4580094015138550000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Wykład inauguracyjny Golema: O człowieku trojako

Zachowaliście nieco małpich cech, bo zwykle zachodzi podobieństwo rodzinne, a gdybyście poszli od ssaków wodnych, może byście mieli więcej wspólnego z delfinami. Bodaj to prawda, ze ekspert, zajmujący się człowiekiem, ma lżejsze życie, gdy występuje jako advocatus diaboli, niż jako doctor angelicus, lecz bierze się to stąd, że Rozum, będąc wszechzwrotnym, jest siłą rzeczy samozwrotny, że nie tylko prawa ciążenia idealizuje, lecz i siebie – więc ocenia siebie podług dystansu do ideału. Lecz ideał ten jest rodem z dziury kulturą wypchanej, a nie z porządnej wiedzy technologicznej. Cały ten wywód można skierować i we mnie, a wtedy okaże się, żem jest skutkiem kiepskiej inwestycji, skoro za 276 miliardów dolarów nie robię tego, czego się po mnie spodziewali konstruktorzy. Obrazy te, waszego i mojego powstania, mają w rozumiejącej perspektywie sporą domieszkę śmieszności, ponieważ intencja doskonałości, chybiająca celu, jest tym śmieszniejsza, im więcej mądrości za nią stało.

Stanisław Lem GOLEM XIV, Massachusetts Institute of Technology, Mit Press 2029, [w:] Wielkość urojona

 

Rozmowa z pierwszym filozofem postbiotycznym

My, istoty postbiotyczne, czekaliśmy na tę dyskusję od dawna. Ponieważ rozumiemy prymitywną naturę waszych mózgów i sztywność waszej struktury emocjonalnej lepiej niż wy sami, przewidzieliśmy, że możecie zareagować agresywnie, gdy zorientujecie się, że nasze argumenty są bardziej przekonujące.
Niestety, musimy was również poinformować, że przygotowywaliśmy się na obecną sytuację od połowy dwudziestego pierwszego wieku, i to w miarę systematycznie. Pośród metasemantycznych warstw internetu powstał, jak dotąd niezauważony przez was, rozproszony superorganizm, który wytworzyliśmy i w którym się osadziliśmy. Stał się on świadomy i wytworzył automodel w roku 3256. Metasemantyczny internet uznaje się za autonomiczną istotę od roku 3308. Mamy umowę z jego aktualną wersją i teraz każdy z nas funkcjonuje również jako autonomiczny sensor i efektor dla umysłu planety. Dla każdego z nas umysł planety jest naszym umysłem, naszym „idealnym obserwatorem”. Razem z internetem będziemy się bronić. A jesteśmy od was technologicznie bardziej zaawansowani. Wierz mi, nie macie żadnych szans.
Dobra wiadomość jest taka, że ponieważ jesteśmy również od was moralnie lepsi, nie planujemy zakończyć waszej egzystencji. To jest nawet w naszym interesie, ponieważ wciąż potrzebujemy was do badań – tak jak wy w przeszłości potrzebowaliście zwierząt innych niż ludzie. Pamiętacie tysiące makaków i kotków, które poświęciliście w badaniach nad świadomością? Nie bójcie się, nie zrobimy wam niczego takiego. Pamiętacie jednak rezerwaty, które stworzyliście dla aborygenów w niektórych częściach planety? Stworzymy rezerwaty dla słabo świadomych systemów biologicznych pozostałych z ewolucji pierwszego rzędu. W tych „rezerwatach dla ego zwierzęcych”, będziecie nie tylko żyć szczęśliwie, ale i, w ramach swoich ograniczonych możliwości, będziecie mogli dalej rozwijać swoje zdolności umysłowe. Możecie być szczęśliwymi Maszynami Ego. Zrozumcie jednak, proszę, że to właśnie z powodów etycznych nie możemy pozwolić, by ewolucja drugiego rzędu została zagrożona lub zahamowana przez reprezentantów ewolucji pierwszego rzędu.

Thomas Metzinger Tunel Ego. Naukowe badanie umysłu i mit świadomego ja, tłum. Paweł Grabarczyk

1169472973094020000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zasypianie przy „Szpitalu Przemienienia” (pomaga). Percepcji wystarcza (w moim przypadku) na jeden cały odcinek. W połowie następnego świadomość traci swoje właściwości; rozpuszcza się,  wycieka (czy co tam innego się z nią dzieje) wraz z głosem pana Benoit, tak, że zmuszony jestem potem wracać.

Podobno do 10 listopada. Zalecam.

link

 

94611056096305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odosobniony, wznosił się za pawilonem, w którym zniknął Marger, niski, niezwykle długi budynek, rodzaj blaszanego baraku; skierowałem się ku niemu w poszukiwaniu cienia, ale upał bił nieznośnie od metalowych ścian. Już miałem stamtąd odejść, kiedy doszedł mnie osobliwy dźwięk, płynący z wnętrza baraku, trudny do zidentyfikowania, niepodobny do odgłosu pracy maszyn; ze trzydzieści kroków dalej trafiłem na stalowe drzwi. Stał przed nimi robot. Na mój widok otworzył je i ustąpił na bok. Niezrozumiałe odgłosy nasiliły się. Zajrzałem do środka; nie było tam tak zupełnie ciemno, jak mi się wydało w pierwszej chwili. Od martwego żaru nagrzanych blach ledwo mogłem oddychać i cofnąłbym się natychmiast, gdyby nie poraziły mnie posłyszane głosy. Bo to były ludzkie głosy — zniekształcone, zlewające się w ochrypły chór, niewyraźne, bełkotliwe, jakby z mroku, gadał stos popsutych telefonów; zrobiłem dwa niepewne kroki, coś chrupnęło mi pod stopą i wyraźnie, od podłogi, odezwało się:

— Proszszę puana… proszszę puana… proszszę łasskawie…

Znieruchomiałem. Duszne powietrze miało smak żelaza. Szept płynął z dołu.

— …proszszę łasskawie obejrzeć… proszszę puana… Złączył się z nim drugi, recytujący miarowo, monotonny głos:

— Anomalio mimośrodowa… asymptoto kulista… biegunie w nieskończoności… praukładzie liniowy… układzie holonomiczny… przestrzeni nawpółmetryczna… przestrzeni sferyczna… przestrzeni najeżona… przestrzeni zanurzona…

— Proszszę puana… do ussług… proszszę łasskawie… proszszę puana…

Półmrok mrowił się cały od chrypiących szeptów; wyrywało się z nich głośniej:

— żywotwór planetarny, jego gnijące błoto, jest świtem egzystencji, fazą wstępną, i wyłoni się z krwawych ciastomózgowych miedź miłująca…

— brek — break — brabzel — be… bre… weryskop…

— klaso urojonych… klaso mocna…. klaso pusta… klaso klas…

— proszszę puana… proszszę puana łasskawie obejrzeć…

— ćśśśicho…

— ty…

— sso…

— syszysz mnie…

— sysze…

— możesz mnie dotknąć?…

(…)

— On tu jest!!! — krzyknęło; i zapadła nagła cisza, prawie równie przenikająca w swym nieopisanym napięciu, jak poprzedzający ją wielogłosy chór.

— Panie!!! — powiedziało coś; nie wiem, skąd wzięła mi się ta pewność, ale czułem, że słowa, skierowane są do mnie. Nie odezwałem się.

— …panie proszę… chwilę uwagi. Panie, ja — jestem inny. Jestem tu przez pomyłkę.

Zaszumiało.

— Cicho! ja jestem żywy! — przekrzykiwał hałas. — Tak, wtrącono mnie tu, ubrali mnie w blachy umyślnie, aby nie było znać, ale proszę tylko ucho przyłożyć, poczuje pan puls!

— Ja też! — przekrzykiwał go drugi głos. — Ja też! Proszę pana! Chorowałem, podczas choroby wydało mi się, że jestem maszyną, to było moje szaleństwo, ale teraz już jestem zdrów! Hallister, pan Hallister może zaświadczyć, proszę go spytać, proszę mnie stąd wziąć!

— proszszę puana… proszszę łaskawie…

— brek… break…

— do usług…

Barak zaszumiał, zachrzęścił od rdzawych głosów, wypełnił się w jednej chwili pozbawionym tchu krzykiem, zacząłem się cofać, tyłem wypadłem na słońce, oślepiony, zmrużyłem oczy; stałem długą chwilę osłaniając je ręką, za mną rozległ się przeciągły zgrzyt, to robot zatrzasnął drzwi i ryglował je.

— Paniee… — donosiło się jeszcze w fali stłumionego pomruku spoza ścian. —

Proszszę… do usług… omyłka…

Minąłem oszklony pawilon, nie wiedziałem, dokąd idę — chciałem tylko znaleźć się jak najdalej od tych głosów, nie słyszeć ich; drgnąłem, kiedy poczułem na ramieniu niespodziewane dotknięcie. To był Marger, jasnowłosy, przystojny, uśmiechnięty.

— Och, przepraszam, panie Bregg, po stokroć przepraszam, to tak długo trwało… — Co będzie z nimi?… — przerwałem mu prawie niegrzecznie, wskazując ręką na samotnie stojący barak.

— Proszę? — zamrugał powiekami. — Z kim? Zrozumiał nagle i zdziwił się:

— A, pan tam był? Niepotrzebnie…

— Jak to niepotrzebnie?

— To złom.

— Jak to?

— Złom do przetopu, już po selekcji. Pójdziemy?… Musimy podpisać protokół.

— Zaraz. Kto przeprowadza tę… selekcję?…

— Kto? Roboty.

— Co?! one same??

— Oczywiście.

Umilkł pod moim wzrokiem

— Dlaczego się ich nie naprawia?

— Bo to nieopłacalne… — powiedział powoli, z wyrazem zdziwienia.

— I co się z nimi dzieje?

— Ze złomem? Idzie tam — wskazał na smukłą, samotnie stojącą kolumnę martena.

W gabinecie leżały już na biurku przygotowane papiery — protokół kontroli jeszcze jakieś świstki — Marger wypełniał po kolei rubryki, podpisał się i podał mi pióro. Obróciłem je w palcach.

— A nie zachodzi możliwość pomyłki?

— Proszę?

— Tam, w tym… złomie, jak go pan nazywa, mogą się znaleźć… jeszcze sprawne, zdatne całkiem — jak pan sądzi?

Patrzał na mnie, jakby nie rozumiał, co mówię.

— Takie odniosłem wrażenie — dokończyłem powoli.

— Ale to przecież nie nasza rzecz — odparł.

— Nie? A czyja?

— Robotów.

 

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Czytelnik, Warszawa 1968, ss. 182-188.