24494765638867500000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

weekend

 

Człowiek, który przez całe sobotnie przedpołudnie myje swój samochód. Człowiek, który przez całe sobotnie popołudnie pucuje swój samochód. Człowiek, który wieczorami na swym wypasionym ajfoniku ogląda ludzi wyposażonych w najnowocześniejsze myjki tudzież inne niezbędne akcesoria myjących, pucujących swoje samochody.

Miałem styczność z takim człowiekiem.

Reklamy

15138597711283100000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

speriodyzuj się!

 

Popełniamy błąd wywodząc siebie z przeszłości, doszukując się związków przyczynowo-skutkowych w tym, co już było. Beztrosko umieszczamy siebie obecnego na końcu linii biegnącej od dnia naszych narodzin, wrzucając wszystko, co też tam tylko zdążyło nam się naprzydarzać, do bieżącego, podskakującego na ogniu kociołka. Łączymy w całość głupoty i uniesienia, przyrost wiedzy i odrosty bezmyślności, wracamy w myślach do momentów kluczowych, mieszamy chochlą w splotach okoliczności. Szukamy wytłumaczenia, pichcąc niestrawny wywar.

 

Zapominamy przy tym, że tak naprawdę istnieją tylko etapy:

 

Etap przedszkolny, w którym ani be, ani me, tylko mamo mamo.

Etap dziecięcy, na którym dostajemy solidną lekcję klasowości.

Etap młodzieńczy, kiedy nam się wydaje, słońce wschodzi, świat stoi otworem.

Etap dojrzały, porażający swoją niedojrzałością.

9356167927584350000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odkrycia tego, że lektura może podać matematyczne rozwiązanie życia, i w każdej chwili również naszej własnej egzystencji, jeśli zastosować ją i uprawiać jako matematykę, a więc z biegiem czasu jako wyższą, wreszcie zaś jako najwyższą matematyczną sztukę, którą dopiero wtedy, gdy w pełni ją opanujemy, możemy nazwać czytaniem, dokonałem po śmierci dziadka, tę myśl i tę wiedzę zawdzięczam jego śmierci. Spędzałem więc dni na pouczających zajęciach i pożytecznie, toteż szybciej mijały. Dzięki czytaniu przekraczałem otchłanie, i tutaj ziejące o każdej dobie otworem, znajdując w lekturach ratunek przed stanami psychicznego rozbicia.

Thomas Bernhard Autobiografie, przeł. Sława Lisiecka

5782429783698790000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

achtetendencje

 

Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, nie podejmowałem jej nigdy, gdyż niesłychanie wprost przerażał mnie profesjonalizm w ubiorze jeżdżących na rowerze, biegających, czy nawet spacerujących, którzy, czego od zawsze byłem naocznym świadkiem, jak jeden mąż natychmiast dostosowywali się do aktualnie panujących trendów. Ta powszechna, jakże typowa dla wszelkiej działalności ludzkiej uniformizacja odstręczała mnie na dobre od podjęcia jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Wszędzie, gdzie w grę wchodziły najpospolitsze, najbanalniejsze sprawy indywidualnej kondycji ludzkiej, dotyczące, tak jak choćby w tym wypadku, utrzymywania na jako takim poziomie tężyzny fizycznej, zawsze pojawiały się trendy, srendy, pędy, tendencje napędzane przez przebiegły kapitalizm, a skwapliwie podchwytywane przez niczego nieświadome, dążące do bezpiecznej unifikacji masy. Dlaczego nie porcięta, buty z czterema paskami, kaszkiet? – zapytywałem.

 

link

3573738143885560000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

pierwszy stopień

 

Zauważyłem, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi. Zupełnie mnie nie interesują. Wczoraj, przed zaśnięciem, przypomniałem sobie szereg sytuacji (uszeregowanych w szereg) takich jak; jazda samochodem z nieznajomą osobą (ktoś znany komuś, kogo znam, z kim muszę gdzieś dojechać), kilkudziesięciominutowe przebywanie z kimś sam na sam we wspólnym pomieszczeniu (na przykład w poczekalni u wszystko jedno kogo), a także inne tego typu, najczęściej jednak spod znaku tzw. towarzysz podróży. We wszystkich tego typu sytuacjach dobrze wychowany człowiek skazany na czasowe towarzystwo innego człowieka zapytałby tego drugiego o coś, o cokolwiek, zainteresowałby się jego losem, normalnie, grzecznościowo, po ludzku, a ja nie pytałem. Nie pytałem, ponieważ wcale mnie to nie interesowało. Zazwyczaj zapadało tak zwane kłopotliwe milczenie.

Zastanawiając się nad tym fenomenem, doszedłem w końcu do wniosku, iż nie pytałem z dwóch podstawowych powodów: po pierwsze – ich historie byłyby historiami typowymi, mogącymi przydarzyć się dowolnie wybranej osobie (rozrzut statystyczny), a to, że my znaleźliśmy się dokładnie w jednym miejscu i czasie, nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia, po drugie – nie pytałem, ponieważ wiedziałem, iż każde moje pytanie byłoby fałszywe, nie zadawałem pytań ponieważ przeczuwałem, że już po pierwszym zadanym pytaniu wylezie na wierzch fałsz zadającego pytanie, bo przecież widać od razu, że nie ma we mnie zupełnie ciekawości ludzi.

2208691639813240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie wiem, jaka choroba trawiła Gwendolyn, myślę, że ona sama nie umiałaby tego powiedzieć. Jedyną obroną z jej strony była swoista, nachodząca ją wielokrotnie w ciągu dnia, a może także i nocą, potrzeba, by się upudrować czymś w rodzaju taniego talku, którego wielka puszka stała na stoliczku obok łóżka. Gwendolyn używała tej miałkiej, nieco tłustawej substancji w takich ilościach, że linoleum wokół posłania, a niebawem cały pokój i korytarz na piętrze zaciągnięte były białą, wskutek wilgotności powietrza trochę mazistą warstwą. O tej bieli pokrywającej wnętrze plebanii pomyślałem niedawno znowu – mówił Austerlitz – gdy w opisie lat dzieciństwa i młodości u pewnego rosyjskiego pisarza przeczytałem, że podobną pudermanię miała jego babka, dama, która jednak, choć głównie leżała na kanapie i żywiła się niemal wyłącznie galaretkami owocowymi i mleczkiem migdałowym, cieszyła się żelazną konstytucją i sypiała zawsze przy otwartym na roścież oknie, toteż raz zdarzyło się, że pewnego ranka, po szalejącej przez całą noc nawałnicy, obudziła się pod warstwą śniegu, nie doznawszy zresztą najmniejszej szkody. Na plebanii jednak wyglądało to inaczej. Okna pokoju chorej pozostawały zawsze zamknięte, a biały puder, który drobinka po drobince osiadał wszędzie, warstwą dostatecznie już grubą, by zaznaczały się w niej wydeptane szlaki, nie miał w sobie nic z iskrzącego śniegu. Przypominał raczej ektoplazmę, która, jak raz opowiedział mi Evan, może z ust kobiet mających dar jasnowidzenia wydobywać się wielkimi kłębami, opadającymi potem na podłogę, gdzie szybko wysychają i rozsypują się w pył. Nie, plebanii nie zawiewał świeży śnieg; wypełniało ją coś niedobrego, a ja nie wiedziałem, skąd się to niedobre bierze, dopiero znacznie później w innej książce znalazłem określenie, które było wprawdzie całkiem niezrozumiałe, ale mnie – mówił Austerlitz – natychmiast trafiło do przekonania: „arseniczna groza”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Szybko lustro, komenderuje, a potem: szybko puderniczkę! i pudruje twarz i przegląda się w lustrze, na przemian pudruje twarz i przegląda się w lustrze. Nagle mówi: przecież nic nie widzę, w ogóle nic nie widzę. Rzeczywiście, to Konrad do Wiesera, przez chmurę pudru nic w lustrze nie widzi. Może to i dobrze, że nic nie widzę, mówi, i pudruje się nadal. Cała suknia jest w pudrze, miał powiedzieć Konrad do Wiesera, a ona ciągle powtarza: muszę się upudrować, upudrować się muszę, do cna upudrować, a kiedy zabrakło pudru w puderniczce, mówi: mamy jeszcze gdzieś puder? Gdzieś jeszcze musi być puder! Puder! Puder! Puder!, mówi i rzeczywiście znajduję drugą puderniczkę, a ona dalej pudruje bez opamiętania twarz, mówi Konrad do Wiesera, nagle już nie widzę jej twarzy, zapudrowała do cna twarz. Zapudrowana!, zapudrowana!, mówi: zapudrowana!. Zapudrowana!, wykrzykuje, mówi Konrad, nagle śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła i śmieje się i woła: upudrowana, zapudrowana, zapudrowana, upudrowana, zapudrowana!

Thomas Bernhard Kalkwerk, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak

322243767409511000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że coś, co jednego dnia wydawało mi się pełne znaczenia i sensu, drugiego było dla mnie już tylko niedorzecznością.

Fífill

 

 

Myśl, owszem, ciekawa… ciekawa myśl… Szkoda że niezbyt jest nowa, bo to już Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach:

„Również, a nawet zwłaszcza to, co sam kiedyś napisałem, było dla mnie już niezrozumiałe. Stale nawiedzała mnie myśl, że to czy inne zdanie jest tylko pozornie czymś sensownym, a naprawdę co najwyżej jakąś protezą, wykwitem naszej ignorancji, nieporadnym organem, którym, jak niektóre rośliny i zwierzęta morskie swoimi antenami, na ślepo wymacujemy otaczającą nas ciemność”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. M. Łukasiewicz

link

199157600921893000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

peron północny

 

wnętrze jest tam gdzie dłuży się i nie wysiada
tu jesteś moja piłeczko mój kłębuszku
bo widzisz teraz zaprowadzisz mnie do przejścia
wystarczy wsłuchać się w miarowość
kroki ważne są kroki
tam-tam konduktor z krótkofalówką
dudniący w beton betonowe
tam-tam idiofon zwołujący na przerwę
staruszki surykatki stojące na czatach
o prowadź mnie do przejścia z dnia na dzień
przez jasne długie proste i bez cienia
o odsłoń widok na monitor
z paskiem informującym na okrągło
z paskiem informującym na okrągło

 

 

Piękna Telefonia

 

Ma ładne oczy, chociaż jeszcze się nie narodziła.
Na razie wystąpiła w kilku naszych reklamach.
Damy jej osobowość, damy jej media społecznościowe.
Damy jej życie pełne interakcji.

 

 

CHMURO

 

nie rozpadam się

(ciągle) się nie rozpadam

 

123086166487618000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kolos z RODO

 

Jesteśmy  śmiesznie ograniczeni naszymi „ja” wykształcanymi w z góry ustalonym porządku, jesteśmy ograniczeni dziedzictwem, nabytym doświadczeniem, zespołem ugruntowanych przekonań, przychylnym otoczeniem, tak zwanym światopoglądem. Boimy się wskoczyć w czyjeś buty, i nagle, gdy przyjdzie nam na to (a jakże) ochota, z tych butów wyskoczyć. Kurczowo trzymamy się naszych „ja”, bo tak jest wygodnie. Jest tak, jakby przestarzały komputer bał się rozbudowy pamięci. Zrozumiał to Borges znużony, co nie chciał być więcej Borgesem.

76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

47014732053341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Ponieważ jesteśmy słabi, słabowici, nie dozwalamy na żadną słabość. A jeśli nie życie, jeśli nie natura, to musi to być lektura, to znaczy życie i natura jako lektura, przez dłuższy czas wyłącznie natura w lekturze, życie z książek, czasopism, wszelkiego typu pism, budowanie z lektury mostów spinających pokawałkowaną i pozostawioną samej sobie naturę, z lektury, która jest jak natura, która jest jak życie”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

29056702380934300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mutacja kultury ludzkiej zmieniła ją w socjopatyczną machinę marketingową, zdominowaną przez priorytety gospodarcze i psychologiczną manipulację. Nigdy wcześniej indoktrynacja systemu kulturowego nie nakłoniła swoich uczestników do stłumienia tak dużej części ich człowieczeństwa. Tym wrogim przejęciem zbiorowej psychiki przewodzą coraz bardziej wyrafinowane przemysły propagandowe i dezinformacyjne, które mamią iluzją konsumenckiego szczęścia, szaleńczo nadmuchując nasze oczekiwania wobec materialnego świata. Współcześni konsumenci są najzacieklej atakowanymi przez propagandę osobami w historii. Bezwzględnie uporczywy, powtarzany efekt jest wysoce hipnotyczny, upośledza zdolność krytycznego myślenia, redukuje poczucie własnego „ja” i przekształca komercyjną nierzeczywistość w imitację znaczenia i celu.
(…)
Przedstawiciele młodszych pokoleń nie unikną kursu nudy, rozczarowania i demoralizacji. Jako produkty niewidzialnych rodziców, skomercjalizowanej edukacji, marketingu „od kołyski” i obłąkańczego programu kulturowego muszą dostroić się do modelu konsumpcyjnego, wiedząc przy tym doskonale, że niszczy planetę i zagraża ich przyszłości. W sposób zrozumiały młodzież należy zatem do pokolenia transu, z nienasyconym apetytem na każdą technologię, która może zredukować świadomość i przytłumić emocje. Gdy społeczeństwo pogrążone jest w kryzysie egzystencjalnym, zaś trajektoria życia emocjonalnego prowadzi w dół, trans pozostaje najprężniej rozwijającym się rynkiem konsumenckim.
John F. Schumaker, tłumaczenie: exignorant
źródło

11098672708526900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

19 sierpnia

 

Lubiłem patrzeć jak kładą asfalt. Podchodziłem najbliżej jak tylko się dało, by poczuć żar. Lubiłem zapach świeżo kładzionego asfaltu, idealną błyszczącą wyrównującą stal walca, postęp, krzątaninę robotników. Wydawało mi się, że wystarczy zaasfaltować cały świat, a wszystko będzie odtąd proste i gładkie.