843645135740915000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

wyliczanka

 

                                       dla F.

 

solenizant z jubilatem

ene due like you facet

czwarta z drugą

wiosna z latem

søren knausgård

miś uszatek

enerde enerde

hułałej

bęc

 

Reklamy

322243767409511000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że coś, co jednego dnia wydawało mi się pełne znaczenia i sensu, drugiego było dla mnie już tylko niedorzecznością.

Fífill

 

 

Myśl, owszem, ciekawa… ciekawa myśl… Szkoda że niezbyt jest nowa, bo to już Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach:

„Również, a nawet zwłaszcza to, co sam kiedyś napisałem, było dla mnie już niezrozumiałe. Stale nawiedzała mnie myśl, że to czy inne zdanie jest tylko pozornie czymś sensownym, a naprawdę co najwyżej jakąś protezą, wykwitem naszej ignorancji, nieporadnym organem, którym, jak niektóre rośliny i zwierzęta morskie swoimi antenami, na ślepo wymacujemy otaczającą nas ciemność”.

W.G. Sebald Austerlitz, tłum. M. Łukasiewicz

link

199157600921893000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

peron północny

 

wnętrze jest tam gdzie dłuży się i nie wysiada
tu jesteś moja piłeczko mój kłębuszku
bo widzisz teraz zaprowadzisz mnie do przejścia
wystarczy wsłuchać się w miarowość
kroki ważne są kroki
tam-tam konduktor z krótkofalówką
dudniący w beton betonowe
tam-tam idiofon zwołujący na przerwę
staruszki surykatki stojące na czatach
o prowadź mnie do przejścia z dnia na dzień
przez jasne długie proste i bez cienia
o odsłoń widok na monitor
z paskiem informującym na okrągło
z paskiem informującym na okrągło

 

 

Piękna Telefonia

 

Ma ładne oczy, chociaż jeszcze się nie narodziła.
Na razie wystąpiła w kilku naszych reklamach.
Damy jej osobowość, damy jej media społecznościowe.
Damy jej życie pełne interakcji.

 

 

CHMURO

 

nie rozpadam się

(ciągle) się nie rozpadam

 

123086166487618000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

kolos z RODO

 

Jesteśmy  śmiesznie ograniczeni naszymi „ja” wykształcanymi w z góry ustalonym porządku, jesteśmy ograniczeni dziedzictwem, nabytym doświadczeniem, zespołem ugruntowanych przekonań, przychylnym otoczeniem, tak zwanym światopoglądem. Boimy się wskoczyć w czyjeś buty, i nagle, gdy przyjdzie nam na to (a jakże) ochota, z tych butów wyskoczyć. Kurczowo trzymamy się naszych „ja”, bo tak jest wygodnie. Jest tak, jakby przestarzały komputer bał się rozbudowy pamięci. Zrozumiał to Borges znużony, co nie chciał być więcej Borgesem.

76071434434275900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

donos

 

Letni wieczór w miejskim, słabo oświetlonym parku, spacerujemy tam wczoraj z Z., gdy nagle atakuje nas jakaś kobieta po siedemdziesiątce: – Tyle hałasu! Nie umiecie norrmalnie po ludzku chodziććć!
Ma wibrujący, wwiercający się w uszy, dość nieprzyjemny głos, wymachuje przy tym siatką z zakupami.
Pełna konsternacja, nie wiemy jak się zachować wobec tego typu bezczelności.

Kobieta nie ustępuje: – Chodzić norrmalnie?! W końcu jesteście ludźmi! Umiecie chyba norrmalnie po ludzku chodzić?!

Gotuje się we mnie, już chcę coś powiedzieć, i tylko czuję jak Z. dyskretnie ciągnie moje ramię.
– Kurwa mać, chodzić na paluszkach, przysiad, woreczek z grrrochEM, po ludzku norrmalnie chodzić! Uczono was od dziecka kurwa norrmalnie chodziććć?!

Nie wytrzymuję. Jej głos doprowadza mnie do szału. Nie zważając na nieme protesty Z., podchodzę na tyle blisko, by babie zdrowo wygarnąć, gdy nagle dostrzegam, że kobieta ma sztuczną, płaską, pozbawioną wyrazu twarz, puste i zimne oczy, że jej lewy policzek oszpecają grudki stopionego plastiku, i że to robot.

– To niedopuszczalne, żeby robot dyktował nam, co mamy robić! – odpowiadam oburzony, a Z., który już teraz również wie, jak się mają sprawy, cedzi z typowym dla siebie dystansem: – Żyjemy w Polsce, tutaj obowiązuje ludzkie prawo.

Kobieta jakby się zawiesiła. Nic już nie mówi. Nie przestając wymachiwać siatką, odwraca się automatycznie na pięcie i żwawym krokiem oddala w stronę bramy.

Nie dajemy za wygraną. Nie możemy tego tak zostawić. Postanawiamy iść za nią, by dowiedzieć się gdzie mieszka i donieść na policję, żeby ją szybko zezłomowano. Jest sprytna i zwinna, w pewnym momencie musimy nawet biec, by za nią nadążyć.
Podążamy za nią aż do wejścia do starej przedwojennej kamienicy; korytarz jest tu oświetlony i z zewnątrz dobrze widoczny przez wielkie, zaprojektowane z rozmachem prostokątne okna, tak, iż bez trudu udaje nam się namierzyć, do których drzwi puka.
Generalnie* jesteśmy zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, wiemy już gdzie mieszka, udaje nam się dodatkowo zaobserwować, jak drzwi uchyla jej staruszek o kulach.

 


*od dawna marzyłem, żeby napisać opowiadanie z tym słowem. i chyba pasuje (przyp. mój)

47014732053341600000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Ponieważ jesteśmy słabi, słabowici, nie dozwalamy na żadną słabość. A jeśli nie życie, jeśli nie natura, to musi to być lektura, to znaczy życie i natura jako lektura, przez dłuższy czas wyłącznie natura w lekturze, życie z książek, czasopism, wszelkiego typu pism, budowanie z lektury mostów spinających pokawałkowaną i pozostawioną samej sobie naturę, z lektury, która jest jak natura, która jest jak życie”.

Thomas Bernhard Korekta, tłum. Marek Kędzierski

29056702380934300000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Mutacja kultury ludzkiej zmieniła ją w socjopatyczną machinę marketingową, zdominowaną przez priorytety gospodarcze i psychologiczną manipulację. Nigdy wcześniej indoktrynacja systemu kulturowego nie nakłoniła swoich uczestników do stłumienia tak dużej części ich człowieczeństwa. Tym wrogim przejęciem zbiorowej psychiki przewodzą coraz bardziej wyrafinowane przemysły propagandowe i dezinformacyjne, które mamią iluzją konsumenckiego szczęścia, szaleńczo nadmuchując nasze oczekiwania wobec materialnego świata. Współcześni konsumenci są najzacieklej atakowanymi przez propagandę osobami w historii. Bezwzględnie uporczywy, powtarzany efekt jest wysoce hipnotyczny, upośledza zdolność krytycznego myślenia, redukuje poczucie własnego „ja” i przekształca komercyjną nierzeczywistość w imitację znaczenia i celu.
(…)
Przedstawiciele młodszych pokoleń nie unikną kursu nudy, rozczarowania i demoralizacji. Jako produkty niewidzialnych rodziców, skomercjalizowanej edukacji, marketingu „od kołyski” i obłąkańczego programu kulturowego muszą dostroić się do modelu konsumpcyjnego, wiedząc przy tym doskonale, że niszczy planetę i zagraża ich przyszłości. W sposób zrozumiały młodzież należy zatem do pokolenia transu, z nienasyconym apetytem na każdą technologię, która może zredukować świadomość i przytłumić emocje. Gdy społeczeństwo pogrążone jest w kryzysie egzystencjalnym, zaś trajektoria życia emocjonalnego prowadzi w dół, trans pozostaje najprężniej rozwijającym się rynkiem konsumenckim.
John F. Schumaker, tłumaczenie: exignorant
źródło

11098672708526900000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

19 sierpnia

 

Lubiłem patrzeć jak kładą asfalt. Podchodziłem najbliżej jak tylko się dało, by poczuć żar. Lubiłem zapach świeżo kładzionego asfaltu, idealną błyszczącą wyrównującą stal walca, postęp, krzątaninę robotników. Wydawało mi się, że wystarczy zaasfaltować cały świat, a wszystko będzie odtąd proste i gładkie.

6859356963880480000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

więcej o barbarzyńcach

 

Bezustannie zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy uwstecznieni w stosunku do tych, którzy przyjdą po nas, którzy właśnie tak nas będą postrzegali, tak jak uwstecznieni wydają nam się ludzie, którzy żyli w wieku XIX, nie wspominając już o prehistorii. Ewolucja, postęp wiedzy, technologia; czegokolwiek byśmy TERAZ nie powiedzieli, JUŻ jesteśmy uwstecznieni, i wstydzimy się do tego przyznać.

4239315744646420000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

studnia

                                                                                        Thomasowi                         

Kopał na tyłach posesji, nikt nie przypuszczał, chociaż, kiedy po raz ostatni pokazał się we wsi (zakupy), mówił Piątkowi, że pierwszego maja przystępuje do pracy, przystępuję do pracy pierwszego maja, do Góreckiego, pierwszy maja dzień rozpoczęcia pracy. Ludzie byli przyzwyczajeni, starali się ignorować.

Miał tam zadbane, mimo że wiek, i że mieszkał sam.

Ostatnim, który go widział, był Nowak.

Nocą pracował przy świecy, to Sadowska, z daleka widziała ognik, przed snem, jedenasta, dwunasta, wychodziłam za foliaka na papierosa.

Postanowił, a jak sobie postanowił, zawsze dotrzymywał słowa.

Mówili, że się utopił, ale zabrakło mu tlenu, strażacy schodzili w maskach, całe wyposażenie, tak zwany specjalistyczny sprzęt, znikoma ilość tlenu, prawdopodobna przyczyna zgonu.

Jego zwłoki odkryto w nocy z ósmego na dziewiątego sierpnia, Więcek, sąsiad, nie mógł uciszyć psów.

Dół głębokości ok. 8 metrów i średnicy blisko 80 centymetrów. Strażacy byli zszokowani, że nie używał szpadla.

Nie miał paznokci, Nowak, ręce czarne jak smoła.

2620041219234060000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

gołąb  

 

W sobotę wieczorem na balkonie pojawił się gołąb. Uchyliłem drzwi balkonowe i zobaczyłem gołębia. Przycupnął w rogu. Z tych krakowskich albo warszawskich, szary, z zielonym, typowy gołąb odłączony od stada. Normalna sytuacja jest taka, pomyślałem; ja uchylam drzwi balkonowe – gołąb ucieka. W normalnej sytuacji gołąb wystraszony uchyleniem drzwi balkonowych, niespodziewanym wtargnięciem człowieka na wydawało się jeszcze przed chwilą całkowicie bezpieczny teren, taki gołąb ucieka, rejteruje, bierze nogi za pas. Sytuacja nie była normalna.

Gołąb tkwił.

Więc i ja utknąłem w drzwiach balkonowych, na ziemi niczyjej, pomiędzy terenem pokoju, a terenem należącym już teraz do gołębia, zaanektowanym tym jego nieludzkim tkwieniem. Bałem się i nie chciałem go wystraszyć. Przycupnąłem ostrożnie w drzwiach balkonowych i spojrzałem mu w oko. Było zmęczone. Dopiero teraz zacząłem dostrzegać szczegóły.

Przyleciałeś tu umrzeć, powiedziałem do gołębia, a on, jakby na potwierdzenie moich słów, przestąpił z nogi na nogę. Zrobił to z wielkim trudem, podjął ogromny wysiłek, przestąpił z nogi na nogę tylko po to, by w ten sposób potwierdzić moje słowa. Był zmizerowany. Wychudzony. Jego upierzenie znajdowało się w fatalnym stanie. Nie miał już siły.

Wybrałeś idealne miejsce, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, nie chciałem być cyniczny w obliczu śmierci. Patrzyłem w gołębie oko, ono patrzało na mnie, panowało milczenie. Przypomniałem sobie naraz mój stosunek do gołębi, ogólną niechęć, manifestowaną na każdym kroku, gdziekolwiek tylko się da, największą odrazę, wręcz nienawiść, i zrobiło mi się głupio. Zrobiło mi się żal.

Poczułem nagle jakiś nieznany mi dotąd rodzaj więzi z tym samotnym stworzeniem, które przyleciało tutaj, właśnie tutaj na mój balkon, by dokonać żywota, zarazem w tej samej chwili poczułem absurdalność; z jednej strony formy gołębiej, w które je przyobleczono, z drugiej mojej dziwacznej formy człowieczej. Pomyślałem, że chyba na tym polega prawdziwa miłość, że miłość, prawdziwa miłość pomiędzy dwojgiem stworzeń, polega na współodczuwaniu absurdu życia, że miłość to umiejętność współodczuwania absurdu życia.

Poszedłem po wodę. Sypnąłem ziarnem.

 

 

Postanowiłem sobie, że nie powinienem przeszkadzać mu w teraz, że byłoby nietaktem z mojej strony absorbować go w takiej sytuacji moją obecnością, że drobny gest, zbędne słowo, natychmiast zaburzyć by mogło tę trudno wytłumaczalną więź, która się między nami tego wieczoru zadzierzgnęła. Przyznaję, było w moim zachowaniu coś z tchórzostwa, czegoś wyraźnie się wystraszyłem. Tak naprawdę obawiałem się, że może mnie czymś zarazić. Że może być chory.

 

 

W nocy przez długi czas nie mogłem usnąć. Wyczuwałem jego obecność. Jego cierpienie. Wydawało mi się, że ciągle słyszę dochodzące zza drzwi balkonowych cichutkie pohukiwanie, szelest mierzwionego pierza, klaklklakk, trddn, odgłosy, dla których nie znajdowałem racjonalnego wytłumaczenia. Gdzieś około trzeciej w nocy przebudziłem się i natychmiast wystraszyłem panującą ciszą; ostrożnie wyszedłem na balkon, rozejrzałem się wokół. Był. Żył. Jego niewyraźna sylwetka majaczyła na balustradzie. Dostrzegłem też nieznaczne poruszenie.

 

 

W niedzielę, z samego rana, kiedy tylko się przebudziłem, pomyślałem, że to już. Koniec. Powoli, z przestrachem otwarłem drzwi balkonowe… i nigdzie; ani w rogu, ani na balustradzie, ani pod balkonową ławką nie dostrzegłem gołębia. Odleciał. Uciekł.

Poczułem ogromną radość (żyje! żyje!), która natychmiast, w jednej chwili przerodziła się w złość. Zacząłem pomstować na zaszczepiony mi w zaciszu salek katechetycznych sentymentalizm, na cały ten uczniacko-studencki brikolaż, na miłość, na sumienie –  gołąb zjadł ziarno, wylał wodę, i dosłownie na całym, calutkim balkonie pozostawił po sobie bladozielone, upstrzone czarnymi kropkami odchody.

 

Poczułem wściekłość.

Poczułem się silny.

618507831590667000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

clonnad

 

Oglądam stare seriale nieoglądane latami typu Robin Hood, poszukując archetypicznych twarzy, o których z pewnością zapomniałem, a które na pewno gdzieś tam głęboko i dawno utkwiły sobie w mej nieświadomości, i teraz często (podczas gdy ja nie zdaję sobie nawet z tego sprawy) nakładają się na te, które oglądam współcześnie, wywołując określony efekt.