15385139106431700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

brzytwa Ochmonka

.

Za dużo go tutaj, kiedy tam nie ma go wcale. Jakby chciał temu nieustannie zaprzeczać, jakby mogło pomóc. Chwyta się tego, jak ostatniej brzytwy ratunku.


„Wszystko, co zostało powiedziane, okazuje się od razu, czy nieco później, bez sensu, to wszakże nie żadna zbrodnia, powiedział, jeśli mówi się o tym z przekonaniem, z najbardziej niewiarygodną zapalczywością, do jakiej jesteśmy zdolni. To, co myślimy, chcemy też powiedzieć, powiedział Reger, i w gruncie rzeczy nie zaznamy spokoju, dopóki tego nie powiemy, kiedy milczymy, dusimy się tym. Ludzkość dawno by się już udusiła, gdyby musiała przemilczać pomyślany na przestrzeni jej historii bezsens, każdy, kto zbyt długo milczy, dusi się tym, również ludzkość nie może zbyt długo milczeć, wtedy bowiem dusi się, nawet jeśli bez sensu jest wszystko, co wymyśli pojedynczy człowiek, co wymyśli ludzkość, jak również to, co pojedynczy człowiek kiedykolwiek w życiu wymyślił, to, co ludzkość kiedykolwiek wymyśliła”.

Thomas Bernhard, Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski

Reklamy

25681508899601000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

drążenie (korniki, kołatki)

W Altensam zawsze słyszał w nocy korniki, a raczej kołatki, żarłoczność kołatków nie dawała mu spać w nocy, wszędzie wokół kołatanie kołatków, najbardziej w nocy naturalnie rzecz jasna, z uwagi na jego słuch, bardzo wyczulony, tudzież z powodu nadwrażliwości umysłu, kołatki cały czas przy pracy w deskach podłogi i pod nimi, w szafach i komodach, w komodach, zwłaszcza we wszystkich szufladach, słowa Roithamera, w drzwiach i w ramach okien, nawet w zegarach, krzesłach i fotelach, zawsze potrafił dokładnie określić, gdzie pracowały kołatki, które meble toczyły, faktycznie kołatki zaczęły się wgryzać nawet w jego łóżko, w łóżku, w bezsenne noce, słowa Roithamera, mógł cały czas tropić prace kołatków, musiał tropić, w stanie wzmożonej uwagi, oddychał słodkawym zapachem świeżo przeżutego przez nie drewna, raczej przygnębiony swoim odkryciem, że od tylu lat tysiące, a może i dziesiątki tysięcy kołatków, setki tysięcy, wzięły sobie za cel Altensam, po to, nie mógł się powstrzymać, by o tym nie myśleć w nocy, by pożreć całe Altensam, dopóty żreć Altensam, aż pożrą Altensam bez reszty, aż w pewnym momencie, możliwe, że nie trzeba będzie na to zbyt długo czekać, Altensam rozsypie się w proch.

T. Bernhard, Korekta, przeł. M. Kędzierski, Warszawa 2013, ss. 301-302

.
Dzisiaj cała moja nadzieja w myszach, a także w drewnojadach, kornikach i kołatkach, które prędzej czy później spowodują, że miejscami już trzeszczące sanatorium zawali się ze szczętem. Ta wizja regularnie nawiedza mnie we śnie, rzekł dr Abramsky i popatrzył na lewą dłoń. Widzę sanatorium, godnie stojące na swoim miejscu, widzę wszystko naraz, budynek w całości i każdy najdrobniejszy szczegół i wiem, że szachulce, belkowanie dachu, odrzwia i panele, posadzki, klepki i stopnie, poręcze i balustrady, futryny i listwy pod tynkiem są już doszczętnie wydrążone i w każdej chwili, gdy ten wybrany spośród ślepej armii chrząszczyków ostatnim klapnięciem szczęki przełamie ostatnią linię oporu, już zgoła niematerialnego, wszystko się zapadnie. I we śnie widzę, że faktycznie się zapada, nieskończenie powoli, i wielka, żółtawa chmura wznosi się i rozwiewa, a na miejscu byłego sanatorium nie pozostaje nic prócz kupki miałkiej, podobnej do kwietnego pyłku mączki drzewnej.

W.G. Sebald, Wyjechali, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa 2010, ss. 144-145

11636390653418400000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Od Spadoliniego doszedłem później w osobliwy sposób do Goethego: do patrycjusza Goethego, którego Niemcy przycięli i przykroili sobie na księcia poetów, powiedziałem ostatnim razem do Gambettiego, doszli do poczciwca Goethego, kolekcjonera owadów i aforyzmów z jego filozoficzną mielonką, powiedziałem do Gambettiego, który naturalnie nie zrozumiał słowa mielonka, więc mu je wyjaśniłem”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

215414832505659000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Jedno daje nam spokój, nie próbuje ingerować w naszą psychikę, pozwala nam być sobą i rozwinąć w sobie wiele czasem wspaniałych rzeczy, drugie wciąż nam daje po głowie, rani i nie daje spokoju, nie daje spokoju przez całe życie, ale właśnie dlatego przez całe życie wciąż nas absorbuje, wprowadza w nasze życie niepokój, dzień w dzień wkracza w nas ten niepokój, którego przez całe życie nie potrafimy już z siebie wyrzucić, który przez całe życie podburza nas przeciw wszystkiemu. Dlatego wszystko, co jest moim myśleniem, bierze się z tej drugiej strony, z tego niepokoju, a nie z tego, co daje nam spokój, słowa Roithamera. Dlatego już w Altensam, we wczesnym dzieciństwie, myślenie moje naturalnie rzecz jasna brało się nie z tego, co dawało mi spokój, tylko z tego, co spokoju nie dawało. To, co wypowiadamy, wtedy kiedy wypowiadamy się całym naszym jestestwem, bierze się zawsze tylko z niepokoju, nie z tego, co daje spokój, słowa Roithamera”.

Thomas Bernhard, Korekta, przeł. Marek Kędzierski

4585371016945310000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Cały czas obserwowałem z mojego okna na górze, z Höllerowskiej mansardy, jak Höller w swojej pracowni na dole wypycha olbrzymiego czarnego ptaka, wpychał w ptaka coraz więcej waty, myślałem, obserwowałem go z tego miejsca bardzo przydatnego do obserwacji tego typu, tak długo, aż ptak został całkowicie wypchany, a więc stałem bez ruchu co najmniej pół godziny, aż zobaczyłem, że Höller wypchał już ptaka całkowicie. Naraz Höller rzucił tego wypchanego ptaka na ziemię, zerwał się na nogi i wybiegł na zaplecze pracowni, nie widziałem go wprawdzie, ale czekałem, obserwując pracownię, dopóki ponownie nie spostrzegłem Höllera, wrócił i znowu usiadł w fotelu i znów zaczął wypychać ptaka, obok Höllera widziałem teraz na podłodze olbrzymią stertę waty, pomyślałem, że Höller stopniowo wepchnie tę olbrzymią stertę waty w tego, jak pierwotnie sądziłem, już całkowicie wypchanego ptaka. Noc jest dla niego znośna tylko dlatego, że wypycha tego ptaka, pomyślałem. Jeszcze o północy wciąż był zajęty wypychaniem ptaka. A ja wciąż zastanawiałem się, jaki to ptak, jeszcze nie widziałem takiego olbrzymiego i równie czarnego ptaka, myślałem, i że jest to chyba jakiś gatunek tutaj się niepojawiający, z zagranicy, zastanawiałem się, czy nie zejść na dół, do Höllera do pracowni, i nie zapytać go, jaki to gatunek ptaka. Możliwe, że jest to tak zwany ptak egzotyczny, że jeden z zamożniejszych myśliwych z doliny, z tych urodzajnych terenów, myśliwych, którzy bardzo często wyjeżdżają na polowania za granicę i do zamorskich krajów, przywiózł go stamtąd, z Ameryki Południowej lub z Afryki, z jaką niewiarygodną energią Höller wypychał teraz ptaka watą, nie wyobrażałem sobie, że w ptaku może być tyle miejsca na watę (…)”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

 

1751455877444440000000000000000000000000000000000000000000000000000000

maszyna z reading

„(…) pojechałem więc do Reading, do zaprzyjaźnionego ze mną, jak i z Roithamerem, nauczyciela, pracującego nad konstrukcją maszyny, do dziś nie wiem dokładnie, co to za maszyna, choć on, jej konstruktor, całymi latami wtajemniczał mnie w konstrukcję owej maszyny, również Roithamer nie wiedział, co to takiego, ta Maszyna z Reading (…)”

Thomas Bernhard „Korekta”, tłum. Marek Kędzierski

359579325206583000000000000000000000000000000000000000000000000

„Wiedziałem, że wszystko zawsze, jak to się mówi, rozwiązuje się samo przez się i że nie warto zastanawiać się nad tym w przypadkach, które powszechnie nazywa się najtrudniejszymi (…)
Wiemy, że wszystko załatwi się samo przez się, nigdy jednak temu nie dowierzamy, zawsze to lekceważąc i zamieniamy swój umysł w piekło”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

1324695516964750000000000000000000000000000000000000000000

biurko

Postawiłem sobie książkę. Teraz codziennie patrzy na mnie Thomas Bernhard z „Moich nagród”. Czasami, w chwilach zwątpienia, zerkam na okładkę, szukając tam ratunku, i nie zawodzę się – uśmiech Thomasa jest pokrzepiający. Czasami jednak, tak jak w tej chwili, na jego twarzy nie dostrzegam wcale uśmiechu, ale politowanie, a nawet szyderstwo.

6656593304481320000000000000000000000000000000000000000

Był maj 1976 roku, kiedy po raz pierwszy wysiadłem na dworcu Bonatza, zasłyszawszy od kogoś, ze w Stuttgarcie przy Reinsburgstrasse mieszka malarz Jan Peter Tripp, z którym swego czasu chodziłem do szkoły w Oberstdorfie. Zachowałem w pamięci wizytę u niego, bo wraz z podziwem, jaki natychmiast wzbudziła we mnie praca Trippa, przyszło mi do głowy, że sam też miałbym chęć robić coś innego niż prowadzenie wykładów i seminariów. Tripp ofiarował mi wówczas jeden ze swoich sztychów i z tym sztychem, na którym widnieje chory psychicznie sędzia Daniel Paul Schreber z pająkiem w czaszce – cóż jest okropniejszego niż nieustannie snujące się w nas myśli? – z tym sztychem wiąże się wiele tego, co potem napisałem, także pod względem metody, zachowywania ścisłej perspektywy historycznej, cierpliwego rytowania oraz łączenia w manierze nature morte rzeczy pozornie od siebie bardzo odległych.

W.G. Sebald, Campo Santo, przeł. Małgorzata Łukasiewicz

Sądzimy, że doszliśmy już do tego, iż staliśmy się maszynami do myślenia, nie możemy jednak zdać się na myślenie tych naszych maszyn do myślenia. Pracują nieprzerwanie w gruncie rzeczy przeciw naszym umysłom, powiedziałem do Gambettiego, nieustannie produkują myśli, o których nie wiemy skąd pochodzą, po co są myślane i w jakim pozostają ze sobą związku, powiedziałem do Gambettiego. Prawdę mówiąc, jesteśmy przeciążeni tymi maszynami do myślenia, które nieprzerwanie pracują, nasze umysły są nimi przeciążone, ale nie mogą się już wyłączyć, są niechybnie dożywotnio podłączone do tych naszych maszyn do myślenia.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, przeł. Sława Lisiecka

712011255569819000000000000000000000000000000000000

„Świnie w naszej Targowej Świniarni to pokazowe wieprze, rasa zwana poland china; mają różową skórę porośniętą rzadką białą sierścią, jakby przystrzyżoną na jeża. Wiele świń wyleguje się na jednym boku: sapią, otępiałe od panującego w pomieszczeniu gorąca. Te, które nie śpią, chrumkają. Stoją albo leżą na bardzo czystych grubych trocinach w nisko ogrodzonych boksach. Para wieprzy zżera trociny razem z własnymi ekskrementami. (…) Ale oto jedna płowa świnia zaczyna się drzeć. Zestresowane świnie wrzeszczą. Odgłos ten jest zarazem ludzki i nieludzki; włosy stają od niego dęba”.

David Foster Wallace „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”, przeł. Jolanta Kozak

„Częstokroć gospodarzowi wystarczy, że otworzy wrota swojej zagrody i, by tak rzec, puści jak z radia trochę chrząkania świń, wypuszczając je przez te otwarte wrota ze świata nieczystego sumienia, a już uchodzi za rzetelnego i pracowitego”.

Thomas Bernhard „Wymazywanie”, przeł. Sława Lisiecka

40934782466626800000000000000000000000000

„Dlatego wciąż owe myśli, te, które mamy, a mamy je zawsze, bo przywykliśmy mieć zawsze myśli, wciąż owe myśli wyrzucamy, przez całe życie wyrzucamy, jak wiadomo, myśli z siebie, nic innego nie robimy, nikim innym bowiem nie jesteśmy, tylko ludźmi, którzy ustawicznie swoje głowy wywracają jak kubły śmieci i opróżniają je, gdziekolwiek tylko są. Kiedy głowa jest pełna myśli, wywracamy ją i opróżniamy jak kubeł śmieci, mówi Oehler, w dodatku nie wszystko na jedną kupę, mówi Oehler, tylko wszędzie tam, gdzie akurat jesteśmy. Dlatego świat jest pełen smrodu, wszyscy bowiem na każdym kroku opróżniamy nasze głowy jak kubły śmieci”.

Thomas Bernhard, Chodzenie, tłum. Marek Kędzierski (Kwartalnik Artystyczny nr 63)

2046711111473990000000000

„Na dobrą sprawę napisałem setki listów do wszelkich możliwych ludzi, by odnowić z tymi ludźmi kontakt, ale tych listów nie wysłałem, wszystkie te listy były zaadresowane, ale niewysłane, ułożone w stosy w pokoju, w którym zamknąłem rozprawy z zakresu nauk ścisłych. Wszystkie te listy z prośbą o nawiązanie kontaktu skierowane były do przyjaciół, do znajomych, do osób ze świata nauki. Pisałem je i już podczas pisania uświadamiałem sobie niemożność nadania tych listów, wysłania ich, doręczenia. Tak więc przez długie lata pisałem listy i nie wysyłałem ich, tylko odkładałem w pokoju służącym mi do naukowych studiów”.

Thomas Bernhard, Tak, tłum. Monika Muskała

483162952612010000000000

„Zawsze byłem uzależniony od wszystkiego, a ponieważ nagle, a potem stopniowo coraz poważniej i przerażająco wszystko zaczęło się pogarszać, nadejść musiał ten najgorszy z wszystkich ataków choroby. Naturalnie na kogoś, kto mieszka na wsi i do tego mieszka na wsi samotnie, bo mieszkać musi, bo jest tak jak ja zmuszony do takiego koniec końców potwornego życia na wsi wskutek swojej ciężkiej choroby, tego rodzaju straszności działają dotkliwiej niż na kogoś, kto mieszka w mieście, bo ktoś taki jak ja, żyjący pracą duchową na wsi, skoncentrowany jest nieustannie w zupełnie skrajny sposób na tej pracy duchowej, i komuś takiemu jak ja wrażliwość na wszystko inne obciąża głowę, a zatem ducha i duszę, z nieporównanie większą i nieustającą intensywnością. Jakże często żałowałem, że przeprowadziłem się na wieś, trzeba mi było zostać w mieście, bo nie jestem wiejskim człowiekiem, nawet jeśli moi rodzice byli ze wsi, nie jestem wiejski, nawet jeśli wieś jest mi bliska, ponieważ miasto jest mi równie bliskie, co wieś, a miasto lubię o wiele bardziej niż wieś, której niemal zawsze nienawidzę, bo zawsze mnie tylko dręczyła, dręczyła i poniżała, odkąd pamiętam, a podłość i nikczemność na wsi są o wiele większe niż w mieście, podobnie jak prostactwo na wsi jest znacznie większe, wyłącznie bezwstydne, i wieś w przeciwieństwie do miasta jest kompletnie bezduszna. Z dwóch zasadniczych powodów, nie wspominając o stu pomniejszych powodach, przeniosłem się na wieś, po pierwsze lekarz powiedział mi, że ze względu na chorobę płuc mogę przeżyć tylko na wsi, a po drugie skłonny byłem dla dobra studiów, czyli przyrodoznawczej pracy, poświęcić miasto. Ale zapłaciłem bardzo wysoką cenę, zapłaciłem najwyższą cenę. Życie na wsi odbierałem zawsze jako karę, bo wszystko we mnie było ustawione tak, że koniec końców ustawione było przeciwko wsi. Odkąd zamieszkałem na wsi, musiałem sobie powtarzać każdego dnia, że mieszkam na wsi ze względu na przyrodoznawcze studia i swoje płuca, a zatem po prostu ze względu na możliwość egzystowania. Wiejskie życie dla takiego człowieka jak ja jest dużo bardziej przerażającą formą życia, o ile w ogóle w odniesieniu do mnie można mówić o formie życia, prawdopodobnie nie. Ponieważ żyję na wsi, egzystuję, powtarzam sobie każdego dnia, ja żyję, egzystuję, gdybym został w mieście, nie żyłbym, nie egzystował wcale, co prawdopodobnie jest kompletnie niedorzeczną myślą, bo z pewnością obojętne jest, czy żyję, a zatem egzystuję, czy nie, ale kiedy taka myśl się pojawia, musi być pomyślana, domyślana możliwie do końca, tak myślę. Każdego dnia jestem tutaj na wsi bezwzględnie konfrontowany z myślą, że moje poświęcenie jest poświęceniem bezsensownym, gdyż moja egzystencja jest chorobliwa, chora, a moja praca bezcelowa, nieudana. Ale nie mam odwagi, by skończyć z tą myślą i jej podobnymi, a więc i ze sobą. Tej odwagi zawsze mi brakowało. Przez całe życie myślałem o samobójstwie, ale samobójstwa nigdy nie mogłem popełnić. A potem po pojawieniu się Szwajcarów, a przede wszystkim Persjanki, która, nie wiedzieć z jakiego powodu, od pierwszej chwili mnie zafascynowała, z wielu rozstrzygających, prawdopodobnie z setek, tysięcy dla mnie ocalających powodów, które skupiły się w osobie Persjanki w sposób dla mnie widoczny i w dużej mierze z natychmiastowym skutkiem pożyteczny, przywiązałem się zupełnie zwyczajnie i od razu jak zwykle w skrajnie przygnębiający sposób do życia i egzystencji. Zawsze mnie to odstręczało i natychmiast dwa razy bardziej przygnębiało. Ale któregoś dnia, powtarzam wciąż, zrobię to, co któregoś dnia zrobić będę musiał, popełnię samobójstwo, bo moje życie i egzystencja stały się bezcelowe, a kontynuowanie absolutnej bezcelowości, kontynuowanie bez końca, jest bezsensowne”.

Thomas Bernhard, Tak, tłum. Monika Muskała

 

19740274219868200000

„Na dobrą sprawę przed pojawieniem się tu Szwajcarów egzystowałem całymi miesiącami w swoim domu w stanie apatii, w którym od dłuższego czasu możliwa była tylko obserwacja samego siebie, a o pracy, nie mówiąc już o pracy naukowej, w ogóle nie było co myśleć, całymi miesiącami, przyznaję, budziłem się tylko do najpotworniejszej obserwacji samego siebie, aż do całkowitego wyczerpania tą najpotworniejszą obserwacją samego siebie”.

Thomas Bernhard, Tak, tłum. Monika Muskała