162739276283501000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

cykle

 

Dzień rozpoczynam od posiania ziarna wyboru – albo będę szczęśliwy, albo będę nieszczęśliwy: ziarno kiełkuje i od razu mnożą się wątpliwości → jeśli dziś będę szczęśliwy, to jak szybko stanę się nieszczęśliwy? Jeśli dziś będę nieszczęśliwy, to czy zdążę być jeszcze szczęśliwy? Jeśli dziś będę szczęśliwy i stanę się nieszczęśliwy, to czy na powrót stanę się szczęśliwy? Jeśli dziś będę nieszczęśliwy i stanę się szczęśliwy, to jak szybko stanę się znów nieszczęśliwy? A jeśli będę… moje myśli rozgałęziają się, tworząc algorytmiczne drzewo wyboru. Już jestem w sieci, a na drzewie pączkują grzyby – to grzyby trujących myśli o postrzępionych kapeluszach, podnoszą głowy wraz ze wzrostem informacji → sieć oferuje nawóz niechcianych informacji → sieć oferuje nawóz niechcianych informacji stanowiący pożywkę dla grzybów trujących myśli. Nie umiem oprzeć się informacjom, karmiąc w ten sposób grzyby trujących myśli. I chociaż wiem, że jeszcze nie jest za późno, moszczę się w sieci, dając pożywkę ↓ grzybom trujących myśli. Już jestem zagrzybiony i wiem, że nie będę szczęśliwy. Nie rezygnuję.

Reklamy

100578404047763000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Tak, to prawda, wszyscy byliśmy uzależnieni od internetu. Gdyby nam tylko zaproponowano, by tam wejść – wejść, natychmiast wejść do internetu, stać się ciągiem zer i jedynek, rozgałęzieniem, alfabetem, kłączem, biec jednocześnie we wszystkich kierunkach, łączyć ze sobą wszystko, wszystkie słowa – nie wahalibyśmy się ani chwili. Wyróżniać się krojem czcionki. Patrzeć jak z nieba lecą piksele.

62160872235737800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Ludzie do pewnego momentu. I ludzie nieukształtowani.

Ludzie do momentu, kiedy po raz ostatni im wierzyłeś, zanim obrali skostniałe formy, sprzeniewierzyli się sobie, zastygli w wygodnych pozach, a rysy ich charakteru, które wiele lat wcześniej zapowiadały ten nieuchronny etap, zostały raz na zawsze ustalone. Lecz to nie przekreśla tego, kim dla ciebie byli.

Ludzie kominy i ludzie cyprysy. Podążaj za ludźmi cyprysami.

23743340423712200000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wracając do ubiegłego. Bezsprzecznie książka Olgi Hund. Język Olgi Hund (podobne odczucie naturalności-normalności-prawdy miałem, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej). Psy ras drobnych – relacja ze środka instytucji totalnej.

„Potem prowadzą mnie na izbę przyjęć. Siedzą dwie baby. Daję im ubezpieczenie podbite gracko tego samego dnia na ujocie. Potem rozmowa z Panią Ordynator. Znudzony, zwalisty sanitariusz siedzi w kącie na maluśkim stołeczku. Nie chcę przy nim mówić, więc na moją prośbę wychodzi, a ja od razu zaczynam płakać, jakby mnie ktoś oszwabił z tego ochronnego płaszcza, którym okryłam się w karetce, z tej peleryny, która powiewała w furmance.

–  Wszystko już powiedziałam, ma to pani w karcie – kaszlę i smarkam od tego płaczu.

–  Ja chcę rozmawiać z człowiekiem, nie z kartą – lekarka brzmi, jakby mówiła to każdemu, każdemu po sto razy. Siedzi osowiała za biurkiem, patrzy beznamiętnie. Niczego więcej chyba nie pragnie, niż mnie w środku wyczyścić, a potem na nowo urządzić chemią niemiecką”.

Olga Hund, Psy ras drobnych

9069149035398720000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

chaos w fabryce czekolady

 

Nie wyciągać ogólnych wniosków, bronić się rękami i nogami przed ogólnymi wnioskami, w przeszłości, a więc niedawno, gubiło mnie wyciąganie ogólnych wniosków, poszukiwanie (bezcelowe) celowości, rzecz znamienna, bardzo charakterystyczna dla mojego umysłu, z czego dopiero teraz tak naprawdę zdaję sobie sprawę. Z każdej, najbłahszej nawet sytuacji, starałem się błyskawicznie (królik) wyciągnąć ogólne, rzekłbym nawet ramowe wnioski prowadzące (złudnie) do rozstrzygnięcia tak zwanych kwestii życiowych, co było błędem.

Częstotliwość mojego pisania w sieci. Częstotliwość z jaką publikuję tak zwane posty. Mnie samego niepokoi ona. Stanowi być może problem. Częstokroć, po opublikowaniu kolejnego tak zwanego posta, zastanawiam się godzinami, czy powinienem był go mimo wszystko publikować, czy aby nie nazbyt pochopnie post ów opublikowałem, zważywszy, iż całkiem niedawno opublikowałem był  poprzedni post. I tak w kółko.

Otwierać plik  w o r d o w s k i  i  czekać, cierpliwie czekać, aż plik  w o r d o w s k i rozkwitnie, rozwinie się przed (oczym(a)mi), czekać wytrwale, nie śpieszyć się, cokolwiek przychodzi z czasem.

Ślad bosej stopy pozostawiony na łazienkowym chodniku o godzinie jedenastej przed południem — ciągle widoczny o godzinie siedemnastej.

W literaturze szukam samotności, jedynie stłumiony, cichy, samotny głos jest w stanie mnie przyciągnąć, przywołać, tylko takiemu głosowi mogę, jak to się mówi, w pełni zaufać, nie cierpię fikcji.

Do wszystkiego podchodzić powoli, rozgaszczać się.

Fífill

5605042352914730000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Lekcja historii

 

Musimy pamiętać, że to właśnie Chińczycy pierwsi poważnie potraktowali Księżyc. Co prawda Amerykanie, ach ci rozpanoszeni Amerykanie!, umieścili tam wcześniej swoich dwunastu apostołów, ale żaden z nich – proszę zauważyć, żaden! – nie zainteresował się jego ciemną stroną. Łazili, zostawiali ślady, wbijali chorągiewki – lecz wszystko to w pełnym słońcu,  żadnemu z nich nie przyszło nawet do głowy zajrzeć za podszewkę. Amerykanie… no cóż, ich zawsze interesowało tylko to, co popularne; popcorn, popkultura, biblia, gwiezdne wojny, nie chcę się rozwodzić. Dość powiedzieć, że na patrona swej misji wybrali bufona i zawistnika, błękitnookiego Apollo…
Co innego Chińczycy! – oni zawsze twardo stąpali po ziemi, na zimno i bez emocji podchodzili do zagadnienia; kropla drąży kamień, kompas, papier, czarny proch… długo by o tym mówić. Tylko oni (chciałoby się powiedzieć – tylko my) mogli z tak chłodną głową potraktować gościa. Bo czym był dotąd Księżyc jeśli nie smutnym gościem, niezgrabą z tym samym obliczem, do cna zawiedzionym ludzką ignorancją? Wszyscy zadowalali się tym co widoczne, nikt, absolutnie nikt, nie interesował się całością…
Dzisiaj, kiedy doskonale wiemy, że wszystko ma swoją ciemną i jasną stronę, kiedy mieszkamy na Marsie, w wolnych chwilach podróżujemy do gwiazd, kiedy udało nam się jak cytrynę wycisnąć ciemną materię, musimy pamiętać, że zawdzięczamy to właśnie Chińczykom, ich dociekliwości, ich przenikliwości, ich Nefrytowemu Królikowi – i, co najważniejsze – bogini Chang’e.

 

2140935670430740000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

udzielam sobie grudniowego wspparccia przez dwa ce jak cappuccino

 

cały czas czuję się jakbym tracił czas, przemożne poczucie straty czasu towarzyszyło mi o dziecka, wzmagało się wraz z upływem czasu, w każdej sekundzie nie robię nic innego, tylko tracę czas, utrata czasu a jednocześnie bezustanna świadomość utraty czasu

jestem najzagorzalszym czytelnikiem. Nie ma drugiego takiego najzagorzalszego czytelnika na świecie. Podczas gdy wszyscy czytają książki po to, by obeszły ich bez echa, we mnie echo każdej książki wybrzmiewa w samych trzewiach, podczas gdy wszyscy dyskutują o książkach, beznamiętnie kartkują książki (puk, puk, nic tam do nich nie dociera), co gorsza piszą bzdury o książkach, które błyskawicznie odkładają na półki, ja przeżuwam w sobie każdą książkę tak, jakbym miał dwa żołądki

jestem najzagorzalszym przeciwnikiem wędliny w plasterkach, nie ma nic bardziej przerażającego jak wędlina przygotowana do spożycia, pokrojona w plasterki, perwersyjność w zadawaniu cierpienia uwidaczniająca się w wyłożonej na spodek, pokrojonej w plasterki wędlinie, spożywanie wędliny, a już najbardziej spożywanie wędliny w plasterkach napawa mnie wstrętem, naturalnie rzecz jasna znajdują się jeszcze ludzie posługujący się pojęciem wędlinka, którzy budzą moje największe obrzydzenie

odpowiadam, chociaż przez nikogo nie jestem pytany, pytam, chociaż nie spodziewam się znikąd odpowiedzi, i tak w kółko. Błędne kółka jak błędne ogniki, fire, uszkodzenie błędnika

im więcej wiedzy, tym więcej faktów bezpowrotnie łączy się ze sobą, powstaje groźna pajęczyna niedostrzegalna dla tych, którzy nie poszukują. Mimo to twierdził będę: edukacja jest najważniejsza

nie posiadam ustrukturyzowanej wiedzy. Moja wiedza jest nieustrukturyzowana. Dalej, wszystko z czasem staje się resentymentem

 

PS

Uwaga: WordPress zaśmieca tę stronę reklamami. Dzisiaj to zauważyłem, kiedy wszedłem tu bez Adblocka.

Fífill

1323171012053240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„(…) próbowałem zbadać, jak mocna jest rzeczywiście pamięć Höllera, wprawdzie wyobrażałem sobie, że pamięć Höllera była równie mocna i klarowna jak moja, Höller był jednak całkowicie innym człowiekiem niż ja, a u dwóch ludzi nic nie jest jednakowe, zacząłem więc, świadomy tego, przypominać mu szczegóły naszej wspólnej drogi do szkoły, najpierw wspominając występy skalne, charakterystyczne, rzucające się natychmiast w oczy występy skalne, następnie mniej rzucające się w oczy, mniej charakterystyczne, zapachy w określonych miejscach, zapachy roślin, zapachy ziemi, drogę do szkoły charakteryzowały bowiem ciągłe zmiany zapachu ziemi, zapachy kamienia i zapachy roślin, przypominałem gniazda określonych ptaków, gromady, gatunki ptaków, w ogóle próbowałem przebadać zasoby pamięci Höllera, przypominałem różne przedmioty, na przykład leżące na dnie Aurach wraki rowerów, wszelkie żelastwo, puszki od konserw, koła młyńskie, powrzucane tam przez rozmaitych ludzi, które jeszcze doskonale zachowałem w pamięci, wypytywałem go o to, o czym, raz często, raz rzadziej, mówiłem w drodze do szkoły, dotyczącym wszystkich możliwych spraw, także o to, o czym mówił Roithamer, o nieoczekiwane spotkania w drodze do szkoły, na przykład w przewężeniu Aurach, gdzie wcześniej, w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły gminnej, obozowali Cyganie, których się baliśmy, ponieważ ludzie mówili, że Cyganie porywają dzieci, im więcej dzieci, tym lepiej, o dziwnych mirażach w powietrzu, odbiciach na trawie, a przede wszystkim na nadbrzeżnej skarpie, o osobliwościach kory drzew, o osobliwym, charakterystycznym zwłaszcza na naszej drodze do szkoły wzdłuż rzeki Aurach zachowaniu zwierząt, pytałem, czy pamięta jeszcze, jak razem z nim i Roithamerem między pniami drzew odkryłem raz dwanaście zmarzniętych na śmierć saren, a potem wszystkie je ułożyłem, jedną na drugiej, w stos, o tym, jak nagle w połowie drogi między moim domem a szkołą postanowiliśmy iść na wagary i zamiast do szkoły zeszliśmy do opuszczonego młyna, który stał tam, gdzie dzisiaj straszy olbrzymia dziura, jak lej po bombie, porośnięta trawą, i w ogóle, czy przypomina sobie na drodze do szkoły szczegóły związane z wojną, i lęk, który w tym czasie zawsze nam towarzyszył, i stwierdziłem, że Höller przypomina sobie wszystko lub prawie wszystko to, co ja sam sobie przypominałem”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

817764658377501000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Jak się tam wchodziło, w całym budynku fatalne oświetlenie, zwłaszcza jesienią i zimą, wieczorami, piwniczne, fabryczne oświetlenie. W każdym pomieszczeniu żarówki najbardziej energooszczędne, a przez to najciemniejsze, przyprawiające od razu o myśli samobójcze. Siedzieli w tych pomieszczeniach, zwłaszcza jesienią i zimą, długimi wieczorami, w fatalnym, samobójczym oświetleniu. Z ich pokoju, najmniejszego, oświetlonego najfatalniej, dobywały się wrzaski naturszczyków, porykiwania reklam, skamlania seriali. Jak się tam wchodziło, to od razu, nie pytając nikogo, przechodziło się do kuchni. Nikogo to nie obchodziło. Przechodziło się do kuchni, bo tam było najciszej, bo tam było najwięcej żarówek.

Rankami brał górę szron i pewnie by nie wyłazili, gdyby nie obrządki: głowy jaków, dzikich koni, reniferów, a wszystkie spragnione miłości, parujące języki zlizujące z paznokci sól, wielkie oczy patrzące z komórki. Rankami, gdy górę brał szron, pewnie by nie wyłazili, gdyby nie nadzieja: przyjąć do wiadomości, że wszystko jest jeszcze możliwe, w każdej chwili cała paleta nieszczęścia, i żyć z myślą, że wszystko jest jeszcze możliwe, wszystkie plagi, godziny, szpitale. Zmienność losu. Odchylenie standardowe.

505406353675742000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Dzielę ludzi na aktywnych, stanowiących zdecydowaną większość, oraz na nieaktywnych, którzy znajdowali się, znajdują, znajdować się zawsze będą w zdecydowanej mniejszości. Ludzie aktywni aktywnie uczestniczą w życiu, znaczą teren, rozpychają się łokciami oraz bardzo chętnie wyrażają swoją opinię. Ludzie nieaktywni, stanowiący zdecydowaną mniejszość, to ludzie milczący, nie chcą oni uczestniczyć w życiu, które, nie oszukujmy się panie Mateuszu, jest bezustannym znaczeniem terenu, rozpychaniem się łokciami oraz wyrażaniem swojej opinii, najchętniej wycofaliby się oni z tak rozumianego życia, gdyby tylko istniała taka możliwość, ale niestety, jak obaj sami doskonale wiemy, nie ma takiej możliwości. Jaskrawym przykładem ludzi aktywnych są ludzie występujący w reklamach. Nie cierpię ludzi występujących w reklamach, wszystkich jak leci, wszystkich jak leci. Nie cierpię. Naprawdę nie wiem, skąd mi się to bierze panie Mateuszu, ale zawsze, kiedy widzę ludzi występujących w reklamach, chce mi się wyć. Dosłownie. Jakaż siła, pytam teraz siebie, pcha ludzi do występowania w reklamach? Co sprawia, że nie widzą oni w tym nic niestosownego? – pytam siebie, i nie znajduję odpowiedzi. Zaskoczony? Czym? Ja nigdy nie jestem zaskoczony, zadaję tylko podstawowe pytania i żądam natychmiastowej odpowiedzi. Zadaję teraz podstawowe, mógłbym powiedzieć równie dobrze pierwotne pytanie, i spodziewam się uzyskać na nie natychmiastową odpowiedź. Jakaż to siła pcha ludzi do występowania w reklamach? Pytam. Proszę odpowiedzieć. Przykro mi, naprawdę bardzo mi przykro, ale nie sądzę, że są oni na tyle nieświadomi, iż nie zdają sobie sprawy z procederu, w którym uczestniczą, iż nie mają o nim zielonego lub jako takiego pojęcia, przeciwnie, sądzę, że ludzie występujący w reklamach mają jaskrawozielone tudzież jak najbardziej sprecyzowane pojęcie na temat swoich niecnych występków w reklamach: ogłupić pozostałych ludzi i zachowywać się dalej tak, jak gdyby nic się nie stało, oto ich dewiza, wystąpić w reklamie, nawciskać kitu, wrócić do swych zajęć. I te uśmiechy. Naturalnie wymuszone… Wiem, wiem, widzę to teraz po panu – proszę nie odwracać głowy! – mówiąc nie cierpię, automatycznie naraziłem się na pańską nienawiść, ale niech mi pan wierzy panie Mateuszu, nie dbam o to. Dosłownie.
Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, czuję się bardziej stanowczy, wręcz radykalny, wydaje mi się, że z podwiniętymi rękawami mógłbym zmieszać z błotem cały świat, ale wystarczy chwila nieuwagi, wystarczy, że rękawy odwiną się samoczynnie, a już jestem chronicznie nieśmiały. Zazwyczaj, kiedy mam podwinięte rękawy, mniej siebie obwiniam panie Mateuszu, ale czy pan potrafi to zrozumieć? Czy ktokolwiek może zrozumieć to, co dzieje się w moim umyśle, kiedy mam podwinięte rękawy/kiedy moje rękawy nie są podwinięte?

119310255727776000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

AI

 

AI nigdy nie będzie miała nic wspólnego z człowiekiem, który dla niej jawił się będzie zawsze jeno jako bakteryjka. Opowieść jest zawsze jedna. Dla człowieka opowieść jest zawsze jedna, snuta w określonym miejscu i czasie – cóż, taki aparat poznawczy, taka percepcja. Wyobraźmy sobie, jeśli umiemy, AI snującą równolegle, śledzącą, łączącą ze sobą miliony, miliardy, biliony, czy co tam dalej idzie, opowieści. Jakie znaczenie będzie miała dla niej jednostkowa opowieść bakteryjki?

73737793246207300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zjawisko polegające na tym, że pewien gatunek poprzez hipertrofię pewnej zdolności staje się niedostosowany do wymogów stawianych mu przez środowisko, jest tragedią dotykającą nie tylko człowieka. Na przykład, uważa się, że dotyczyła ona również pewnego gatunku kopalnego jelenia, który wymarł z powodu wykształcenia nazbyt okazałego poroża.
(…)
Zarówno historia kultury, jak i obserwacja nas samych oraz innych dają podstawę ku wysunięciu następującej tezy: większość ludzi uczy się ratować siebie samych poprzez sztuczne zredukowanie zawartości swej świadomości. Jeśli jeleń olbrzymi zdołałby w odpowiednich odstępach czasu łamać zewnętrzne odgałęzienia poroża, być może udałoby mu się przetrwać przez jeszcze pewien czas”.

Peter Wessel Zapffe Ostatni Mesjasz, tłum. Andrzej Konrad Trzeciak

 

„Zrozumiałem wówczas, dlaczego zwierzęta mają rogi. Było to – to niezrozumiałe, które nie mogło pomieścić się w ich życiu, kaprys dziki i natrętny, nierozumny i ślepy upór. Jakaś idée fixe, wyrosła poza granice ich istoty, wyżej ponad głowę, i wynurzona nagle w światło, zastygła w materię dotykalną i twardą. Tam przybierała kształt dziki, nieobliczalny i niewiarygodny, zakręcona w fantastyczną arabeskę niewidoczną dla ich oczu a przerażającą, w nieznaną cyfrę, pod której grozą żyły. Pojąłem, dlaczego te zwierzęta skłonne były do paniki nierozumnej i dzikiej, do spłoszonego szału: wciągnięte w swój obłęd, nie mogły się wyplątać z gmatwaniny tych rogów, spomiędzy których – pochylając głowę – patrzyły smutno i dziko, jakby szukając przejścia między ich gałęziami. Te rogate zwierzęta dalekie były od wyzwolenia i nosiły ze smutkiem i rezygnacją stygmat swego błędu na głowie”.

Bruno Schulz Sanatorium pod Klepsydrą