139423224561698000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wszystko, co napisałem, nie mieściło się w głowie.

Reklamy

86168291600238300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

rozważanie o włosach, czyli wstydźmy się

 

Co takiego śmieszyć będzie człowieka przyszłości na odnalezionych fotografiach i filmach, czyli całym tym tak zwanym dziedzictwie wizualnym pozostałym po nas i po naszych czasach? Zakładamy naturalnie (i na pewno nazbyt optymistycznie), że będzie to jeszcze człowiek, że nie będzie to coś bardziej odcieleśnionego i odhumanizowanego, i że w tak zwanym międzyczasie nie spełni się żadna z mrocznych przepowiedni Hawkinga. No więc, co takiego wzbudzać będzie uśmiech politowania na twarzy (jeśli będzie to jeszcze twarz) naszego odpowiednika patrzącego na nas za, powiedzmy, kilkaset lat?
Otóż będzie to owłosienie głowy, w skrócie mówiąc włosy.

No tak. W takim samym stopniu, w jakim nas śmieszą dzisiaj stare filmy i fotografie, wszystkie te wąsiska, cylindry, ortaliony tudzież krynolina, owego człowieka przyszłości śmieszyć będą (jeśli potrafił będzie się jeszcze śmiać) właśnie nasze włosy. Nasze włosy, czyli układane z niewytłumaczalną pieczołowitością i niesamowitym oddaniem, co więcej bezwstydnie eksponowane oraz szczegółowo omawiane, szczątkowe owłosienie głowy upodobniające nas ni mniej, ni więcej, tylko właśnie w prostej linii do małp.

link

32913358638779000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Przypomniałem sobie (tego nie mówiłem), że jako dzieciak wolałem rozrzucone. Lubiłem żółty piach i pozostawione w nieładzie płyty chodnikowe (obietnica wiecznej zabawy). Potem to tracimy, wolimy uporządkowane, solidne i na miejscu. To naturalnie banalne spostrzeżenie, ale dopiero wczoraj przyszło mi do głowy.

Przypomniałem sobie również, że bardzo chciałem być poetą. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, iż prawdziwy poeta powinien własnoręcznie wytatuować sobie na ciele swój pierwszy wiersz, by już do końca życia pamiętać jak bardzo bolą słowa i jak szybko się dezaktualizują.

20341574322680400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Klon, Ukrop, Urwis Żółw

 

Zawdzięczam odkrycie Tydelii połączeniu fotografowania i internetu. Fotografowanie zaniepokoiło mnie podczas głębokiego snu w altanie w ogrodzie należącym do mojego najlepszego przyjaciela, którego inicjały postanowiłem zachować dla siebie, internet towarzyszył mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Ów pozbawiony inicjałów przyjaciel, który owego upalnego popołudnia zajęty był przeglądaniem rodzinnego albumu, zauważył podczas mego snu, że niemal na każdej grupowej fotografii chowam się za plecami stojącej przede mną osoby, zaś ja, tuż po przebudzeniu, dokładnie zrelacjonowałem mu swój sen, w którym na próżno usiłował przepołowić skorupę ogromnego, odznaczającego się niezwykłym poczuciem humoru żółwia – za każdym razem, gdy zbliżał się do niego z piłą spalinową, żółw ów wykonywał zręczny unik, co więcej, za pomocą smartfona robił mojemu przyjacielowi kompromitujące zdjęcie, po czym od razu wrzucał je na facebooka. Podczas gwałtownej wymiany zdań, która zaraz potem nastąpiła, obaj doszliśmy do wniosku, że syrop klonowy bywa wstrętny.

Następnego dnia mój pozbawiony inicjałów przyjaciel zadzwonił do mnie z Buenos Aires. Powiedział, że ma przed oczyma zdanie, na które natrafił przypadkowo w archiwum internetu, znajdując się dokładnie nad Oceanem Atlantyckim. Zdanie owo brzmiało: „Zabija się człowieka, każąc mu pozować do fotografii”. Powiedziałem mu, zgodnie z prawdą, że chętnie zobaczyłbym to zdanie. Kilka lat później podesłał mi link. W taki oto sposób dotarłem w końcu do Tydelii.

7769790006581780000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

… pomysł na niesamowicie krótką powieść z narracją trzecioosobową pod roboczym tytułem „Kronika taka Patataka” wprowadzającą ewentualnego czytelnika (ewentualnie czytelniczkę) w błąd przy nieuważnej/dość pobieżnej lekturze. Już na początku pierwszego rozdziału głównemu bohaterowi ucieka z mieszkania czarny kot. Rwana akcja plus nielogiczność wątków w dalszych rozdziałach, drobne przesunięcia akcentów, niedwuznaczne sugerowanie umaszczenia (rozsypane rodzynki, przecenione pomarańcze, rdza, itp.), wszystko to sprawia, że gdy w ostatnim rozdziale wraca do autora nie kot, a pies, do tego rudy i to z naderwanym uchem, ewentualny czytelnik/czytelniczka niczego nie zauważa.

4801994309516810000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kanały cierpienia

 

Całkowite odcięcie od kanałów informacyjnych. Koncentracja wyłącznie na tumblrze, na żmudnie wyselekcjonowanych, zindywidualizowanych, dobranych pracochłonną metodą prób i błędów kanalikach tumblrowych, dostarczających codziennej, nieirytującej, miłej jego sercu, a tym samym odpowiedniej (na odpowiednim poziomie), łatwostrawnej tumblrowej strawy dla jego przemęczonego mózgu. Blokada informacyjna nałożona w pierwszej kolejności na ogólnopolskie, a następnie, konsekwentnie, na ogólnoświatowe kanały informacyjne uniemożliwiająca dalsze szarganie jego zszarganych nerwów. Uświadomienie sobie w decydującym, a tym samym ocalającym momencie powagi zagrożenia tj. zgubnego wpływu wywieranego na jego układ nerwowy (plus odpornościowy) przez żądnego sensacji, wygadanego, posiadającego własną opinię na każdy temat, a tym samym nienawistnego mu pod każdym względem, w pierwszej kolejności czysto polskiego, w drugiej zaś światowego, nadawco-odbiorcę. Wejście do internetu traktowane odtąd jako wejście do tumblra, nigdzie więcej. Tumblrowe poranki i tumblrowe popołudnia. Tumblrowe wieczory. Tumblrowe noce.

2967795697064970000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

postuj, klękaj

 

„Pragnienie jest zawsze pragnieniem, by pragnąć, pragnieniem, które nigdy nie zostaje zaspokojone, pragnieniem jouissance, której nigdy nie da się osiągnąć.

(…)

Podmiot grzęźnie w nieskończonym powtarzaniu tej samej czynności wciąż od nowa, gdyż to ona właśnie dostarcza mu przyjemności. Postuj. Postuj. Postuj. Klikaj. Klikaj. Klikaj”.

1834198612451840000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

anty gone

.

Trzeba uważać kogo się kocha już wszystko w porządku
pyta siostra a on odpowiada po raz ostatni być może
żonkile być może otuliny wszystko zależy od

Na tamtej ścieżce w cieniu gdzie zarasta pod spodem
podnosisz kamień i widzisz tego mrowie a jeszcze
deszczułki pustaki a cegły a słoje

 


wiem, nadużywam wyrazu wszystko, ale nic na to nie poradzę (zignoruj)

1133597084613130000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dla chłopaka

 

Przypomniałem sobie teraz tamto zimowe popołudnie w kanciapie z dykty służącej nam, pracownikom i pracowniczkom pewnej tak zwanej firmy, za miejsce spożywania posiłków stanowiących, by tak rzec, odskocznię od koszmaru. W środku duszno i parno, trzy stoliki na krzyż, widok na błoto pośniegowe za oknem, a mimo to, paradoksalnie, miejsce to było jedynym miejscem w całym budynku zapewniającym nam chwilowe wytchnienie o tego, co działo się na górze bez naszego udziału. Na górze, na pierwszym i drugim piętrze zaczynała już sprawnie jazgotać machina consultingowa, po korytarzach kręciły się jakieś obce, pełne pustej energii i obojętności ludzie, fruwały papiery, trzaskały drzwi, rzęziły kserokopiarki. U Madzi było inaczej. Mimo że zestaw ciągle ten sam, żadnych frykasów i dewolajów, raczej batony, sałatka dnia, kanapka z serem na zimno albo to samo z wędliną, to czuliśmy się tam przez chwilę syci i potrzebni.

Siedziałem nad sałatką, kiedy się przysiadł. Nie znałem go. To znaczy znałem, ale tylko z widzenia. Pracował w innym dziale, mijaliśmy się dotąd bez słowa, był chyba w tym samym wieku i nie wiem dlaczego, lecz wiedział, że go wysłucham. Jakże się mylił!

Nie potrafiłem słuchać… Może dlatego, że zaczął od Raz, Dwa, Trzy, od tego, że wyszła ich nowa płyta, a ja nie słuchałem Raz, Dwa, Trzy, byłem właśnie w okresie janerkowo-świetlikowym i teksty Raz, Dwa, Trzy wydawały mi się przy tym pretensjonalne, sentymentalne, nie warte zachodu, a może dlatego, że wiedziałem, iż nie pójdę na pierwszy ogień, zbywałem jego fascynację Raz, Dwa, Trzy okazjonalną wyniosłością. Dopiero gdy zaczął analizować sytuację w firmie, mówić z jakże mi bliskim, ironiczno-gorzkim dystansem o tym, że zaraz wyleci, że cokolwiek by teraz nie zrobił, to jego nowa kierowniczka wyśmieje go lub wyrzuci to zaraz do kosza, że pozostało mu już tylko siedzieć i patrzeć tępo w monitor, że gdy wraca do domu, to pierwsze co robi, to słucha (chociaż wie, że nie podzielam jego fascynacji) Raz, Dwa, Trzy, dopiero wtedy zrozumiałem, że jest do mnie bardzo podobny, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi. Ale wtedy, choć tego jeszcze nie wiedziałem, było już za późno.

Patrząc z perspektywy czasu okazałem się chamem.
Wybacz mi chłopaku. Chciałbym cię mocno przytulić. Teraz wiem, że nie wolno zbywać cudzych gustów.

link

267605971064280000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

ziarno

 

Pewien człowiek bez skazy, lat 59, pracownik wielu instytutów, bogobojny i sumienny, który w swoim życiu kierował się zawsze ale to zawsze zasadami, obudził się obok żony zlany potem. Po raz drugi w tym tygodniu przyśniła mu się jego pierwsza miłość.

I znowu śniła mu się oddalona przez swe kompetencje, tym razem pianistyczne, oto była wybitną wirtuozką ćwiczącą po wiele godzin dziennie; to granie, wygrywanie, nieustanne powtarzanie skomplikowanych melodii pochłaniało ją całkowicie, i opowiadał mu o tym jeden z nielubianych pracowników, a on żałował, iż ją niegdyś utracił, nie dorastam jej do pięt, myślał we śnie i przypominał sobie z rozrzewnieniem jej piękne chropowate pięty. Zapis nutowy oglądany zza jej pleców wydawał się być upstrzony ptasimi odchodami.

Następnego wieczoru, kiedy po całodniowym namyśle postanowił w końcu zwierzyć się żonie ze swego zboczenia, ta, w ramach rewanżu za szczerość, zaoferowała się wymasować mu plecy.

Podczas tego zabiegu wykryła na jego plecach umieszczony dokładnie na linii kręgosłupa, ściśle mówiąc na odcinku lędźwiowym, niepokojący ni to pieprzyk, ni czyrak, znamię wielkości ziarnka grochu o żółtawym zabarwieniu. Po dokładnych (uwzględniających macanie, ściskanie, ugniatanie, itp.) oględzinach, zaczęła zastanawiać się głośno nad jego pochodzeniem, rozważała na głos wszystkie za i przeciw, tworzyła rozbudowane opowieści, historiozofie, a nawet teorie spiskowe dotyczące tego kuriozum. Raz był to nieusunięty w porę kleszcz (zamierzała nawet, ku jego zgorszeniu, zabrać się zaraz za jego usuwanie), raz początkowe stadium raka, a raz (ta teoria najbardziej przypadła mu do gustu) było to tajemne połączenie a la Twin Peaks, kontakt, gniazdko, punkt wejściowy, do którego w trakcie snu podłączana była przez Obcych skomplikowana aparatura szpiegowska.

 

165389585710146000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

ryba
..

Diagnoza postawiona na głowie, powiedziałem bez przekonania, bo w głębi ducha przyznałem mu rację. Dłoń prostująca roślinkę widziana od wewnątrz. Bodźce dotykowe, które teraz odbierał, dodawały mu pewności. Odwrócił się nagle i uśmiechnął: – Musimy się rozumieć.

Kilka dni temu widziałem w telewizji rybę* z przeźroczystą głową. Przyjazny głos lektorki informował rzeczowo o unikalnej w świecie organizmów żywych umiejętności – jej oczy – mówiła – spoglądają na świat poprzez ścianę czaszki.

 


*Macropina microstoma to ryba, której mózg zdaje się świecić w ciemnościach, a jej głowę badacze porównują do kabiny współczesnego samolotu. Zagadką od ponad 70. lat, czyli od momentu jej odkrycia, są oczy tej ryby, które do niedawna porównywano do skierowanych w górę luf.
Jednak, jak się teraz okazało, ciemne plamki na jej pyszczku to narządy węchu, natomiast oczy skrywa przezroczysta, wypełniona płynem osłona. Według najnowszych badań ryba ta potrafi zmieniać kąt patrzenia o 90 stopni, co pozwala jej widzieć zarówno połykane pożywienie, jak też patrzeć bezpośrednio w górę. W związku z tym, że jej naturalnym środowiskiem są głębokości od 600 do 800 metrów, zgłębienie tego sekretu było niemożliwe, gdyż z racji różnicy ciśnienia organy, interesujące badaczy, były uszkadzane w momencie wyciągnięcia jej na powierzchnię.
http://www.national-geographic.pl/aktualnosci/ryba-z-przezroczysta-glowa

 

63173200356011900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Czas był wypełniony niesamowitością i niepoczytalnością, a także nieustanną potwornością i niewiarygodnością. Montaigne pisze, że to bardzo bolesne doświadczenie, musieć przebywać w miejscu, w którym obchodzi nas i dotyczy wszystko, co ogarniamy wzrokiem. I dalej: moja dusza była poruszona, tworzyłem sobie własną opinię o otoczeniu i próbowałem uporać się z nią bez pomocy obcych ludzi. Jednym z moich przeświadczeń było, że prawda w żadnym wypadku nie może ulegać przymusowi i przemocy. I dalej: pragnę dać się poznać i jest mi obojętne, do jakiego stopnia, jeśli tylko to się naprawdę dzieje. I dalej: nie ma niczego trudniejszego, ale też niczego bardziej pożytecznego niż autoopis. Należy badać samego siebie, rozkazywać sobie i stawiać się na właściwym miejscu. Zawsze jestem na to gotów, gdyż zawsze opisuję siebie, a nie opisuję własnych czynów, tylko własną istotę. I dalej: pewne sprawy, których ujawniania zabraniają przyzwoitość i rozsądek, podawałem do wiadomości otoczenia dla nauczki. I dalej: uczyniłem swoją zasadą mówienie wszystkiego, co ośmielam się powiedzieć, zatem wyjawiam nawet myśli, których właściwie nie można upublicznić. I dalej: jeśli chcę siebie poznać, to dlatego, abym poznał, jaki jestem naprawdę, dokonuję więc krytycznej analizy na swój temat”.

Thomas Bernhard, Autobiografie, przeł. S. Lisiecka