8015687004359600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Polski napastnik opowiedział również, jak o mało nie zostałby piłkarzem Blackburn. Mógł tam trafić zamiast do Borussii Dortmund, co mogłoby zupełnie inaczej ukierunkować jego karierę. – Nie mogłem lecieć do Blackburn z powodu wybuchu wulkanu (Eyjafjallajokull – przyp. red), ale chciałem tam polecieć, aby zobaczyć co to za klub, bo nie wiedziałem, dokąd się wybieram. Gdybym tam poleciał, zdecydowałbym, który klub był dla mnie najlepszy. Nie mogłem polecieć, ale i tak muszę przyznać, że Blackburn było moim zespołem drugiego wyboru. Ale może gdybym zobaczył miejsca, stadion, porozmawiał z ludźmi, stałby się pierwszym – wspomina Lewandowski”.

 


Początkowo planowałem pozostawić bez komentarza, lecz w porę pomyślałem sobie, że jak zwykle nie zostanę zrozumiany. Otóż jest w tym jakieś piękno, harmonia, dostrzegamy (jeśli tylko potrafimy dostrzec) magiczną moc przypadku, ingerencję brutalnych sił natury w zaplanowane, konsekwentne WYSTARCZY!

Aha, i ten cudowny (mimo że bez kropek) przyp. red.

Reklamy

722774046296497000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

nie na temat, a jednak, a jakże

 

Wszędzie, w którąkolwiek stronę nie obrócimy głowy, napotykamy na tak zwane ślady działalności człowieka, dokądkolwiek byśmy nie poszli, polecieli, pojechali, natychmiast zobaczymy wykarczowane, zabazgrane, zabajone.

Dlatego właśnie musimy być sami, żeby zrozumieć siebie. Musimy pozostawać samotni, by nie dopuścić do zafałszowań. Każdy kontakt jest dla nas kontaktem zabójczym, odwraca naszą uwagę, odciąga nasze myśli w przeciwną stronę; pochylamy się, by lepiej słyszeć, przekrzywiamy głowę, by lepiej widzieć, za każdym razem przybierając nienaturalną pozycję.

 

(chcę mówić inaczej. muszę mówić inaczej – inaczej nigdy nie dotrę do prawdy. powinienem na przykład posługiwać się rozbudowanymi zdaniami; długimi, obojętnymi, najpierw podmiot, potem orzeczenie, następnie wiele, zbyt wiele następujących po sobie dopełnień

coraz bardziej wyraźne, wyraziste, kleiste ślady obłędu. obłęd wsączający się we mnie powoli, niepostrzeżenie, jednakże pozostawiający bardzo wyraźne ślady; źle rokujące dwukropki, półpłynne przecinki, plamy, plamki opadowe, których wcześniej nie dostrzegałem, nie potrafiłem, czy też nie chciałem dostrzec)

 

276075119498972000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

UFO

kiedy w cudzym wierszu przeczytałem jestem kurewsko zmęczony
wtedy to jestem kurewsko zmęczony spodobało mi się tak bardzo
że natychmiast postanowiłem je zapomnieć

postanowiłem natychmiast zapomnieć jestem kurewsko zmęczony
by w przyszłości w chwili zapomnienia
jestem kurewsko zmęczony z cudzego wiersza
nie wylądowało w moim

 

cięcie

księżyc ma usta i oczy rozstawione prawidłowo
łatwo rozpoznać co gdzie i jak

i kiedy wpatruję się w niego
po raz nie wiedzieć który
przychodzi rozpacz

 

cykl rozwojowy

ryby
zbierają się
by je patroszyć

 

 

 

170623807298553000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Gromadzi cudze fotografie, cudze, ale tylko do pewnego stopnia, właściwie rzecz ujmując, jest to cudzość już przeżyta, cudzość oswojona. No tak. Już gdzieś to kiedyś widział. Musiało mu się przecież rzucić wcześniej w oczy… Ulica w Skopje albo w Berlinie, ale dla niego jest to Sienna lub Górczewska, obrazy wywołujące z pamięci inne obrazy; opuszczone place zabaw, odrapane filary wiaduktów, huśtawki, windy, śmieci, garaże, przytulne blokowiska, plaże jak tamte plaże, psy przypominające mu inne psy biegnące ukosem, żółte trawniki, balkony, twarze, przejścia pod ścianami.
Pragnął nie zapominać. Pragnął zgromadzić wszystko.

105451312200418000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

paluszki

 

Późną nocą kompulsywne przeglądanie portali. Wyposażony w dzban kawy, herbatniki i paluszki podążam za największymi bzdurami, które (taką mam nadzieję) doprowadzą mnie do świtu. Przeszedłem przez gąszcz testów. Przeprawiłem się przez morze quizów. Ściągnąłem nawet skarpetkę, tylko po to by przekonać się, co kształt prawej stopy zdradza na temat mojej osobowości.

 

„Płomienna stopa” albo „stopa Greka” – tak bywają określane stopy u ludzi, których drugi palec jest najdłuższy. Posiadacze tego typu stóp bywają impulsywni i wybuchowi. Nie oznacza to oczywiście, że trzeba chodzić wokół nich na paluszkach. Należy jednak mieć na uwadze, że to ich cecha charakteru i przesadnie nie brać sobie do serca ich kąśliwych uwag.

40278817102283400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nocne aberracje. Nie mogąc zasnąć, wsłuchuję się w przekaz najlepiej słyszalnej rozgłośni. Spośród językowych dróżek i rozwidleń, zadziwiających mnie już od najwcześniejszego dzieciństwa zniewalających określeń i porównań, wybieram te najbardziej pokrętne, najmroczniejsze, i podążam za nimi w wyobraźni, z nadzieją, że sama ta czynność umęczy mnie do tego stopnia, iż w końcu utracę świadomość i usnę. Wybieram zagajniki, zagumnia, zarośla. Wybieram bifurkację.
Badając w ten sposób gdzie leżą kresy tego prastarego świata (Wiciu), z czasem sam już nie wiem, czy nie śpię dlatego, że się wsłuchuję, czy wsłuchuję się dlatego, że nie mogę zasnąć. Słowo klucz: lilija.

link

15385139106431700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

brzytwa Ochmonka

.

Za dużo go tutaj, kiedy tam nie ma go wcale. Jakby chciał temu nieustannie zaprzeczać, jakby mogło pomóc. Chwyta się tego, jak ostatniej brzytwy ratunku.


„Wszystko, co zostało powiedziane, okazuje się od razu, czy nieco później, bez sensu, to wszakże nie żadna zbrodnia, powiedział, jeśli mówi się o tym z przekonaniem, z najbardziej niewiarygodną zapalczywością, do jakiej jesteśmy zdolni. To, co myślimy, chcemy też powiedzieć, powiedział Reger, i w gruncie rzeczy nie zaznamy spokoju, dopóki tego nie powiemy, kiedy milczymy, dusimy się tym. Ludzkość dawno by się już udusiła, gdyby musiała przemilczać pomyślany na przestrzeni jej historii bezsens, każdy, kto zbyt długo milczy, dusi się tym, również ludzkość nie może zbyt długo milczeć, wtedy bowiem dusi się, nawet jeśli bez sensu jest wszystko, co wymyśli pojedynczy człowiek, co wymyśli ludzkość, jak również to, co pojedynczy człowiek kiedykolwiek w życiu wymyślił, to, co ludzkość kiedykolwiek wymyśliła”.

Thomas Bernhard, Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

3631938672408250000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Musisz mieć swoje wiadro

 

Zranił go pierwszy pokój. Pierwsze mieszkanie wbiło mu nóż w plecy i obracało. Myśli o tym.
Właśnie z tego, jak również z kilku innych powodów, nie powinien był pojawiać się na tej kolacji. Nic już go z nimi nie łączy. To też.

Uwiązania, rozwiązania, stopnie, podróże, pozycje, pozy przeplatane uśmieszkami i wznoszeniem toastów. Mówią o paradygmatach, pielęgnują swoje mikrofaszyzmy rzucając na prawo i lewo nazwiskami.

Jednak najbardziej irytuje go on. Siedzi po drugiej stronie, aktywnie uczestniczy w rozmowie, od czasu do czasu posyłając mu ironiczne spojrzenie. W pewnym momencie ma go już serdecznie dość, tak bardzo, że proponuje zabawę – powoli, nie tracąc go z oczu, obniża swoją pozycję na krześle, następnie klęka. Teraz jedynie głowa wystaje ponad krawędź stołu.

On bez wahania robi tak samo.

Najpierw lewą, potem prawą nogę wkłada do wiadra. On postępuje podobnie, nie przestając się przy tym uśmiechać.  – I co teraz? – pyta.

– Zjedziemy. W korytarze.

– Korytarze?

– Korytarze, piramidy, linie powietrzne, co chcesz.

Nie czekając na niego, konsekwentnie postępuje dalej według swoich zasad – i już zaczyna stąd zjeżdżać przez dywany, podłogi i piętra.

Po upływie kilkunastu minut zauważa go znowu. Uśmiechnięty od ucha do ucha zjeżdża tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki, nie tracąc przy tym rezonu. Jest jak złośliwy kot.

 

Na dole, w katakumbach, wydobywa nogi z wiadra, odwraca się na pięcie, robi pięć kroków, zatrzymuje… i bardzo dobrze wiedząc o tym, że on również wykonał identyczne czynności, błyskawicznie zawraca i wskakuje do jego wiadra.

On się waha. Po raz pierwszy się waha.
Jest zdezorientowany.

– I co teraz?

– Musisz mieć swoje wiadro.

– Swoje?

– Właśnie to. Żadne inne nie wchodzi w rachubę.

– Ale… dlaczego?

– To proste. Jeśli nie chcesz znaleźć się w Azji albo Australii, musisz mieć swoje wiadro.

Unosi się teraz powoli, pozostawiając go tam w dole; wytrąconego z równowagi, oniemiałego. Dopiero kiedy jest na wysokości pierwszego piętra, do jego uszu dochodzi rozpaczliwy głos:  – A ty?

– Mnie jest wszystko jedno.