133133688169363000000000000000000000000000000000000000000000000000000000

początek

pięć seriali na krzyż
już mi się wszystko plącze
a to dopiero początek

Reklamy

50852543833066800000000000000000000000000000000000000000000000000000000

geo

Jacyś ludzie na wzgórzu. Mogę mówić spokojnie, ponieważ jest zła pogoda, cieszy mnie każdy dzień, kiedy na dworze jest zła pogoda, mogę wtedy mówić spokojnie (być może ma to związek z tym, że wtedy inni wydają mi się spokojniejsi). Jakby wytyczali. Dwóch razem i ten trzeci wskazujący. Trzeci instruujący. Tłumaczy, rozdziela instrukcje, gestykuluje. Razem stanowią trzy punkty. Przesuwają się w dopuszczalnych granicach przesuwu. Tworzą trójkąt. Jeszcze nie wiedzą, że sami są wytyczani.

19423943329837700000000000000000000000000000000000000000000000000000000

spokój

Czy można opisać spokój? Coś takiego, gdy nic się nie dzieje? Może tylko resztki zachodzącego słońca odbijają się w roletach obserwowanego zza żywopłotu budynku. I czy można to rozwijać, rozwijać w nieskończoność?

Przede wszystkim nie ma ludzi. Nie ma szumu. Wokół wcale nie jest cicho; słychać niezbędne owady, od czasu do czasu ulicą schowaną za plecami przejedzie konieczne auto, lecz nawet nieuchronna ciężarówka nie stanowi w tym wypadku problemu – to tylko chwila, upust, i zaraz wszystko powraca do pierwotnego stanu. Jest spokój.

To, że nie ma ludzi, oznacza równocześnie, że nie ma ja. Brak irytacji. Brak interakcji. Ktoś obserwuje – to prawda, ale ten ktoś jest sobie obojętny, zamknięty krwiobieg dostarczający tlen do mózgu.

7419286156446170000000000000000000000000000000000000000000000000000000

lynchowanie

– Można też powiedzieć, że znów robi, za przeproszeniem, rewoltę. Przecież  powrót po ćwierć wieku do tych samych twarzy, teraz naturalnie zniszczonych przez upływ czasu, to powrót do twarzy prawdziwych.

– No właśnie. Normalnie trudno jest zaobserwować w serialu proces starzenia się poszczególnych postaci. Sezon goni sezon, tak jak w życiu.

– I jeszcze te piękne dłużyzny, ta kpina z percepcji współczesnej widowni.

4585371016945310000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Cały czas obserwowałem z mojego okna na górze, z Höllerowskiej mansardy, jak Höller w swojej pracowni na dole wypycha olbrzymiego czarnego ptaka, wpychał w ptaka coraz więcej waty, myślałem, obserwowałem go z tego miejsca bardzo przydatnego do obserwacji tego typu, tak długo, aż ptak został całkowicie wypchany, a więc stałem bez ruchu co najmniej pół godziny, aż zobaczyłem, że Höller wypchał już ptaka całkowicie. Naraz Höller rzucił tego wypchanego ptaka na ziemię, zerwał się na nogi i wybiegł na zaplecze pracowni, nie widziałem go wprawdzie, ale czekałem, obserwując pracownię, dopóki ponownie nie spostrzegłem Höllera, wrócił i znowu usiadł w fotelu i znów zaczął wypychać ptaka, obok Höllera widziałem teraz na podłodze olbrzymią stertę waty, pomyślałem, że Höller stopniowo wepchnie tę olbrzymią stertę waty w tego, jak pierwotnie sądziłem, już całkowicie wypchanego ptaka. Noc jest dla niego znośna tylko dlatego, że wypycha tego ptaka, pomyślałem. Jeszcze o północy wciąż był zajęty wypychaniem ptaka. A ja wciąż zastanawiałem się, jaki to ptak, jeszcze nie widziałem takiego olbrzymiego i równie czarnego ptaka, myślałem, i że jest to chyba jakiś gatunek tutaj się niepojawiający, z zagranicy, zastanawiałem się, czy nie zejść na dół, do Höllera do pracowni, i nie zapytać go, jaki to gatunek ptaka. Możliwe, że jest to tak zwany ptak egzotyczny, że jeden z zamożniejszych myśliwych z doliny, z tych urodzajnych terenów, myśliwych, którzy bardzo często wyjeżdżają na polowania za granicę i do zamorskich krajów, przywiózł go stamtąd, z Ameryki Południowej lub z Afryki, z jaką niewiarygodną energią Höller wypychał teraz ptaka watą, nie wyobrażałem sobie, że w ptaku może być tyle miejsca na watę (…)”.

Thomas Bernhard „Korekta”, przeł. Marek Kędzierski

 

2833915139500870000000000000000000000000000000000000000000000000000000

smutek (próba wypowiedzenia, początek XXI wieku)

Podczas gdy nocą wsłuchuję się w głosy kaczek i rechoty żab dochodzące znad wody przez uchylone okno (wszystko zdaje się teraz rozmnażać), te głosy kaczek i rechoty żab jakby wydobywające się spod lodu, rozmrożone, które nie dają mi zasnąć, będące potwierdzeniem okrutnych praw natury, a jednocześnie żywym przykładem działania mechanizmu zegara biologicznego, dotyczącego także i mnie, a tym samym działającego mi na nerwy, moje przerażenie kumuluje się, i również ono nie daje mi zasnąć. To, co teraz piszę, piszę wyłącznie dla siebie, jeszcze nie wiem, czy się tym podzielę, jest to zbyt poważne i odstręczające, i nie chciałbym teraz, by zostało w jakikolwiek sposób odebrane. Nie chciałbym być narażony z tego powodu na jakiekolwiek interpretacje ani, tym bardziej, zakulisowe uniesienia brwi. W pewnym momencie mojego życia, kiedy zrozumiałem, że lubiano mnie tylko z litości albo za ironię (a więc nie rozumiano mnie wcale), a to, co smutne, wstrętne i żałosne*, a więc najbardziej mi bliskie, pozostawiano bez komentarza, zamknąłem się na dobre na komentarze i polubienia postanowiwszy nigdy więcej nie dawać powodów zarówno dla pierwszego, jak i drugiego. A mimo wszystko to, co teraz piszę, starając się nieudolnie zabezpieczać przed podobną interpretacją zarówno z jednej jak i drugiej strony, z całą pewnością zawiera elementy, które przeoczyłem, wynikające z mego wypaczonego charakteru, dające powody do pierwszego i/lub drugiego, podczas gdy mnie samemu wydaje się naturalnie, że staram się naprawdę obiektywnie oddawać sytuację, powstrzymywać zawczasu przed, nie ułatwiać, beznamiętnie dzielić postrzeganiem. Ale konkrety: Zwierzęta z jednej strony fascynują mnie, z drugiej wzbudzają mój niepokój, kocham je za samodzielność, bezbożność, umiejętność milczenia, nienawidzę za bezmyślne poddawanie się stadnym instynktom. Samotne sowy-wechikuły-czasu, psy-te-wielkie-psy-patrzące-wyrozumiale-i-mądrze sprawiają, że nagle, na moment, odzyskuję sens istnienia. Ich obecność, chociażby tylko na przesuwanych opuszkami palców fotografiach, na których uchwycono je przypadkowo, mimochodem, gdzie nie pozują tak jak ludzie a jedynie , cierpliwe, krnąbrne, wpatrzone z pogardą w obiektyw, pozwala mi w chwilach trudnych zapominać, że należę do gatunku ludzkiego. W takich właśnie chwilach wszystko wydaje się prostsze. Ale jest też druga strona zwierzęcości, jeszcze trudniejsza i bardziej złożona, której wypowiedzenie jest niełatwe, bowiem znów mogę zostać niezrozumiany, zrozumiany źle, niesłusznie posądzony o chęć wywarcia nacisku na odbiorcę, próbę wymuszenia jego uśmiechu (witajcie brudne paluchy rozciągające stulone w ciup usta), a tego bynajmniej nie chcę, nie potrzebuję. No właśnie. Nie wiem, czy w takim wypadku mówić o tych dziobakach. Chciałbym w tym względzie podać aktualny przykład dziobaków, ale obawiam się, że i w tym wypadku mogę zostać źle odczytany. Otóż wczoraj oglądałem w telewizorze parę dziobaków obracających się wokół własnej osi w porze godowej; samiec, samica z wytartym ogonem, wydane na pastwę instynktów, odpychające. Dla mnie było w tym ich obracaniu coś na wskroś nieuchronnego, nieodwracalnego, długimi minutami siedziałem przed ekranem jak sparaliżowany wpatrując się jak skamieniały w obracające się wokół własnej osi dziobaki… Dość. Wystarczy. I znów zaczynam rozumieć, że nikt mnie nie zrozumie. Ponownie mam wątpliwości, czy powinienem – raz: o tym w ogóle w mówić, dwa: dzielić się z nieznajomymi moim samotnym, ciemnym, a co za tym idzie niewytłumaczalnym odczuciem.

 *„Najważniejszym warunkiem kompromisu było to, że osobie w depresji wolno będzie wyjawić wobec przyjaciółek własny opór przed dzieleniem się owymi resentymentami i uświadomieniami oraz poinformować je (tzn. przyjaciółki), że zdaje sobie sprawę z tego, jak żałośnie i mazgajowato mogą one (tzn. resentymenty i uświadomienia) brzmieć, a także wyznać, że dzieli się z nimi tym zapewne żałosnym doświadczeniem „przełomu” tylko i wyłącznie na wyraźną sugestię terapeutki. Przyjmując ten warunek, terapeutka wyraziła zastrzeżenie jedynie do użycia przez osobę w depresji określenia „żałosne” podczas dzielenia się myślami z Układem Wsparcia. Terapeutka oświadczyła, że znacznie chętniej poparłaby użycie przez osobę w depresji określenia „słabe” niż „żałosne”, ponieważ jej instynkt (tzn. instynkt terapeutki) podpowiada jej, że u podłoża stosowania przez osobę w depresji określenia „żałosne” leży nie tylko nienawiść do samej siebie, ale też żebranie o litość, a nawet pewien odruch manipulacji. Słowo „żałosne”, zauważyła łagodnie terapeutka, jej osobiście wydawało się mechanizmem obronnym używanym przez osobę w depresji dla ustrzeżenia się przed ewentualną negatywną oceną słuchacza dzięki jasnemu stwierdzeniu, że ona, osoba w depresji, już osądza się znacznie surowiej, niż jakikolwiek jej słuchacz miałby serce to zrobić”.
David Foster Wallace, Osoba w depresji, [W:] Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, przeł. Jolanta Kozak

1751455877444440000000000000000000000000000000000000000000000000000000

maszyna z reading

„(…) pojechałem więc do Reading, do zaprzyjaźnionego ze mną, jak i z Roithamerem, nauczyciela, pracującego nad konstrukcją maszyny, do dziś nie wiem dokładnie, co to za maszyna, choć on, jej konstruktor, całymi latami wtajemniczał mnie w konstrukcję owej maszyny, również Roithamer nie wiedział, co to takiego, ta Maszyna z Reading (…)”

Thomas Bernhard „Korekta”, tłum. Marek Kędzierski

1082459262056430000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Czy obcięte paznokcie trzymane odpowiednio długo w zaciśniętej pięści wrosną do środka głowy?

Każde zamknięcie drzwi na dole boli jak rosół. Twoje znamię jest zdrobnieniem, szepty wołaniem na sygnale, a jeśli dodasz więcej znajomych, w aktualnościach zostanie wyświetlonych więcej zdarzeń. Krócej oznacza więcej. Znikome cięcia na skórze zbiegną się z czasem w trwały wzorek nie do wytrzymania. Więc przestań. Nie czekaj aż zaśpiewa ci Pinokio. Brak nadchodzących wydarzeń z pewnością przyniesie wytchnienie.

668996615388005000000000000000000000000000000000000000000000000000000

dekort

.
Minąwszy skład budowlany, hurtownię nabiałową, hurtownię artykułów elektrycznych, plac manewrowy służący do nauki jazdy, siatki z wywieszonymi reklamami kominków, powierzchni handlowych, zadzwoń, tkwiące na uboczu drogi pordzewiałe banery, przybite do drzew tabliczki zachęcające do kupna świeżych jaj, kierunkowy, gokarty, klub golfowy, przejazd kolejowy bez zapór, wybierz, nie przegap, kompleks lub główny ciąg komunikacyjny, wymagające gruntownego remontu drzewa, zjazd w zacienione uliczki, wielokrotnie przytaknąwszy, osiągnąwszy docelowy punkt podróży, budynek Hangaru wbity, jednocześnie wybity z ciągu luźno powiązanych, sterczących budynków, wyodrębniony przez ostre słońce, spokojny, wyraźnie ustrukturyzowany tok myślenia. Informacja z Recepcji: pierwsze piętro, pokój na końcu, po prawo, trudno nie trafić, jedyne drzwi.

– Pragnę oddać organy.

– Jakie?

– Wszystkie.

– Dobrze. Zanim jednak spełnimy pana prośbę, zgodnie z procedurą, muszę zapytać, czy nie wolałby pan pozostać przy funkcjach życiowych? W takim wypadku pobierzemy tylko po jednym z parzystych.

– Pragnę oddać wszystkie.

– Dobrze. Rozumiem, że zna pan cenę hurtową?

– Tak.

– Czy poinstruowano pana o ryzyku Niewiadomego?

– Tak.

– W takim razie proszę się teraz wygodnie położyć.

.
link

413462646668428000000000000000000000000000000000000000000000000000000

„Przed dwoma laty na rogu zaułka Moulins-Gemeaux i ulicy Tournebride mały bezwstydny sklepik wystawiał jeszcze reklamę Tu-pu-nez, środka owadobójczego. Prosperował w czasach, gdy handlarze głośno polecali sztokfisza na placu Świętej Cecylii, i miał sto lat. Nieczęsto myto szyby wystawowe: poprzez kurz i parę z trudem dało się rozróżnić tłum małych postaci z wosku, ubranych w kaftany płomiennego koloru, a wyobrażających szczury i myszy.
Zwierzęta wychodziły na ląd z ogromnego statku, podpierając się laskami; ledwo dotknęły ziemi, a już wieśniaczka ubrana kokieteryjnie, ale sina i czarna od brudu, zmuszała je do ucieczki skrapiając Tu-pu-ez’em. Bardzo lubiłem ten sklepik, miał wygląd uparty i cyniczny, o dwa kroki od najdroższego kościoła Francji przypominał z bezczelnością o prawach robactwa i brudu”.

Jean-Paul Sartre „Mdłości”, przeł. Jacek Trznadel

157928677948851000000000000000000000000000000000000000000000000000000

Najbardziej bał się zawsze nieśmiertelności i utraty mowy. Podstawówka, zima, kałuża, potem ślizgawka, na której chłopiec ze starszego rocznika przegryzł sobie język. I krew na ślizgawce rozjeżdżona przez inne dzieciaki. Nie widział w tym sprzeczności. Bał się, że w przyszłości mógłby zostać odtworzony na podstawie pozostawionych słów, gestów, grymasów i przejęzyczeń. I nie miałby nic do powiedzenia.

97605290770725900000000000000000000000000000000000000000000000000000

list

Kiedy wgramoliłem się wreszcie do klatki schodowej, objuczony, przemoknięty do tego stopnia, że strąki zlepionych włosów sięgały swoimi mackami aż do policzków, po których, czułem to, i było to nieprzyjemne odczucie, ciekły nie krople a strugi wody, obrysowujące profil mojej twarzy, przetaczające się bezceremonialnie po brodzie i szyi, zataczające irytujące łuki, uciekające za kołnierz, i, co najgorsza, spływające bezczelnie po plecach (nawiasem mówiąc nieprzyjemne, a jednocześnie ożywcze doświadczenie, którego opis, nawet najdokładniejszy, nie jest w stanie oddać, nawet po części, towarzyszącego mu odczucia) za rzędem łzawych otworków skrzynki dostrzegłem pulchną biel koperty.

List (a więc pisze się jeszcze listy!), który wyjąłem powróciwszy z porannego spaceru (na spacery wychodzę tylko wtedy, gdy pojawia się deszcz), położyłem na łóżku, a sam, po gruntownym wtarciu w siebie błękitu ulubionego ręcznika frotte, zabrałem się za przyrządzanie śniadania.

Od kilku tygodni jadam śniadania.

Są to najczęściej resztki z dnia poprzedniego; kawałek sera pleśniowego, warzywa, najczęściej rzodkiewki, kromki, półbułki, napoczęty jogurt, jednak, od czasu do czasu, tak jak dzisiaj, korzystając z dobrodziejstw natury, z tych naturalnych cyklów i opadów, ulew, kurtyn wodnych, krótko mówiąc, z tak zwanych zjawisk atmosferycznych, ożywczych a zarazem chłodnych, skutecznie odgradzających od ludzi, udaje mi się zakupić „U Artura” składniki niezbędne do przygotowania prawdziwej wyżerki. Kop porannej energii, przed którym przez wiele lat z niezwykłą zręcznością uchylałem tyłek, zaczął sprawiać mi ostatnio masochistyczną przyjemność.

Zakupiłem świeże grahamki, do tego twarożek, jajka, naturalnie rzodkiewki oraz last but not least dwie puszki fasolki po bretońsku –  od lat nie miałem w ustach fasolki po bretońsku, stojąc „U Artura”, wpatrując się w puszkę fasolek po bretońsku, nie potrafiłem przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni jadłem fasolkę po bretońsku.

Umyłem trzy rzodkiewki, położyłem list na podłodze i spojrzałem na niego z góry, po czym leciutko (tak tylko, leciuśko, dla wprawy) trąciłem go stopą, a następnie z premedytacją przesunąłem w taki sposób, by krawędź koperty idealnie pasowała do  linii wyznaczonej przez ułożenie podłogowych klepek. Wydawało mi się przez chwilę, że w ten sposób, z tej wysokości zachowuję dystans, a tym samym nie ulegam gwałtownym emocjom związanym z otrzymaniem listu w drugiej dekadzie XXI wieku.

Obmyłem pod bieżącą wodą dwie kolejne rzodkiewki i śmiało, bez  ociągania, podniosłem z podłogi kopertę. Żując, zauważyłem, że jest zmoczona; dwie wielkie krople wody rozmiękczyły jej prawy brzeg, zahaczając o adres, deformując nieodwracalnie końcówkę fleksyjną ulicy i miasto.