348147399115490000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dzień lekcyjny

Przypomniała mi się sala gimnastyczna, właściwie salka z pnącymi się pod sam sufit sczerniałymi drabinkami i piecem kaflowym, na podłodze rozłożono już maty. Wyposażenie stosunkowo ubogie; skrzynia gimnastyczna czteropiętrowa (niesłusznie mylona z koniem) i kozioł. W takiej skrzyni można się schować, wystarczy zdjąć wieko przypominające trumnę, potrzebne są do tego jednak dodatkowe osoby. Usiłowałem przypomnieć sobie dalsze szczegóły, na szczęście opamiętałem się w porę; przypomniałem sobie bowiem, iż chodzi przecież tylko o kwas deoksyrybonukleinowy, to on jest najważniejszy. Wszystko, co się dzieje (losy świata, cywilizacje, indywidualne historie) jest tylko pochodną (nie mylić z pochodnią) istnienia kwasu deoksyrybonukleinowego, gwarantem jego przetrwania.

 

 

PS

Bo na dworze robi się zimo i wieje.

 

82186452381005900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

niedziela, przed dziesiątą, wnętrze

Znowu. I znowu. Jak wystrzał. Najpierw z jednej, zaraz potem z drugiej strony. Bo trzeba mieć naprawdę dużo cierpliwości, by nie uchylić teraz i nie krzyknąć; krzyknąć raz, drugi, wrzeszczeć i wrze-szczeć z takim samym natężeniem dźwięku, z jakim oni teraz, tam, za oknem. Tylko po co: akcja, reakcja, srakcja, kumulacja banału. Mniej. I nie chcieć więcej, w każdej sekundzie nie chcieć więcej, zadowalać się tym, co jest. Na przykład: po co mi nazwa rozsadzającego radio zespołu, przyzwyczaiłem się, że wyświetla, lecz teraz – jeśli teraz nie wyświetla – to po co. Czy ktoś kiedyś zauważył coś jeszcze: ludzie trzaskający drzwiami samochodów (aut drzwiami) torturują powietrze.

 

 

 

2178309

Znowu będzie można zakładać szalik.

426056956614766000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

praktyki religijne

 

Refleksja na dziś: czytanie Bernharda jest (i zawsze już będzie) moją codzienną modlitwą.

„Siedziałem na ławce i przyglądałem się wiewiórkom, które śmigały w tę i z powrotem po całym olbrzymim i, jak się wydawało z mojej perspektywy, bezkresnym parku, to wskakując na drzewa, to z nich zeskakując, jak się wydawało, pochłonięte bez reszty jedną tylko pasją, chwytały porozrzucane po całym terenie papierowe chusteczki, pozostawione przez pacjentów chorych na płuca, i uganiały się z nimi po drzewach. Po całym terenie ganiały z papierowymi chusteczkami w zębach, każda w innym kierunku, aż w zapadającym zmroku można było dostrzec tylko i wyłącznie latające w tę i z powrotem białe punkciki papierowych chusteczek, trzymanych przez nie w zębach”.

Thomas Bernhard Bratanek Wittgensteina, przeł. Marek Kędzierski

 

PS
Zawsze pragnąłem czytać Go w oryginale, ale nigdy, mimo podejmowanych wielokrotnie prób, nie opanowałem, i chyba nigdy już nie zdołam opanować, niemieckiego.