3631938672408250000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Musisz mieć swoje wiadro

 

Zranił go pierwszy pokój. Pierwsze mieszkanie wbiło mu nóż w plecy i obracało. Myśli o tym.
Właśnie z tego, jak również z kilku innych powodów, nie powinien był pojawiać się na tej kolacji. Nic już go z nimi nie łączy. To też.

Uwiązania, rozwiązania, stopnie, podróże, pozycje, pozy przeplatane uśmieszkami i wznoszeniem toastów. Mówią o paradygmatach, pielęgnują swoje mikrofaszyzmy rzucając na prawo i lewo nazwiskami.

Jednak najbardziej irytuje go on. Siedzi po drugiej stronie, aktywnie uczestniczy w rozmowie, od czasu do czasu posyłając mu ironiczne spojrzenie. W pewnym momencie ma go już serdecznie dość, tak bardzo, że proponuje zabawę – powoli, nie tracąc go z oczu, obniża swoją pozycję na krześle, następnie klęka. Teraz jedynie głowa wystaje ponad krawędź stołu.

On bez wahania robi tak samo.

Najpierw lewą, potem prawą nogę wkłada do wiadra. On postępuje podobnie, nie przestając się przy tym uśmiechać.  – I co teraz? – pyta.

– Zjedziemy. W korytarze.

– Korytarze?

– Korytarze, piramidy, linie powietrzne, co chcesz.

Nie czekając na niego, konsekwentnie postępuje dalej według swoich zasad – i już zaczyna stąd zjeżdżać przez dywany, podłogi i piętra.

Po upływie kilkunastu minut zauważa go znowu. Uśmiechnięty od ucha do ucha zjeżdża tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki, nie tracąc przy tym rezonu. Jest jak złośliwy kot.

 

Na dole, w katakumbach, wydobywa nogi z wiadra, odwraca się na pięcie, robi pięć kroków, zatrzymuje… i bardzo dobrze wiedząc o tym, że on również wykonał identyczne czynności, błyskawicznie zawraca i wskakuje do jego wiadra.

On się waha. Po raz pierwszy się waha.
Jest zdezorientowany.

– I co teraz?

– Musisz mieć swoje wiadro.

– Swoje?

– Właśnie to. Żadne inne nie wchodzi w rachubę.

– Ale… dlaczego?

– To proste. Jeśli nie chcesz znaleźć się w Azji albo Australii, musisz mieć swoje wiadro.

Unosi się teraz powoli, pozostawiając go tam w dole; wytrąconego z równowagi, oniemiałego. Dopiero kiedy jest na wysokości pierwszego piętra, do jego uszu dochodzi rozpaczliwy głos:  – A ty?

– Mnie jest wszystko jedno.

 

Reklamy

2244661544603470000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

A może moja odraza do kanałów przyrodniczych ma swe źródło w ogólnej odrazie, jaką odczuwam w stosunku do mediów? Może kanały przyrodnicze idą tą samą drogą, gonią za sensacją, pokazują tylko to, co jest gwałtowne, szokujące (zagryzanie, kopulacja, walka o terytorium), prą po najmniejszej linii oporu? Mówię o tym, biorąc na świadka czarnego żuczka z długaśnymi czułkami, którego zauważyłem po południu na nasłonecznionej ścianie baraku, a któremu przypatrywałem się przez dłuższy czas, zachwycając się jego, przerywaną jedynie drobieniem kroków lub lizaniem odnóży, cudownie monotonną egzystencją.

529892711006095000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

I niech sobie gadam

 

Zauważyłem zresztą, że lubicie, kiedy wpadam w ten ton. Jestem wtedy taki bardziej ludzki (mniej porąbany); nie cytuję, nie małpuję, nie popełniam wierszyków. Dobrze zatem. Korzystając z mojej chwilowej niedyspozycji, opowiem wam szybciutko pouczającą historię.

Mogę być już nieomal pewien, że wyrosłem z epoki, kiedy usuwałem, kasowałem, rzucałem w cholerę. Do takiego właśnie wniosku doszedłem dzisiaj po dokładnej, niezwykle precyzyjnej analizie mojego niedawnego zachowania. Ściślej rzecz ujmując, chodziło tym razem o tak zwane wewnętrzne rozterki związane z moim członkostwem jako W_G_Sebald w grupie Hispanohablantes na pewnym serwerze szachowym. Tak, tak, tak, przeszło rok temu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, zapisałem się do grupy! Oczywiście, nigdy w życiu nie zapisałbym się do jakiejkolwiek innej grupy, takiej jak, dajmy na to Polski Klub Szachowy,  play chess poland, czy też Polscy szachiści łączmy się!, i to nawet w przypadku, gdyby ktoś, jak w tamtej piosence, z pistoletem zaszedłby mi drogę – ale Hispanohablantes?, dlaczegóż by nie?, pomyślałem sobie wtedy. Naturalnie, ani ja Hispano, ani tym bardziej hablantes (umiem tylko bąknąć), zrobiłem to wówczas w chwili niesamowitej słabości, przystając skwapliwie na zaproszenie głównodowodzącego (nawiasem mówiąc, sympatycznego grupowego administratora).

No więc niedawno pomyślałem sobie odwrotnie. Pomyślałem sobie, że to jednak głupie należeć do grupy, a w dodatku do Hispanohablantes, i natychmiast postanowiłem usunąć stamtąd siebie, a co za tym idzie mojego W_G_Sebalda. Traf chciał, że wcześniej zerknąłem nieopatrznie na wewnętrzne forum grupy, gdzie przeczytałem, iż administrator jest  n i e s ł y c h a n i e   d u m n y  z ogólnej liczby punktów turniejowych zgromadzonych przez Hispanohablantes (ogólna liczba punktów turniejowych grupy, oczko w głowie każdego administratora grupy, to suma punktów turniejowych zgromadzonych przez poszczególnych członków grupy). Na moje nieszczęście, co też zaraz sobie skalkulowałem, liczba moich punktów turniejowych stanowiła (stanowi) niemal połowę ogólnej liczby punktów turniejowych Hispanohablantes

Już teraz wiecie. Musiałem zostać… Nie miałem wyboru. Pomyślałem sobie, że głównodowodzącemu Hispanohablantes byłoby po prostu bardzo przykro, gdyby pewnego dnia spostrzegł, że ogólna liczba punktów turniejowych jego grupy zmalała nagle o połowę. I analogicznie – czy i wam nie byłoby chociaż troszeczkę przykro, gdyby któregoś dnia okazało się, że nie ma już tutaj listów, a co za tym idzie, wypocin tego idioty?

Na ostrzach trójzębu Neptuna, ewentualnie na zapchanych dziurkach swojego nosa, mógłbym policzyć tutaj te liściki, z których naprawdę jestem zadowolony [trzy razy o, zauważyli(ły)ście?]. Myślę jednak, że ważniejsze w tym wszystkim jest coś innego, coś bardziej uniwersalnego; otóż ważne jest trwanie, nieustanne skupienie, nawet jeśli jest to tylko nieustanne skupienie psa robiącego niekończącą się kupę.

Dobrej nocy.

 

 

327491705792592000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Infekcja w toku. Aspiryna, i tak dalej. Trudności z koncentracją, i tak dalej. Jednak nic nie smuci mnie bardziej od obserwacji kilkudziesięciu niemych, niegdyś aktywnych, blogów. Czy tak wygląda dojrzałość? Przechodzenie na wyższy poziom rozwoju? Siedzę tu i zdaję sobie takie i podobne pytania, składając to na karb (brak).

Miałem już tutaj nie wypisywać tak zwanych wewnętrznych wynurzeń, raczej wierszyk, cytacik, chwila lekkiej muzyki (to ostatnie to cytat), żeby było przyjemnie i za bardzo nie bolało, ale katar, gardło, mięśnie, głowa.

Pozostawione zdania są jak blizny, z którymi należy się pogodzić.

202401005213503000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Para psów koloru wątroby pędziła tam i z powrotem za ogrodzeniem ujadając, rwąc się do niego”.

Georges Perec „Człowiek, który śpi”, przeł. Anna Wasilewska

„Przy zielono pomalowanej bramie ogrodu miotał się pies, zupełnie wytrącony z równowagi, jakby stracił rozum. Był to wielki czarny nowofundlandczyk, którego przyrodzoną łagodność zaburzyło złe traktowanie, długa samotność albo krystaliczna pogoda”.

W.G. Sebald „Czuję. Zawrót głowy”, przeł. Małgorzata Łukasiewicz