84787475302008800000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

podwójne sito

 

Staram się jak najmniej pisać od kiedy zauważyłem, że Thomas mnie zdradza. Jak już wcześniej gdzieś tam wspomniałem wszelkie wpisy na tym blogu zatwierdza osobiście Thomas Bernhard z Moich nagród. Za każdym razem, zanim nacisnę publikuj, zasięgam jego opinii – i niemal zawsze, za każdym razem, jest to opinia pozytywna.

A wygląda to mniej więcej tak; napiszę coś, zerkam na twarz Thomasa z Moich nagród, na twarzy Thomasa dostrzegam charakterystyczny, niepodrabialny uśmieszek dumnej akceptacji, publikuję.

Tak było. Do tej pory.

Jednak kilka dni temu, przeglądając moje wpisy, zauważyłem, że to nie funkcjonuje. Bynajmniej nie tak, jakbym ja sobie tego życzył.

 

Dlatego dzisiaj, na biurku, tuż obok Moich nagród, ustawiłem sobie tyłem Czuję. Zawrót głowy. Od dzisiaj każdy wpis na tym blogu przechodził będzie podwójną weryfikację. Już nie tylko Thomas z jego, nie oszukujmy się, zakulisowym pokpiwaniem z moich wpisów, który wszystko przepuszcza, lecz również W.G. Sebald, pisarz, z którego zdaniem bardzo się liczę  (Sebald to taki Bernhard, tylko bez poczucia humoru, co niewątpliwie stanowi o jego przewadze).

Od dzisiaj każdy wpis, zanim pojawi na tym blogu, zderzyć się będzie musiał z niezwykle surowym obliczem W.G. Sebalda z okładki Czuję. Zawrót głowy. Z jego krytycznym spojrzeniem.

Reklamy

7645281878642070000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

88

 

Ten spacer, powiedział książę, był znów jednym z ulubionych przeze mnie spacerów bez słów. Podczas takich spacerów nie wolno, co jest samo przez się zrozumiałe, drogi doktorze, wyrzec słowa. Kto nie dochowa zasady, zabraniającej na takim spacerze wyrzec bodaj słowo, tego w przyszłości na zawsze wykluczam z takich spacerów bez słów.

Thomas Bernhard  Zaburzenie, przeł. Sława Lisiecka

426056956614766000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

praktyki religijne

 

Refleksja na dziś: czytanie Bernharda jest (i zawsze już będzie) moją codzienną modlitwą.

„Siedziałem na ławce i przyglądałem się wiewiórkom, które śmigały w tę i z powrotem po całym olbrzymim i, jak się wydawało z mojej perspektywy, bezkresnym parku, to wskakując na drzewa, to z nich zeskakując, jak się wydawało, pochłonięte bez reszty jedną tylko pasją, chwytały porozrzucane po całym terenie papierowe chusteczki, pozostawione przez pacjentów chorych na płuca, i uganiały się z nimi po drzewach. Po całym terenie ganiały z papierowymi chusteczkami w zębach, każda w innym kierunku, aż w zapadającym zmroku można było dostrzec tylko i wyłącznie latające w tę i z powrotem białe punkciki papierowych chusteczek, trzymanych przez nie w zębach”.

Thomas Bernhard Bratanek Wittgensteina, przeł. Marek Kędzierski

 

PS
Zawsze pragnąłem czytać Go w oryginale, ale nigdy, mimo podejmowanych wielokrotnie prób, nie opanowałem, i chyba nigdy już nie zdołam opanować, niemieckiego.

1323171012053240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„(…) próbowałem zbadać, jak mocna jest rzeczywiście pamięć Höllera, wprawdzie wyobrażałem sobie, że pamięć Höllera była równie mocna i klarowna jak moja, Höller był jednak całkowicie innym człowiekiem niż ja, a u dwóch ludzi nic nie jest jednakowe, zacząłem więc, świadomy tego, przypominać mu szczegóły naszej wspólnej drogi do szkoły, najpierw wspominając występy skalne, charakterystyczne, rzucające się natychmiast w oczy występy skalne, następnie mniej rzucające się w oczy, mniej charakterystyczne, zapachy w określonych miejscach, zapachy roślin, zapachy ziemi, drogę do szkoły charakteryzowały bowiem ciągłe zmiany zapachu ziemi, zapachy kamienia i zapachy roślin, przypominałem gniazda określonych ptaków, gromady, gatunki ptaków, w ogóle próbowałem przebadać zasoby pamięci Höllera, przypominałem różne przedmioty, na przykład leżące na dnie Aurach wraki rowerów, wszelkie żelastwo, puszki od konserw, koła młyńskie, powrzucane tam przez rozmaitych ludzi, które jeszcze doskonale zachowałem w pamięci, wypytywałem go o to, o czym, raz często, raz rzadziej, mówiłem w drodze do szkoły, dotyczącym wszystkich możliwych spraw, także o to, o czym mówił Roithamer, o nieoczekiwane spotkania w drodze do szkoły, na przykład w przewężeniu Aurach, gdzie wcześniej, w czasach, kiedy chodziliśmy do szkoły gminnej, obozowali Cyganie, których się baliśmy, ponieważ ludzie mówili, że Cyganie porywają dzieci, im więcej dzieci, tym lepiej, o dziwnych mirażach w powietrzu, odbiciach na trawie, a przede wszystkim na nadbrzeżnej skarpie, o osobliwościach kory drzew, o osobliwym, charakterystycznym zwłaszcza na naszej drodze do szkoły wzdłuż rzeki Aurach zachowaniu zwierząt, pytałem, czy pamięta jeszcze, jak razem z nim i Roithamerem między pniami drzew odkryłem raz dwanaście zmarzniętych na śmierć saren, a potem wszystkie je ułożyłem, jedną na drugiej, w stos, o tym, jak nagle w połowie drogi między moim domem a szkołą postanowiliśmy iść na wagary i zamiast do szkoły zeszliśmy do opuszczonego młyna, który stał tam, gdzie dzisiaj straszy olbrzymia dziura, jak lej po bombie, porośnięta trawą, i w ogóle, czy przypomina sobie na drodze do szkoły szczegóły związane z wojną, i lęk, który w tym czasie zawsze nam towarzyszył, i stwierdziłem, że Höller przypomina sobie wszystko lub prawie wszystko to, co ja sam sobie przypominałem”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

6648932669220870000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Zawsze nienawidziłem ludzkich zbiorowisk, przez całe życie ich unikałem, ze względu na nienawiść do mas nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w jakimkolwiek ludzkim zgromadzeniu, tak samo zresztą jak Regerowi, niczego nienawidzę bardziej niż masy, tłumu, ustawicznie mam uczucie, choć przecież nigdy się do mas czy tłumów nie przyłączam, że masa czy tłum zaraz mnie zgniecie. Już w dzieciństwie schodziłem im z drogi, masom, nienawidziłem tłumów, ludzkich zbiorowisk, skoncentrowanej niegodziwości, bezmyślności i kłamstwa. Na tyle, na ile powinniśmy kochać każdego z osobna, myślę, na tyle nienawidzimy masy”.

Thomas Bernhard Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

9356167927584350000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odkrycia tego, że lektura może podać matematyczne rozwiązanie życia, i w każdej chwili również naszej własnej egzystencji, jeśli zastosować ją i uprawiać jako matematykę, a więc z biegiem czasu jako wyższą, wreszcie zaś jako najwyższą matematyczną sztukę, którą dopiero wtedy, gdy w pełni ją opanujemy, możemy nazwać czytaniem, dokonałem po śmierci dziadka, tę myśl i tę wiedzę zawdzięczam jego śmierci. Spędzałem więc dni na pouczających zajęciach i pożytecznie, toteż szybciej mijały. Dzięki czytaniu przekraczałem otchłanie, i tutaj ziejące o każdej dobie otworem, znajdując w lekturach ratunek przed stanami psychicznego rozbicia.

Thomas Bernhard Autobiografie, przeł. Sława Lisiecka

2208691639813240000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nie wiem, jaka choroba trawiła Gwendolyn, myślę, że ona sama nie umiałaby tego powiedzieć. Jedyną obroną z jej strony była swoista, nachodząca ją wielokrotnie w ciągu dnia, a może także i nocą, potrzeba, by się upudrować czymś w rodzaju taniego talku, którego wielka puszka stała na stoliczku obok łóżka. Gwendolyn używała tej miałkiej, nieco tłustawej substancji w takich ilościach, że linoleum wokół posłania, a niebawem cały pokój i korytarz na piętrze zaciągnięte były białą, wskutek wilgotności powietrza trochę mazistą warstwą. O tej bieli pokrywającej wnętrze plebanii pomyślałem niedawno znowu – mówił Austerlitz – gdy w opisie lat dzieciństwa i młodości u pewnego rosyjskiego pisarza przeczytałem, że podobną pudermanię miała jego babka, dama, która jednak, choć głównie leżała na kanapie i żywiła się niemal wyłącznie galaretkami owocowymi i mleczkiem migdałowym, cieszyła się żelazną konstytucją i sypiała zawsze przy otwartym na roścież oknie, toteż raz zdarzyło się, że pewnego ranka, po szalejącej przez całą noc nawałnicy, obudziła się pod warstwą śniegu, nie doznawszy zresztą najmniejszej szkody. Na plebanii jednak wyglądało to inaczej. Okna pokoju chorej pozostawały zawsze zamknięte, a biały puder, który drobinka po drobince osiadał wszędzie, warstwą dostatecznie już grubą, by zaznaczały się w niej wydeptane szlaki, nie miał w sobie nic z iskrzącego śniegu. Przypominał raczej ektoplazmę, która, jak raz opowiedział mi Evan, może z ust kobiet mających dar jasnowidzenia wydobywać się wielkimi kłębami, opadającymi potem na podłogę, gdzie szybko wysychają i rozsypują się w pył. Nie, plebanii nie zawiewał świeży śnieg; wypełniało ją coś niedobrego, a ja nie wiedziałem, skąd się to niedobre bierze, dopiero znacznie później w innej książce znalazłem określenie, które było wprawdzie całkiem niezrozumiałe, ale mnie – mówił Austerlitz – natychmiast trafiło do przekonania: „arseniczna groza”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Szybko lustro, komenderuje, a potem: szybko puderniczkę! i pudruje twarz i przegląda się w lustrze, na przemian pudruje twarz i przegląda się w lustrze. Nagle mówi: przecież nic nie widzę, w ogóle nic nie widzę. Rzeczywiście, to Konrad do Wiesera, przez chmurę pudru nic w lustrze nie widzi. Może to i dobrze, że nic nie widzę, mówi, i pudruje się nadal. Cała suknia jest w pudrze, miał powiedzieć Konrad do Wiesera, a ona ciągle powtarza: muszę się upudrować, upudrować się muszę, do cna upudrować, a kiedy zabrakło pudru w puderniczce, mówi: mamy jeszcze gdzieś puder? Gdzieś jeszcze musi być puder! Puder! Puder! Puder!, mówi i rzeczywiście znajduję drugą puderniczkę, a ona dalej pudruje bez opamiętania twarz, mówi Konrad do Wiesera, nagle już nie widzę jej twarzy, zapudrowała do cna twarz. Zapudrowana!, zapudrowana!, mówi: zapudrowana!. Zapudrowana!, wykrzykuje, mówi Konrad, nagle śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła: upudrowałam, zapudrowałam, zupełnie się zapudrowałam i śmieje się i woła i śmieje się i woła: upudrowana, zapudrowana, zapudrowana, upudrowana, zapudrowana!

Thomas Bernhard Kalkwerk, tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak

47014732053341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Ponieważ jesteśmy słabi, słabowici, nie dozwalamy na żadną słabość. A jeśli nie życie, jeśli nie natura, to musi to być lektura, to znaczy życie i natura jako lektura, przez dłuższy czas wyłącznie natura w lekturze, życie z książek, czasopism, wszelkiego typu pism, budowanie z lektury mostów spinających pokawałkowaną i pozostawioną samej sobie naturę, z lektury, która jest jak natura, która jest jak życie”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

1224721520064120000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Jeśli mówiłem: nie chcę mącznych potraw, odnosiły moją wypowiedź o mącznych potrawach do siebie, chociaż ja, wypowiadając się o potrawach mącznych, wcale nie myślałem o moich siostrach, ale niezależnie od tego, co mówiłem, słyszały zawsze, że wypowiadam się przeciw nim”.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, przeł. Sława Lisiecka

3923892811677010000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

cytat na sobotę

 

W trybie gaworzenia piszę najfatalniejsze wiersze, zauważam to dopiero po jakimś czasie (poniewczasie), dawno za to nie cytowałem. Cytuję zatem. Naturalnie Bernharda (jeden z moich takich najukochańszych):

.
Był spisywaczem aforyzmów, spisał ich niezliczoną ilość, pomyślałem, trzeba przyjąć, że je zniszczył, piszę aforyzmy, wciąż powtarzał, pomyślałem, to jest pomniejsza gałąź sztuki duchowej zadyszki, z której żyli niektórzy, zwłaszcza we Francji, dawniej, jak i teraz, tak zwani półfilozofowie na nocny stolik pielęgniarki, mógłbym też powiedzieć, kalendarzowi filozofowie dla obojętnie kogo, których powiedzonka, z czasem czytamy w poczekalni u lekarza, obojętnie, czy tak zwane negatywne, czy tak zwane pozytywne, jednakowo wstrętne. Od spisywania tych aforyzmów nie mogłem się jednak odzwyczaić, niestety, obawiam się, że są ich już miliony, że już miliony ich spisałem, powiedział, pomyślałem, i najwyższy czas, żebym zaczął je niszczyć, nie mam bowiem ochoty, żeby pewnego dnia tapetowano nimi ściany szpitali i pokoje plebanii, tak jak tapetuje się Goethem, Lichtenbergiem i spółką, powiedział, pomyślałem. Ponieważ nie jestem urodzonym filozofem, zrobiłem z siebie, zresztą muszę przyznać, że nie całkiem bezwiednie, aforystę, jednego z tych wstrętnych kibiców filozofii, których jest na kopy, powiedział, pomyślałem. Malutkimi pomysłami sprytnie wziąć na muszkę wielki cel i oszukiwać ludzkość, powiedział, pomyślałem. W gruncie rzeczy jestem wyłącznie tylko jednym z tych niebezpiecznych dla otoczenia aforystów, którzy, z całą tą ich bezwzględnością bez granic tudzież z całą tą ich bez skrupułów bezczelnością, przyklejają się do filozofów jak stonka do ziemniaka, powiedział, pomyślałem. Kiedy przestajemy pić, giniemy z pragnienia, kiedy przestajemy jeść, giniemy z głodu, powiedział, wszystkie te przemądrzałe aforyzmy sprowadzają się do tego wzoru (…)”.

Thomas Bernhard, Przegrany, tłum. Marek Kędzierski

 

1777930954809410000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Nigdy nie wiem, jak traktować czytelników tego bloga (jeśli w ogóle są tu jeszcze jacyś czytelnicy). Z jednej strony – mówię za dużo, chaotycznie, popadam w jakieś kiczowate klimaty, z drugiej – mówię nie na temat, powtarzam się przy tym coraz częściej. Jest w tym wiele prawdy. Prawdą jest również, że ten blog to moja jedyna forma komunikacji z idealnym światem zewnętrznym, w co naturalnie nikt mi nie uwierzy.

Ten wstęp był tylko pretekstem, by znów zacytować Bernharda (przez całe życie szukałem jedynie pretekstu do zacytowania Bernharda), bo znów, przy kolejnej lekturze Bernharda, wynotowałem sobie kolejny, odpowiadający mi cytat z Bernharda:

„Na małych kartkach kupionych we wsi próbowałem uchwycić pewne dane, które wydawały mi się ważne, decydujące momenty życia, bałem się, ze to, co teraz było jeszcze tak wyraźne, rozpłynie się nagle i przepadnie, że nagle tego nie będzie, że nie znajdę w sobie dość siły, aby ocalić przed mrokiem niepamięci decydujące zdarzenia, potworności, śmieszności, starałem się ocalić na tych kartkach, co się dało, bez wyjątku wszystko, co wydawało mi się warte ocalenia, tu miałem mój sposób postępowania, moją własną nikczemność, moją własną brutalność, mój własny gust, który ze sposobem postępowania, nikczemnością, brutalnością i gustem innych miał tyle wspólnego co nic. Co jest ważne? Co jest znaczące? Wydawało mi się, że wszystko muszę ocalić od zapomnienia, z mózgu przenieść na kartki, których w końcu zrobiły się setki, bo nie ufałem własnemu mózgowi, straciłem zaufanie do własnego mózgu, straciłem zaufanie do wszystkiego, tym samym więc zaufanie do własnego mózgu. Wstyd, że piszę wiersze, był większy, niż sądziłem, zaniechałem więc pisania wierszy”.

T. Bernhard, Autobiografie, tłum. S. Lisiecka

2501848252103980000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Od dziadka przejąłem na całe życie zwyczaj wczesnego wstawania, prawie zawsze przed piątą rano. Rytuał ten powtarza się, codziennie z tym samym zdyscyplinowaniem wychodzę naprzeciw porom roku, na przekór nieustannym siłom lenistwa i ciągłej świadomości, że wszelkie działanie jest działaniem bezsensownym. Długotrwała izolacja jest całkowitą izolacją zarówno ciała, jak i ducha; podporządkowując się zupełnie i bezwzględnie własnym potrzebom, daję sobie radę. Okresy absolutnego odrodzenia przeplatają się z jego odwrotnością, poddany wszelkim możliwym chwiejnościom własnej natury i wszechświata, czymkolwiek by on był, potrafię rozeznać się w sobie wyłącznie na podstawie ich ściśle ustalonego porządku dnia. Tylko dlatego zdolny jestem istnieć, że przeciwstawiam się sobie i faktycznie jestem zawsze przeciw sobie.

(…)

Osiągnęliśmy wiek, gdy sami jesteśmy dowodem na wszystko, co nam się za życia przydarzyło.

(…)

Mówię językiem zrozumiałym tylko dla siebie, dla nikogo poza tym, podobnie jak każdy rozumie tylko swój własny język, ci zaś, którzy sądzą, że rozumieją, to głupcy albo szarlatani.

(…)

Czy jestem częścią, czy też ofiarą obracającej się coraz szybciej i nieprzerwanie wszystko w sobie gniotącej i rozgniatającej maszyny życia? zapytuję siebie. Nie ma na to odpowiedzi. Mój charakter to wszystkie charaktery jednocześnie, moje pragnienia to wszystkie pragnienia jednocześnie, moje nadzieje, zwątpienia, wstrząsy. Ratuje mnie tylko udawanie, a potem znów przeciwieństwo udawania. Gdziekolwiek byśmy szukali ucieczki, stajemy wobec niekompetencji”.

Thomas Bernhard, Autobiografie, tłum. Sława Lisiecka

 

63173200356011900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Czas był wypełniony niesamowitością i niepoczytalnością, a także nieustanną potwornością i niewiarygodnością. Montaigne pisze, że to bardzo bolesne doświadczenie, musieć przebywać w miejscu, w którym obchodzi nas i dotyczy wszystko, co ogarniamy wzrokiem. I dalej: moja dusza była poruszona, tworzyłem sobie własną opinię o otoczeniu i próbowałem uporać się z nią bez pomocy obcych ludzi. Jednym z moich przeświadczeń było, że prawda w żadnym wypadku nie może ulegać przymusowi i przemocy. I dalej: pragnę dać się poznać i jest mi obojętne, do jakiego stopnia, jeśli tylko to się naprawdę dzieje. I dalej: nie ma niczego trudniejszego, ale też niczego bardziej pożytecznego niż autoopis. Należy badać samego siebie, rozkazywać sobie i stawiać się na właściwym miejscu. Zawsze jestem na to gotów, gdyż zawsze opisuję siebie, a nie opisuję własnych czynów, tylko własną istotę. I dalej: pewne sprawy, których ujawniania zabraniają przyzwoitość i rozsądek, podawałem do wiadomości otoczenia dla nauczki. I dalej: uczyniłem swoją zasadą mówienie wszystkiego, co ośmielam się powiedzieć, zatem wyjawiam nawet myśli, których właściwie nie można upublicznić. I dalej: jeśli chcę siebie poznać, to dlatego, abym poznał, jaki jestem naprawdę, dokonuję więc krytycznej analizy na swój temat”.

Thomas Bernhard, Autobiografie, przeł. S. Lisiecka

5696323922575860000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

na dziś*
.
.

W niechcący usłyszanej dziś rano reklamie zdążył powiedzieć, że za telewizor plazmowy zapłacę tyle a tyle, natomiast za smartfona zapłacę już tylko tyle a tyle.
A JA NIE ZAPŁACĘ!

oraz cytat:

„Zamiast od razu, jak wcześniej obiecałem, opisać Gambettiemu Wolfsegg, opowiedziałem mu wtedy coś o Nietzchem, czego lepiej żebym był nie mówił, coś o Kancie, co było całkiem bezsensowne, coś o Schopenhauerze, co początkowo sam uważałem za szczególnie kompetentne, później jednak musiałem uznać za dość zwariowane, już po kilku minutach, coś o Montaigne’u, czego sam nie rozumiałem nawet w momencie, kiedy mówiłem o tym do Gambettiego; ledwo bowiem wygłosiłem do niego owo zdanie dotyczące Montaigne’a, Gambetti poprosił mnie, żebym zechciał wyjaśnić mu wygłoszone właśnie zdanie, czego jednak nie potrafiłem uczynić, ponieważ w tej samej sekundzie sam już nie wiedziałem, co w ogóle powiedziałem o Montaigne’u. Mówimy coś i widzimy to całkiem jasno, a w następnej chwili w ogóle nie wiemy, cośmy właśnie powiedzieli, powiedziałem do Gambettiego, akurat powiedziałem coś o Montaigne’u, ale teraz, dwie, trzy sekundy później już wcale nie wiem, co naprawdę i rzeczywiście powiedziałem o Montaigne’u. Powinniśmy posiadać taką umiejętność, żeby móc coś powiedzieć, wygłosić i to przed chwilą wygłoszone jednocześnie zaprotokołować w umyśle, co jednak nie jest możliwe, powiedziałem do Gambettiego”.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, tłum. S. Lisiecka


.


*Ten wpis tylko po to, aby szybko odwrócić uwagę od poprzedniego (stara dobra metoda stosowana przeze mnie jak dotąd z pozytywnym skutkiem). Nie lubię swoich egzaltacji.

74938658661142300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

reklama

 

Przerywam czytanie najbardziej przerażającej książki Bernharda i sprawdzam w wyszukiwarce czy rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith i rzeczywiście w Palma de Mallorca znajduje się okropny, przygnębiający Hotel Zenith, zabieram się więc z powrotem do czytania, a gdy ponownie zaglądam do internetu, zaczynają mi się wyświetlać oferty hoteli i biur podróży.

Tak! Polecę do Palma de Mallorca i zabiorę ze sobą Beton Bernharda! I przeczytam Beton Bernharda w jakimś okropnym, przygnębiającym, betonowym hotelu w Palma de Mallorca! Cóż za brak taktu!