22308937193354600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dwa cytaty i wierszyk stary  

 

Podobno Ludwig Wittgenstein pytany przez gospodynię, u której wynajął kwaterę, jakiego rodzaju posiłków sobie życzy, odparł: Wszystko jedno co, byle zawsze to samo. Otóż dla mnie jest to matka wszystkich porzekadeł, aforyzm aforyzmów, bezcenna wskazówka i nigdy niespełnione marzenie. Obecnie też jedyne mi znane i jedyne dla mnie zrozumiałe zdanie Wittgensteina.

Nie zawsze tak było. Dwa, a może trzy lata temu nie bez konsternacji odkryłem w domowej bibliotece egzemplarz Traktatu logiczno-filozoficznego, pierwsze polskie wydanie z roku 1970. Już sam fakt, że książkę tę wtedy kupiłem, jest dziwny, dalej jeszcze większa makabra. Otóż kartkując, uświadomiłem sobie, że musiałem wówczas rzecz od dechy do dechy przeczytać, i to – o zgrozo zupełna – nie tylko z pełnym zrozumieniem, ale i z ostrym polemicznym nastawieniem. Książka roi się od buńczucznych podkreśleń, wykrzykników, znaków zapytania, licznych to pochwalnych, to kąśliwych, zawsze pełnych najwyższego merytoryzmu uwag na marginesie – dajcie spokój. Kołakowski – i to sędziwy Kołakowski! – z niepokojem wyznawał, że w sumie nie bardzo wie, o co temu filozofowi chodzi, a ja w wieku dziewiętnastu lat nie tylko wiedziałem, ale do napisania jakiegoś, bo ja wiem, Anty-Wittgensteina byłem wręcz gotów. Ach młodość! Co to jest młodość? To jest stan, w którym człowiek jest pewien, że rozumie Wittgensteina. Jeśli da się z tamtych przygód tego rodzaju definicję wysnuć – i tak pół biedy.

Natomiast żeby zawsze było tak samo, może niekoniecznie wszystko jedno, jak tak samo, ale żeby zawsze w określony, a nawet w określenie identyczny sposób było tak samo – to jest mój egzystencjalny ideał, to jest w moim najgłębszym przekonaniu jedyny sposób na życie, na grozę życia, na przetrwanie życia, kto wie, może i na wieczność.

Jerzy Pilch Dziennik

 

Największą wagę przykłada zawsze do tego, powiedział kiedyś mimochodem Ferber, żeby w jego pracowni nic się nie zmieniało, żeby wszystko pozostało tak, jak było przedtem, jak sobie to urządził, jak jest teraz, i żeby nie przybywało nic prócz odpadków, które nazbierają się przy pracy nad obrazami, oraz kurzu, który nieustannie osiada, a dla niego, jak z wolna się przekonuje, jest właściwie najdroższą rzeczą na świecie. Kurz, mówi Ferber, jest mu o wiele bliższy niż światło, powietrze i woda. Nic nie jest mu tak nienawistne jak dom, w którym ściera się kurze, i nigdzie nie czuje się tak dobrze jak tam, gdzie rzeczy mogą spokojnie i w ciszy spoczywać pod aksamitnym osadem, powstającym, gdy materia powolutku rozpada się w nicość.

W.G. Sebald Wyjechali, przeł. M. Łukasiewicz

 

TAK SAMO

tak samo

na ławce i na oddalonej ławce

w innym pomieszczeniu

na przykład klatka

wypełniona po brzegi schodami

pośród jednego z innych krajobrazów

na przykład piasek

rozorany deszczem

jeszcze inaczej parno

niedziela

tak samo

tak bardzo samo

137876814383798000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000X0000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Często sami na sobie czynimy przecież taką obserwację, że musimy zostać w jakimś pokoju (w dowolnym pomieszczeniu x), jakbyśmy byli do tego pokoju (do dowolnego pomieszczenia x) przykuci, ponieważ nie możemy tego pokoju (czyli tego pomieszczenia), opuścić ze zdenerwowania.

Thomas Bernhard Chodzenie, przeł. Sława Lisiecka

 

Ukrywam się w swoim pokoju coraz bardziej i bardziej jak w sali szpitalnej. Zawsze zresztą traktowałem swój pokój jako salę szpitalną. W tym pokoju zażywałem wszystkiego, jedzenia, czytania, myślenia, przyjmowanego zawsze jako lekarstwo – płyny uczuciowe, płyny duchowe, tabletki filozoficzne. Nieuleczalność, stan, który trwa dziesięć lat, tak długo mam już świadomość tego stanu, areligijna choroba dziedziczna, powiedział książę.

Thomas Bernhard Zaburzenie, przeł. Sława Lisiecka

 

Muszę przyznać, że od czasu do czasu czuję się w tym mieszkaniu jak w więzieniu, powiedziałem sam do siebie, i chodzę po nim tam i z powrotem, jak się chodzi tam i z powrotem w prawdziwym więzieniu. Często też nazywam to mieszkanie swoim więzieniem intelektualnym, ale tylko sam przed sobą, przed nikim więcej, żeby nie podejrzewano mnie o szaleństwo, gdyż nazywanie mieszkania więzieniem intelektualnym może przyjść do głowy tylko szaleńcowi, pomyśleliby sobie z pewnością.

Thomas Bernhard Wymazywanie, przeł. Sława Lisiecka