1169472973094020000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Zasypianie przy „Szpitalu Przemienienia” (pomaga). Percepcji wystarcza (w moim przypadku) na jeden cały odcinek. W połowie następnego świadomość traci swoje właściwości; rozpuszcza się,  wycieka (czy co tam innego się z nią dzieje) wraz z głosem pana Benoit, tak, że zmuszony jestem potem wracać.

Podobno do 10 listopada. Zalecam.

link

 

Reklamy

94611056096305700000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Odosobniony, wznosił się za pawilonem, w którym zniknął Marger, niski, niezwykle długi budynek, rodzaj blaszanego baraku; skierowałem się ku niemu w poszukiwaniu cienia, ale upał bił nieznośnie od metalowych ścian. Już miałem stamtąd odejść, kiedy doszedł mnie osobliwy dźwięk, płynący z wnętrza baraku, trudny do zidentyfikowania, niepodobny do odgłosu pracy maszyn; ze trzydzieści kroków dalej trafiłem na stalowe drzwi. Stał przed nimi robot. Na mój widok otworzył je i ustąpił na bok. Niezrozumiałe odgłosy nasiliły się. Zajrzałem do środka; nie było tam tak zupełnie ciemno, jak mi się wydało w pierwszej chwili. Od martwego żaru nagrzanych blach ledwo mogłem oddychać i cofnąłbym się natychmiast, gdyby nie poraziły mnie posłyszane głosy. Bo to były ludzkie głosy — zniekształcone, zlewające się w ochrypły chór, niewyraźne, bełkotliwe, jakby z mroku, gadał stos popsutych telefonów; zrobiłem dwa niepewne kroki, coś chrupnęło mi pod stopą i wyraźnie, od podłogi, odezwało się:

— Proszszę puana… proszszę puana… proszszę łasskawie…

Znieruchomiałem. Duszne powietrze miało smak żelaza. Szept płynął z dołu.

— …proszszę łasskawie obejrzeć… proszszę puana… Złączył się z nim drugi, recytujący miarowo, monotonny głos:

— Anomalio mimośrodowa… asymptoto kulista… biegunie w nieskończoności… praukładzie liniowy… układzie holonomiczny… przestrzeni nawpółmetryczna… przestrzeni sferyczna… przestrzeni najeżona… przestrzeni zanurzona…

— Proszszę puana… do ussług… proszszę łasskawie… proszszę puana…

Półmrok mrowił się cały od chrypiących szeptów; wyrywało się z nich głośniej:

— żywotwór planetarny, jego gnijące błoto, jest świtem egzystencji, fazą wstępną, i wyłoni się z krwawych ciastomózgowych miedź miłująca…

— brek — break — brabzel — be… bre… weryskop…

— klaso urojonych… klaso mocna…. klaso pusta… klaso klas…

— proszszę puana… proszszę puana łasskawie obejrzeć…

— ćśśśicho…

— ty…

— sso…

— syszysz mnie…

— sysze…

— możesz mnie dotknąć?…

(…)

— On tu jest!!! — krzyknęło; i zapadła nagła cisza, prawie równie przenikająca w swym nieopisanym napięciu, jak poprzedzający ją wielogłosy chór.

— Panie!!! — powiedziało coś; nie wiem, skąd wzięła mi się ta pewność, ale czułem, że słowa, skierowane są do mnie. Nie odezwałem się.

— …panie proszę… chwilę uwagi. Panie, ja — jestem inny. Jestem tu przez pomyłkę.

Zaszumiało.

— Cicho! ja jestem żywy! — przekrzykiwał hałas. — Tak, wtrącono mnie tu, ubrali mnie w blachy umyślnie, aby nie było znać, ale proszę tylko ucho przyłożyć, poczuje pan puls!

— Ja też! — przekrzykiwał go drugi głos. — Ja też! Proszę pana! Chorowałem, podczas choroby wydało mi się, że jestem maszyną, to było moje szaleństwo, ale teraz już jestem zdrów! Hallister, pan Hallister może zaświadczyć, proszę go spytać, proszę mnie stąd wziąć!

— proszszę puana… proszszę łaskawie…

— brek… break…

— do usług…

Barak zaszumiał, zachrzęścił od rdzawych głosów, wypełnił się w jednej chwili pozbawionym tchu krzykiem, zacząłem się cofać, tyłem wypadłem na słońce, oślepiony, zmrużyłem oczy; stałem długą chwilę osłaniając je ręką, za mną rozległ się przeciągły zgrzyt, to robot zatrzasnął drzwi i ryglował je.

— Paniee… — donosiło się jeszcze w fali stłumionego pomruku spoza ścian. —

Proszszę… do usług… omyłka…

Minąłem oszklony pawilon, nie wiedziałem, dokąd idę — chciałem tylko znaleźć się jak najdalej od tych głosów, nie słyszeć ich; drgnąłem, kiedy poczułem na ramieniu niespodziewane dotknięcie. To był Marger, jasnowłosy, przystojny, uśmiechnięty.

— Och, przepraszam, panie Bregg, po stokroć przepraszam, to tak długo trwało… — Co będzie z nimi?… — przerwałem mu prawie niegrzecznie, wskazując ręką na samotnie stojący barak.

— Proszę? — zamrugał powiekami. — Z kim? Zrozumiał nagle i zdziwił się:

— A, pan tam był? Niepotrzebnie…

— Jak to niepotrzebnie?

— To złom.

— Jak to?

— Złom do przetopu, już po selekcji. Pójdziemy?… Musimy podpisać protokół.

— Zaraz. Kto przeprowadza tę… selekcję?…

— Kto? Roboty.

— Co?! one same??

— Oczywiście.

Umilkł pod moim wzrokiem

— Dlaczego się ich nie naprawia?

— Bo to nieopłacalne… — powiedział powoli, z wyrazem zdziwienia.

— I co się z nimi dzieje?

— Ze złomem? Idzie tam — wskazał na smukłą, samotnie stojącą kolumnę martena.

W gabinecie leżały już na biurku przygotowane papiery — protokół kontroli jeszcze jakieś świstki — Marger wypełniał po kolei rubryki, podpisał się i podał mi pióro. Obróciłem je w palcach.

— A nie zachodzi możliwość pomyłki?

— Proszę?

— Tam, w tym… złomie, jak go pan nazywa, mogą się znaleźć… jeszcze sprawne, zdatne całkiem — jak pan sądzi?

Patrzał na mnie, jakby nie rozumiał, co mówię.

— Takie odniosłem wrażenie — dokończyłem powoli.

— Ale to przecież nie nasza rzecz — odparł.

— Nie? A czyja?

— Robotów.

 

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Czytelnik, Warszawa 1968, ss. 182-188.

14240420007076700000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Jeżeli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, nie donoszone, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyławiamy i rekonstruujemy, aż zaczynamy widzieć całe miłości, całe zdrady i klęski, chociaż naprawdę jesteśmy cząstkowi, byle jacy. Nasze twarze, nasze losy urabia statystyka, jesteśmy wypadkową ruchów brownowskich, ludzie to niedokończone szkice, przypadkowo zarysowane projekty. Perfekcja, pełnia, doskonałość — to rzadki Wyjątek, zdarzający się tylko dlatego, że wszystkiego jest tak niesłychanie, niewyobrażalnie wiele! Olbrzymiość świata, nieprzeliczalna jego mnogość jest automatycznym regulatorem codziennej zwyczajności, dzięki niej uzupełniają się pozornie luki i wyrwy, myśl dla własnego zbawienia odnajduje i scala odległe fragmenty. Religia, filozofia są klejem, wciąż składamy i zbieramy rozpełzające się w statystykę ochłapy, żeby je złożyć w sens, jak w dzwon naszej chwały, żeby odezwały się jednym, jedynym głosem! Tymczasem jest tylko zupa. Matematyczny ład świata to nasza modlitwa do piramidy chaosu. Na wszystkie strony wystają kawałki życia poza znaczenia, które ustaliliśmy jako jedyne, a my nie chcemy, nie chcemy tego widzieć! Tymczasem istnieje tylko statystyka”.

Stanisław Lem „Śledztwo”

52461916524905800000000000000000000000000000000000000000000000

Reprodukcja hasła MATKA ze słownika Zerolangu, przepowiedzianego na rok 2190 + 5 lat. (Według Zwiebulina i Courdlebye’a.)

MATKA rzecz. rodz. ż. 1. Mała atomówka, cz. minibomba atomowa, prod. nieleg., używ. gł. przez poryw., terr., maf., gang., narkom., szal., kontest., band., szantaż., zbocz., i in. MATECZKA, taż, noszona w teczce, zwykle z zapaln. zdaln. MATULA, także: MATULINA, taż w otulinie radioaktywnej wzmag. sił. raż. MATUSIA, także MATUŚKA, taż, z otuliną sporz. z siarczk. kob. i strontu (Co. St). MAMUNCJA — taż, o ładunku równoważn. l Uncji uranu (U 235). MATUCHNA, także: ZERUCHNA, mała b.a. z otuliną z izotop, uranu, węgla, azotu i argonu (U, C, H, N, A). Powód, skażenie trwałe w prom. l mili. MAMULINA, MAMULITKA, MAMULINEK — m. bomba wodorowa z litem (Lithium) jako substr. ekspl. 2. Kobieta, kt. urodziła dziecko (nie używ.)

Stanisław Lem, Vestranda Ekstelopedia. Arkusz próbny, [W:] Doskonała próżnia. Wielkość urojona, Kraków 1974, s. 316.

pępowina