883500839105108000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

choroby towarzyszące

Mam dwie czapki zimowe, które zakładam na głowę, przez cały rok, od stycznia do grudnia, od rana do wieczora, jak również na noc, zakładam na głowę moje czapki zimowe [grubszą] i (cieńszą). Gdy jest mi stosunkowo zimno w głowę (jak teraz), zakładam cieńszą czapkę zimową, gdy to nie wystarcza, zakładam grubszą. W dzień chodzę bez czapki lub też w grubszej czapce zimowej, czasami w cieńszej. Noce przesypiam w grubszej czapce zimowej, czasami w cieńszej. Potrafię obudzić się w nocy i zamienić grubszą czapkę zimową na cieńszą [gdy jest mi ciepło w głowę], i odwrotnie, potrafię zmienić cieńszą czapkę zimową na grubszą (gdy jest mi zimno).

Jestem wyziębiony, niepotrzebnie znów zaczęło we mnie pisać, myślę, że to wina wszystkiego dookoła, lecz przede wszystkim wczorajszego snu, który udrożnił strumień nieświadomości, rzekę wspomnień (czy czego tam jeszcze); przypominają mi się nagle punkty orientacyjne, ruiny formacyjne, przypominają mi się osoby, które mignęły i zgasły, wbrew zasadom panującym w mojej głowie nigdy nie pozwolę wymazać ich sobie z pamięci, same szklanki pokawowe, nie mam do czego przelać naparu z melisy. Jak co roku na początku roku staram się utrzymać równowagę na wiele sposobów, każdy jest rozchwierutaniem.

Od wielu lat nie przyśnił mi się żaden koszmar, mam dobre sny. Myślę, że to rekompensata za nieciekawe życie, że tym, którzy wiodą życie w miarę szczęśliwe, śnią się koszmary. Prawdopodobnie ten mechanizm utrzymuje mnie ciągle na powierzchni; stosowne porcje melatoniny neutralizują pokaźne dawki kortyzolu wystrzykiwane przez nadaktywne w ciągu dnia gejzery stresu.

W swoich snach jestem [choć to zawsze nie do końca ja (kwestia tożsamości to temat na odrębną dyskusję)]  obojętnym obserwatorem. Nie można mnie dotknąć.

Moim przyjacielem jest Tomasz, muszę to podkreślić, moim przyjacielem jest Tomasz, nie mam innego przyjaciela i nigdy nie miałem, ci, którzy śmieli określać siebie mianem moich przyjaciół, nigdy nie byli moimi przyjaciółmi, ani ja nie określałem ich nigdy w podobny sposób. Moim przyjacielem jest Tomasz.

Mam nowy rok na kontynuację nieskończonej pracy, muszę tylko pamiętać, że rok nie jest przestępny i ma trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Wbrew pozorom to niewiele, zważywszy na to, iż poprzedni rok miał w sobie ten jeden, jakże cenny dodatkowy dzień. Bieżący rok jest rokiem normalnym, a więc ma tylko trzysta sześćdziesiąt pięć dni, potrafię sobie na przykład wyobrazić sytuację, w której zabraknie mi tego jednego dnia, to nie jest wcale takie trudne, już taki jestem, pesymistyczny. Na razie odsuwam tę myśl, tak jak odsuwam wiele innych niepotrzebnych myśli. Smaruję twarz palcami jak gdybym przygotowywał się do walki. Wsmarowuję krem pod oczy.

pierwszy semestr

Ta dziewczyna, na tym samym roku, nie chodziłem z nią na zajęcia, ale słyszałem od Marty, ta dziewczyna, na którą wtedy natknąłem się na schodach wydziału i zagadałem, a potem, zawstydzony tym zagadnięciem, postanowiłem jej towarzyszyć i odprowadzić ją do bramy, bo chciałem zagadać zagadane, chociaż nie wiedziałem, co jeszcze powiedzieć, był piątek, wracała do domu, przed bramą zapytała tylko w którą stronę idę, nie wiedziałem, co odpowiedzieć, tak naprawdę planowałem uwolnić się od niej tuż po przejściu bramy, miałem taką nadzieję, ta dziewczyna, którą odprowadzałem i odprowadzałem (południe południe południowy wschód) i nie mogłem się od niej uwolnić, to znaczy nie mogłem się od niej uwolnić, bo słyszałem od Marty, więc odprowadzałem ją i odprowadzałem, aż doszliśmy do Dworca Centralnego.

Ten chłopak w pobrudzonych spodniach, w letnim płaszczu, mimo że zima, do którego też nikt nigdy się nie odzywał, i przez te pół roku nie zauważyłam, żeby on odezwał się do kogokolwiek, zawsze gdzieś z boku, z tyłu, w ostatniej ławce.

Ten facet, który tak nas bardzo irytował (wszyscyśmy się go bali), ten facet (Tomasz?), który w przerwach między zajęciami pojawiał się znikąd, stawał przy tablicy i zaczynał pisaćpisać, nadpisywać, wywracając nam porządek świata.

546033547656009000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zadig

Znów dopadła mnie autospekulacja. Nie wiem czemu, lecz nagle pomyślałem, że dwadzieścia pięć lat temu, zatem tuż po dwudziestce, byłem członkiem partii socjalistycznej. To było śmiechu warte! Moje członkostwo nie trwało długo. Tak jak wszystko inne, również to, wypowiedziałem je po paru miesiącach. Że kiedyś chciałem być mnichem! Że rzeczywiście zamierzałem zostać katolickim księdzem! I że kiedyś ofiarowałem osiemset tysięcy szylingów dla głodujących w Afryce! I że to prawda! Swojego czasu odczuwałem wszystko jako logiczne, jako oczywiste. Dzisiaj nie mam już do tego jakiegokolwiek stosunku. Że kiedyś wierzyłem, iż mógłbym wstąpić w związek małżeński! Mieć dzieci! Może wojsko!, nawet kiedyś myślałem, generał, marszałek polny, jak jeden z moich przodków!

[…]

Coraz więcej snów, w których ludzie latają, za okno i z powrotem do środka, piękni ludzie, rośliny jakich przedtem nigdy nie widziałem, olbrzymie liście, wielkie jak parasole.

[…]

Dopóki jesteśmy młodzi i nic nas nie boli, wierzymy nie tylko w życie wieczne, mamy je. Potem złamanie, potem upadek, potem lament z tego powodu i koniec. Zawsze to samo. Kiedyś miałem ochotę na oszukanie urzędu finansowego, teraz nie mam już na to ochoty, powiedziałem sobie. Każdy, kto chce, może mi patrzeć w karty. W tym momencie tak myślę. W tym momencie. Właściwie jest tylko pytanie, jak w miarę bezboleśnie przetrwać zimę. I jeszcze o wiele bardziej okrutną wiosnę. Zaś lata zawsze nienawidziliśmy. Potem znów jesień pozbawi nas wszystkiego. Potem pozwoliła na obejrzenie najbardziej zachwycającego biustu, jaki kiedykolwiek widział świat, Zadig. Nie wiem, dlaczego właśnie to zdanie przyszło mi do głowy i mnie rozśmieszyło. Istotna była tu tylko konieczność, że zupełnie nieprzewidzianie musiałem się roześmiać. Bo gdy idzie o temat nie miałem się czego wstydzić. Co jakiś czas wpadamy w stany podniecenia, które niekiedy mogą się utrzymywać całymi tygodniami i nie można się ich pozbyć, nagle już ich nie ma, choć my od dłuższego czasu egzystujemy już w stanie uspokojenia. Lecz nie umiemy sobie określić dokładnie, kiedy nastało uspokojenie.

Thomas Bernhard Beton, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2001


The impasse caused by the cyclical nature of pain is resolved by a sudden and apparent non sequitur, and if the reader is prepared to make an associative link, a revealing interpretation of the narrative can follow: Dann liefl sie den entziickendsten Busen sehen, den die Welt je gesehen hatte, Zadig. This quotation from Voltaire’s tale spontaneously makes Rudolf laugh and brings him relief, and he realizes that somehow it is decisive. The quotation has three major effects here. First, and most importantly, it brings relief to Rudolfs tension and anxiety or agitations (his Erregungen), and he laughs.The laughter is a spontaneous, unrehearsed human reaction of pleasure and stands in striking contrast to the pain he refers to in the description of seasonal monotony. From this basic, but important point of view, literature provides physical and mental release and relief; it helps him to survive the winter of discontent and pain, to overcome, however briefly, the coldness or frost to which earlier titles of Bernhard’s own prose allude. […]

Communication and Hope in Thomas Bernhard’s Later Prose Writings by Percy Soli Darukhanawala, University of Oxford, 2001

337467291449099000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wspomnienie o pętlach

Pętle, miejsca szczególne, trwale zapisane w pamięci. Ile ich było? Nie zliczę. Tam autobusy (albo tramwaje) znajdowały wreszcie ukojenie, ich przednie szyby narażone na najokrutniejsze zimno zimą, najstraszliwszy skwar latem, służyły mi za lustro, w którym przeglądałem się godzinami, studiując zniekształconą fizjonomię. Wierne pyski. Zdyszane maszyny nareszcie zwolnione z obowiązku.

Lubiłem tam przychodzić (zawsze miałem niedaleko) i patrzeć na ich odpoczynek: na czas zawieszony, świąteczny. Widoczny już z daleka rozkład pośpiechu, zatrzymana w porę gonitwa myśli.

Jak to się stało, że niemal zawsze mieszkałem przy pętli? i dlaczego nigdy wcześniej tego nie zauważyłem?

Nieważne, czy była to północ, północny wschód, północny zachód, sam wschód albo sam zachód, czy też albo południe, zawsze mieszkałem przy pętli. Nie miało znaczenia gdzie, ważne przy czym.

Wychodziłem z wynajmowanego mieszkania i od razu trafiałem na pętlę; siadałem, patrzyłem. Trawy różnorodnych gatunków, źdźbła wślizgujące się między wolne przestrzenie, grudki ziemi, opony, popłochy, głaszczące szyny mlecze, ubłocone ostrożnie pleniące się bez opamiętania.

To właśnie tam i tam i tam i tam i tam i tam, na pętlach zwolna przestawało interesować mnie bycie człowiekiem, a więc podmiotem pragnącym. To tam, na pętlach, uczyłem się wyzwalającej obcości, tego maszynowego stanu, w którym już wszystko jedno, co wokół powiedzą.

Więc tam, wśród przegubowców, nadwozi, bodiaków, mogłem spokojnieć. Spojrzeć na siebie jak na odprysk statystyki. Siedzieć na pętli, dojrzewać i patrzeć, spokojnie przepatrywać historię swojego życia jako typową prowincjonalną historię przeciętności. Na okrągło przeżuwać swoje nazwisko jako typowe, pospolite, przeżuwalne, jedno z wielu typowych dla danego regionu, spowszedniałych mi nazwisk w klasie.