwało nim zrozumiałem (tak mi się wydaje) mechanizm. Kręgi. Zamknięte kręgi osób o identycznych poglądach wzajemnie się okrążające. Obcość.

Prowadzenie strony na facebooku pozwoliło mi potwierdzić mechanizmy roznoszenia się idei (statystyki), a tym samym zrozumieć fałszywość popularności. Popularne nie jest to, co długie, trudne, skłaniające do myślenia, ale to, co gwałtowne i emocjonalne (obraz), a więc obce i bliskie mi zarazem, wstrętne. Samotność.

Tak naprawdę facebookowe strony pełnią przede wszystkim funkcję przekazywania emocji, zaprzątania uwagi innych naszymi stanami emocjonalnymi wywołanymi czymkolwiek (będziesz tylko kolekcjonerem wrażeń). Ja?

Odsłanianie się, nawet nieznaczne, bezsłowne, manifestujące się tylko przez załączenie cytatu czy odnośnika do wiadomości, było dla mnie nie do udźwignięcia, zaprzątało moje myśli przez cały dzień. Wieloznaczność cudzych interpretacji napawała mnie lękiem, mogli mnie wziąć za głupca, za dziobaka, za innego, za wariata. Tej ostatniej możliwości bałem się najbardziej. Różnorodność osobowości osób obserwujących moją stronę, również wpływała na moje wybory, starałem się nikogo nie urazić (dlaczego?), a i tak nieustannie miałem poczucie winy. Nadal istnieje kilka osób, które ze względu na sentyment i resentyment jakie do nich czuję, mają pośrednio wpływ na treści jakie publikuję na blogu. Powinienem uwolnić się od tych osób. Powinienem uwolnić się od wszystkich osób. Tak naprawdę powinienem uwolnić się od świata, to znaczy od możliwości interpretacji i nadinterpretacji*.

*W rzeczywistości usunąłem stronę kilka miesięcy później. Kłamstwo, do którego posunąłem się, pisząc kilka akapitów wcześniej, że zlikwidowałem swoją stronę na facebooku, nie było zamierzone. Okazało się, że usunięcie strony na facebooku nie jest takie łatwe jak na wordpressie. Naturalnie zrobiłem to (zaznaczyłem kwadracik przy słowach „Usuń stronę” i napisałem o likwidacji), nie zdając sobie jednak sprawy z perwersyjności facebooka. Facebookowa perwersyjność polegała na tym, że aby usunąć stronę, należało pokornie odczekać czternaście dni. Sądziłem, że po zaznaczeniu kwadracika nigdy już do swojej strony nie powrócę – i to był mój błąd. Nie potrafiłem odczekać czternastu dni; pewnego dnia coś tam wrzuciłem, a jak wrzuciłem, to wrzuciłem coś jeszcze i jeszcze, i znowu i znów, aż w końcu kliknąłem „Anuluj usuwanie” i wyszedłem na idiotę.

Potem, próbując usunąć swoją stronę ponownie, i ponownie, i ponownie, wielokrotnie wychodziłem na idiotę. Za każdym razem, a działo się to zazwyczaj w momencie przygniatającej mnie samotności, i co za tym idzie w chwili najżałośniejszej słabości, musiałem wyskoczyć z głupia frant, co gorsza cofnąć zawieszone usuwanie, i opublikować jakąś fotografię, cytat lub link, coś czym nachalnie chciałem się podzielić, licząc na to, że istnieje chociaż jedna osoba, która w tym samym czasie czuje i rozumuje (dwa ohydne słowa) tak jak ja.

Oto facebookowa perwersyjność, oparta na znajomości ludzkiej psychiki efektowna marketingowa sztuczka żerująca na dostępnej dwadzieścia cztery godziny na dobę, czyhającej na takich słabych ludzi jak ja bezpośredniości! Ta nieustannie czyhająca bezpośredniość, bezpośredniość na wyciągnięcie ręki była zarazem pociągająca i odpychająca, tak jak pociągający i odpychający są ludzie (ku mojemu zaskoczeniu natrafiłem na bardzo ciekawych, myślących i – jak to się ciągle mówi –  interesujących ludzi, natomiast niemalże nie natrafiłem na nikogo nieciekawego i bezmyślnego).

Nie dałem się jednak uwieść.

Nie możesz dać się uwieść, facebook nie jest i nie będzie twoim medium – mówiłem sobie codziennie. Facebook służy przede wszystkim do parskania, do natychmiastowego bezmyślnego reagowania, do grzęźnięcia w kręgach wzajemnej adoracji, zamykania się w ciasnych gorsetach idei i ideologii, a ty cenisz sobie długie narracje, nienawidzisz parskania i natychmiastowego, bezmyślnego reagowania – mówiłem sobie codziennie. Musimy narzucić sobie dyscyplinę, musimy się zdyscyplinować – powtarzałem sobie dzień w dzień, aż w końcu od tego nieustannego powtarzania, udało mi się wytrzymać czternaście dni, nie klikając na „Anuluj usuwanie”, a tym samym anihilując nienawistną mi stronę, ku mojemu przyszłemu smutkowi jak i teraźniejszej radości.

Teraz jednak, a więc po anihilacji, na koniec tej ambiwalentnej facebookowej przygody, muszę wyznać jedno: ten okres, okres wśród ludzi – te jedenaście miesięcy, a więc mniej więcej tyle, ile trwa kobyla ciąża – stanowił dla mnie terapię. Choćbym nawet nie wiem jak bardzo nie chciał, choćbym się bronił, muszę to teraz przed sobą wyznać: prowadzenie strony na facebooku, pozwoliło mi przetrwać najgorszy okres.

„Miewałem chwile bezgranicznej pewności siebie, po których następowały okresy przygnębienia tak głębokiego, że nie wierzyłem, abym się zdołał z nich kiedykolwiek podźwignąć”.

Lawrence Durrell, „Kwartet aleksandryjski”,  tłum. Maria Skibniewska