293825989466396000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Od lat nie robimy nic innego, tylko opisujemy pomieszczenia, w których przebywamy, a więc: okna, drzwi, ściany, podłogi, sufity. Nawet kiedy przebywamy na zewnątrz jednych pomieszczeń, opisujemy inne, w których przebywamy; a więc świat i wszystko związane ze światem.  Nie potrafimy robić nic innego, tylko opisywać mniejsze/większe pomieszczenia. Jesteśmy ograniczeni do pomieszczeń.

16374361185569600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Pisał już tylko wyłącznie dla starszych ludzi. Dla starszych mężczyzn. I dla starszych kobiet. Po siedemdziesiątce. Pewnego dnia stwierdził, że nie ma sensu pisać dla młodszych. Nigdy nie rozumiałem młodszych, mówił, a i oni nigdy nie wykazywali dla mnie zrozumienia. Nawet gdy sam byłem młodszy, nie rozumiałem innych młodszych (i vice versa). Plus siedemdziesiąt – tak wyobrażam sobie idealnego czytelnika. Niechaj młodsi zajmą się swoimi smartfonami (zresztą już się przecież zajmują), niechaj młodsi, mówił, zajmą się czymkolwiek; niechaj mejlują, niechaj chichocą, niechaj czatują, byle tylko nie wtykali tutaj nosa.

6254449428820550000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

błędne mniemanie

Stałem na rogu Es i De, kiedy podszedł do mnie w czymś na kształt kamizelki (kamizelka ochronna, ale beżowa z kieszonkami) pod nią koszula w kratę, w dole mokasyny: pół do trzeciej, rzuciłem. Gdybym musiał wydestylować moje lektury, gdybym był nagle zmuszony do wybrania tylko kilku (resztę spalić), to w zdecydowanej większości byłby to właśnie On. Wiele zdań zapamiętanych, wiele podkreślonych, „nie chciałbym być zrozumiany”,  „pisaniem można jednak jako tako przetrwać, na przykład niezbędne do zaśnięcia dwie godziny, pisane dwie godziny, które w innym wypadku byłby nie do wytrzymania”, wyłuskane cytaty, wydrukowane, rozwieszone na ścianach. Ulubiony, dodałem. Umiłowany. W tej chwili potrzebował jedynie dokładnej informacji.

2388987100892080000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

algorytmy

Włochy Urugwaj. Białe niebo obserwowane z podłogi, fałda niebieskiego przeświecająca przez chmury, oko w załamaniu futryny. Trzy wielkie komary chaotyczne, obijające się o szybę. Jedyny cel – dostać się do środka, do mnie. Mecz towarzyski rozgrywany w Nicei, komentator tłumaczy, że miejsce wybrano nieprzypadkowo, tutaj w 1807 roku, a więc 110 lat temu urodził się Giuseppe Garibaldi, postać na trwale związana z historią obydwu krajów. W siódmej minucie Gimenez strzela bramkę  samobójczą.

Podobno to samice są wielkie i nie gryzą, skąd więc ta zaciekłość, od do, żądza krwi, bezgłośne uderzenia w szybę. Najpierw ekran przedzielony zostaje na pół, a zaraz potem lewa strona (Włochy) ulega erozji (prążki, falowanie), co najprawdopodobniej ma związek z burzą poza granicami kraju, na którą nie mamy wpływu.

Biel przechodzi w szarość, są teraz mniej widoczne, jakby wyblakły, już się nie odcinają, ich zaangażowanie nie uległo zmianie, nadal wykazują aktywność. Belotti już na ławce, w ogóle nie wygląda na piłkarza, Italienischer Zweitligameister jak podaje Transfermarkt, wartość rynkowa 30 mln euro.

Poruszają się jak zaprogramowane, ich ruchy ograniczone do ściśle wyznaczonych stref przestrzeni dałoby się z pewnością opisać w dwóch, trzech linijkach kodu. Jestem po siódemce Fargo, jak na razie najlepszy odcinek (mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni), jestem po ósemce Better Call Saul, czeka na mnie Twin Peaks, leżę na podłodze przy kaloryferze. W pięćdziesiątej ósmej minucie wchodzi Bernardeschi.

 

1476475227036380000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

oddech

Szczególnie w taką noc, kiedy napływ świeżego powietrza ze wschodu sprawia, że siedząc na balkonowej ławeczce, paląc, dopalając, nie widzę nic prócz rozżarzonego ognika papierosa przemieszczającego się w górę i w dół siłą mojej woli, nabieram pewności, iż gdzieś tam, po lewej stronie twarzy mam morze.

W końcu to tylko kwestia dobrze znanych rekwizytów; wymiennych, zmieniających swoje położenie w zależności od miejsca przebywania, wspomnień, wyobrażeń, mających moc nadawania bezsensów, nieistotności. Morze, które czeka, nie szumi. Wystarcza mi, że jest gdzieś tam po lewej stronie twarzy: ciemne, spokojne, ciche.
W końcu to tylko kwestia rekwizytów i zmiennych losowych, sytuacji i usytuowań, kwestia przypadku, natury i okoliczności. Kwestia umowności.

Istnienie morza potwierdzone wielokrotnym powtórzeniem słowa morze, zatwierdzone przez aklamację, przypieczętowane kilkukrotnym skinieniem głowy. Szczególnie tutaj, nad morzem, siedząc na balkonowej ławeczce, podążając wzrokiem, przytakując, ćmiąc, odbieram spokojnie spodziewany przypływ przymiotników i imiesłowów, nie próbując się ich pozbyć, a moja bezradność wydaje się być przez chwilę usprawiedliwiona.